Szału w piłce nie będzie

Szału w piłce nie będzie

Młodzież zniknęła z podwórek. Sport uprawia na konsolach

Jan Cyniewski – były piłkarz, ceniony trener, pedagog. Grał m.in. w Hutniku i Wawelu Kraków. Prowadził m.in. Proszowiankę, Kabel i Clepardię. Z wieloma drużynami wywalczył awans do wyższych lig

Panie trenerze, jak się panu podobała gra naszej młodzieżowej reprezentacji na Euro U-21?
– Było widać, że odstajemy od zespołów, które grały w finałach. Nie wypadliśmy dobrze nawet na tle Słowaków i Szwedów, z którymi zremisowaliśmy. Byliśmy gorsi taktycznie i technicznie. Liczyliśmy na Linetty’ego i na Kapustkę, który praktycznie nie grał od roku. Na pewno byłoby lepiej, gdyby zagrali piłkarze z seniorskiej kadry, Zieliński, Milik, którzy uczyli się grać w zagranicznych klubach. Bez nich nadrabialiśmy ambicją, ale brakowało umiejętności.

No to jak będzie z polską piłką za 10 lat. Lepiej czy gorzej?
– Trudno powiedzieć. Mnóstwo rodzin wyjechało za granicę. Był także niż demograficzny. Jedno i drugie wpłynie na rozwój sportu w przyszłości. Do tego nowe technologie, komputery odciągają dzieci od ruchu i rekreacji.

Sport uprawiają, ale na konsoli. To przesłanki, że będzie gorzej. Co pozwala wierzyć, że będzie lepiej?
– Miłość do piłki. Ta dyscyplina przyciąga wielką widownię. Każdy sukces reprezentacji lub klubów powoduje od razu większy nabór. Tak się stało z piłką ręczną. Była posucha, pojawiły się sukcesy i młodzież zaczęła grać w szczypiorniaka. Wpływ może mieć też praca z młodzieżą w szkołach. Jeśli zacznie się od podstawówki, zaszczepi bakcyla, będą efekty. Trzeba jednak pamiętać, że w szkołach ważny jest przede wszystkim rozwój ogólny.

Dwóch umie grać

A jak jest teraz w szkołach?
– Kiedyś w piłkę nożną grało nawet dwie trzecie klasy, a dzisiaj tylko pojedyncze osoby. Zimą poszedłem z I klasą gimnazjum na górkę. Wyobraź sobie, że jeden z chłopców nigdy nie zjeżdżał na sankach. Bał się na nie wsiąść. Kiedyś wszyscy szaleli na sankach, łyżwach, to rozwijało kondycję. A dziś dzieci są w kieracie. Jedne zajęcia, drugie, trzecie. Są zmęczone. Nic ich nie cieszy.

Jak je przyciągnąć do sportu?
– Ważną rolę do odegrania mają trenerzy najmłodszych grup. Zły trener potrafi zniechęcić. Dobry zaszczepi bakcyla. Dawniej do tego zawodu szli przede wszystkim byli zawodnicy. Zapisywali się na kursy, szli na AWF, robili papiery trenerskie. Było wielu pasjonatów. Teraz obowiązują licencje. I skutek jest taki, że jak ktoś ma pieniądze, może ją zdobyć i założyć szkółkę.

Ubyło pasjonatów, przybyło biznesu?
– Moim zdaniem większość trenerów ze szkółek inaczej szkoleniem nigdy by się nie zajęła.

Skoro sport młodzieżowy staje się biznesem, to co się dzieje z jego rolą wychowawczą?
– Ja się zajmuję raczej seniorami, ale przez lata trenowałem równocześnie młodzież. Wielu łobuziaków wyprostowało się dzięki piłce. Nie wszystkich da się uratować. Musi być też współpraca rodziców, czynników jest wiele, ale wpływ trenera jest ogromny. Można dużo zrobić, pokazać pozytywne wartości. To zresztą czasami wraca. Jaką wielką radością może być krótki SMS „Dziękuję trenerze” od takiego chłopaka. Pieniądze w takim rozrachunku schodzą na drugi plan.

Ale skoro rodzic musi wyciągnąć z kieszeni kilkaset złotych miesięcznie, to trudno do takiej szkółki czy akademii ściągnąć tych, którym mogłoby to pomóc.
– Rzeczywiście, jest taki problem. Kluby zwykle starają się to jakoś rozwiązać. Nie wszystkie, ale niektóre zwalniają z opłat, ustalają symboliczne stawki. Jednak to działa także w drugą stronę. Bywa, że kiedy rodzic sponsoruje zespół, a chłopak jest słaby, to gra kosztem lepszych od siebie. Ja nigdy w ten sposób nie postępuję, ale niektórzy trenerzy tak robią. To krzywda dla chłopaków, którzy trafiają na ławkę.

I fatalny sygnał wychowawczy. Mówiliśmy o wygranych Polaków, które przyciągają na boiska. Takiej kadry nie mieliśmy od lat. Gdzie jest źródło tych sukcesów?
– Duża część tych piłkarzy kształtowała się za granicą. Wielu z nich, tak jak Lewandowski, umknęło skautom, którzy mieli ich pod nosem. Nie poznała się na nim Wisła. Nie poznała Legia. Dopiero Lech dał mu szansę. Ważne jest to, że w naszej lidze gra więcej zawodników z Polski. Jeszcze niedawno bardzo dużo było Brazylijczyków, Afrykańczyków, którzy kosztowali grosze, ale zabierali miejsce naszym piłkarzom. Teraz grają nasi i dzięki temu się uczą. Trafiliśmy też na dobre roczniki. To jest tak, jak w trampkarzach lub juniorach. Czasami przyjdzie grupa chłopaków i wszyscy są świetni. A rok później nikt nie potrafi grać.

Podwórko jest ważne?
– Uczy techniki, małej gierki. Są rzeczy, których żaden trener nie nadrobi. Był czas, że wszystkie podwórka były zapełnione. Teraz na boiskach więcej jest panów w średnim wieku niż młodzieży. Kiedyś w piłkę grało, powiedzmy, 5 mln chłopaków. Teraz może milion. Jedenastkę można z nich wybrać, ale na dobrą ekstraklasę, niższe ligi, to za mało.

Problem z „materiałem”

Żadnej przesłanki do optymizmu w tym, co trener mówi, nie widzę. Zapytam więc jeszcze raz, co z naszą piłką będzie za 10 lat?
– Jeśli będziemy na takim poziomie jak teraz, to już będzie dobrze. Ale sukcesów bym się nie spodziewał. Teoria treningu, metody szkolenia idą naprzód. Jednak potrzebny jest „materiał”. A z tym jest coraz gorzej. Z krakowskich szkółek piłkarskich nie wyszedł ostatnio żaden piłkarz, który odgrywałby pierwszoplanową rolę w naszych najlepszych klubach. Kiedyś to krakusi stanowili trzon zespołów, decydowali o obliczu reprezentacji. Teraz, jeśli w ogóle, są to pojedyncze przypadki. Nie wierzę, że w Krakowie nie ma zdolnej młodzieży. Mamy jakiś problem z piłką młodzieżową, ze szkoleniem, z selekcją. Znaczące jest to, że w ostatnich latach największe postępy wśród polskich klubów zrobiła Legia. Wszystko dzięki stworzeniu akademii piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia. Wyszło z niej wielu piłkarzy, którzy grali w pierwszej drużynie. Klub ich sprzedał. Zarobił pieniądze, a to dało możliwość szkolenia następnych piłkarzy.

Zaczęło się kręcić. Kontynuacja wymaga jednak pomysłu i pracy.
– W piłce niezmiernie ważna jest praca. Pamiętam, jak Lesław Ćmikiewicz przywiózł z Biłgoraja do Hutnika Kazka Węgrzyna. Na początku to był straszny drewniak, ale później była praca, praca i praca. Wszystko, co osiągnął, a doszedł do poziomu Ekstraklasy, zawdzięczał pracy. Teraz wychowankowie dobrych klubów trafiają do niższych lig i nie myślą o tym, żeby popracować i grać na wyższym poziomie, tylko pytają „za ile”.

Trzeba mieć motywację.
– Jest nią możliwość zrobienia kariery, ucieczki z biedy, z małej miejscowości. Wszystko to motywuje młodych ludzi, którzy mają trudny start. W PRL piłka dawała możliwość wyjazdu za granicę, zdobycia mieszkania, samochodu. To człowieka nakręcało do uprawiania sportu. W tej chwili dzieci mają praktycznie wszystko. Ktoś musi naprawdę chcieć, mieć dużo wewnętrznej motywacji do pracy tak ciężkiej, by umożliwiła osiągnięcie sukcesu. Musi to po prostu kochać.

Trudno zebrać drużynę

A jaki jest poziom w niższych ligach?
– Zdecydowanie słabszy niż w przeszłości. Na zakończenie kariery – co tam kariery, przygody z piłką – grałem w Broni Radom. Spadliśmy z II ligi do III, ale z tamtego zespołu pięciu chłopaków trafiło do Ekstraklasy: Arek Wołowicz, Tomek Dziubiński, Artur Kupiec, Piotrek Zajączkowski i Rafał Siadaczka, który grał w reprezentacji. Później, kiedy prowadziłem II, III ligę, miałem sporo zawodników, którzy mieli papiery na granie. Byli tacy, którzy poszli wyżej. Byli tacy, którym z różnych powodów to się nie udało.

A teraz? Wskaże pan jednego piłkarza z małopolskich niższych lig, który powinien trafić do kadry?
– Ciężko by było. W tej chwili w niższych ligach brakuje zawodników. Kilka lat temu w każdej wiosce dało się stworzyć drużynę. Teraz, żeby nie stracić zespołu, ściąga się chłopaków z Krakowa, bo nie ma kto grać. Można się spodziewać, że wiele klubów padnie, bo skończy się dofinansowanie przez gminy. Okaże się wtedy, że jest pięciu do grania.

Kiedy się patrzy na naszą piłkę z perspektywy niższych lig, to czego najbardziej jej potrzeba?
– Rozmawialiśmy o akademiach. Szkółek jest mnóstwo. Jedna przy drugiej. Jednak robione jest to bardziej na ilość niż na jakość. Kasa się zgadza, ale rzadko idzie za tym coś więcej.

Jak to rozwiązać? Centralny system szkolenia?
– Ktoś musi przejąć za to odpowiedzialność. W wielu miejscach, spójrz choćby na Wisłę czy Cracovię, tworzy się wiele grup, chociaż nie ma warunków do trenowania. Rodzice plączą się z dzieciakami po całym Krakowie. Raz tu, raz tam. Niech to będzie wreszcie zrobione porządnie. Brakuje też odpowiednich ludzi do szukania młodzieży. Kiedyś wyciągało się najzdolniejszych chłopaków z boisk i podwórek, a potem szlifowało ich talenty. Inna sprawa, czy w ogóle dałoby się ich znaleźć, skoro częściej niż na boiskach i podwórkach w piłkę grają na konsolach.

Wydanie: 29/2017

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy