Szczęście i upór ratowników

Szczęście i upór ratowników

Ocalony górnik oszukiwał głód, jedząc kartki z notesu, w którym notował stężenie metanu. Bał się tylko, że ugryzie go szczur W ostatnich dniach na Śląsku wydarzyły się aż dwie tragedie górnicze. Tąpnięcia zasypały ludzi w kopalniach Halemba w Rudzie Śląskiej i Siltech w Zabrzu. W Halembie po 111 godzinach uratowano Zbigniewa Nowaka. W tym samym czasie rodzina zabitego w Siltechu górnika, jedynego żywiciela, przeżywa tragedię. – Byłem w pracy, gdy około szóstej wieczorem poczułem silne tąpnięcie, jakby coś gwałtownie spadło. Około dziewiątej zadzwoniła żona i spytała, czy wiem o akcji ratunkowej. I że Zbyszek, mój zięć nie wrócił do domu. Zadzwoniłem do dyspozytora i podałem numer marki Zbyszka. Powiedzieli, że to jego szukają – opowiada o dramatycznych chwilach wyczekiwania Zbigniew Wysocki, teść ocalałego górnika z kopalni Halemba. – To czekanie było straszne. Córka płakała, ale wnuczka, Laura, nie pozwalała nam na rozpacz. Mimo że nie ma sześciu lat, ciągle powtarzała: „Nie płaczcie, tata żyje i wróci do mnie”. Najtrudniejsza była niedziela, mieliśmy kryzys. Wyobrażaliśmy sobie, że Zbyszek jest ranny, przywaliło mu nogi, wykrwawia się. Baliśmy się, że ratownicy nie zdążą. Marlena bardzo prosiła, aby być z nią. Ta trójka zawsze jest nierozłączna. Wszędzie chodzą i jeżdżą razem. Tylko gdy Zbyszek idzie do pracy, są osobno. Córka nie pracuje, bo Laura po porażeniu mózgowym wymaga codziennej rehabilitacji ruchowej. Bardzo się kochają. W poniedziałek o piątej rano na schodach spotkałem dyrektora, który spytał, czy znam nowiny. Nogi się pode mną ugięły, a on wykrzyknął: „Nawiązali z nim kontakt słowny. Żyje i nic mu nie jest!”. Dwie godziny później wywieźli go. Podszedłem do niego i pogłaskałem po głowie. Spytał o Marlenę i Laurę. Kazał złożyć Marlenie życzenia urodzinowe, „Nie martw się synek, wszystko jest OK” – powiedziałem mu. Potem rzucili się na nas dziennikarze i dopiero po południu zobaczyliśmy go w szpitalu. Myślę, że to był cud. Kilometr pod ziemią Zbigniew Nowak miał wyjątkowe szczęście. Godzinę wcześniej miało miejsce pierwsze niewielkie tąpnięcie, o niewielkiej sile. Został wysłany w nieczynny aktualnie rejon, aby sprawdzić poziom metanu. Akurat połączył się z dyspozytorem, aby przekazać meldunek, gdy wszystko zaczęło się walić. Telefon znajdował się na skrzyżowaniu chodników, dodatkowo wzmocnionym. Zapanowała ciemność i cisza. Górnik włączył lampę, aby ocenić sytuację. Dostał odłamkiem w przedramię, ale nic więcej mu się nie stało. Zobaczył wokół siebie kamienie, pył, resztki obudowy. Nad nim utworzyła się węglowa grota, niska, ale na tyle długa, że mógł się poruszyć. Przez pięć dni kilometr pod ziemią siedział wśród skał, na przemian myślał, spał, nasłuchiwał. Jest metaniarzem i zna się na wentylacji kopalni, więc wiedział, że jest w jedynym miejscu, gdzie dopływa powietrze. Temperatura wynosiła ok. 28 stopni. Zbigniew Nowak wiedział, że nie może się ruszać, musi oszczędzać lampę i siły, nasłuchiwać, od czasu do czasu dawać sygnały i czekać. Gdy doskwierał mu głód, oszukiwał go kartkami wyrywanymi z dziennika metaniarza. W pewnej chwili zorientował się, że ma towarzysza, szczura. Bał się zasnąć, aby szczur go nie ugryzł. Ale zwierzę było spokojne, a po jakimś czasie zniknęło. Zbigniew Nowak nie czuje się bohaterem ani osiłkiem. Chciał przeżyć dla córeczki i żony. Wierzył, że go szukają. Czasami mu się zdawało, że słyszy głosy, ale gdy stukał, nikt nie odpowiadał. Gdy usłyszał je po raz kolejny, poprosił, aby mu odpowiedzieli. Wówczas wstąpiły w niego nowe siły i doczołgał się kilka metrów do ratowników, a potem resztę drogi przebył sam, co znacznie ułatwiło akcję. Gdyby trzeba go nieść na noszach w wyrytej gołymi rękoma niszy, być może trwałoby to nawet dobę. Poza odwodnieniem i osłabieniem oraz zaognioną raną w ręce, której nie trzeba było operować, wyszedł z wypadku bez szwanku. – Mam nadzieję, że mąż wyjdzie ze szpitala na swoje urodziny, 12 marca. Będzie wtedy na obiad to, co najbardziej lubi. Typowe śląskie dania – rosół z makaronem, rolada, kluski białe, kapusta kiszona z grzybami i modra, po śląsku. A potem olbrzymi tort. Nie mam jeszcze prezentu, ale mąż uważa, że już go dostał – że mógł zobaczyć mnie i córkę. Planowaliśmy zmianę samochodu i wokół tego wszystko się kręciło, teraz marzymy, aby w trójkę gdzieś

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 10/2006, 2006

Kategorie: Kraj