Szefowa rządu na trudne czasy

Szefowa rządu na trudne czasy

Czy Nadżla Bouden Romdan poradzi sobie z tunezyjskim kryzysem?

Tunezja stała się pierwszym krajem arabskim, którego rządem pokieruje kobieta. Nadżlę Bouden Romdan na stanowisko mianował prezydent Kais Saied. Ten wybór nie przez każdego w Tunezji został przyjęty pozytywnie, zwłaszcza że w kraju od lipca panuje napięta atmosfera, a co kilka dni w Tunisie wybuchają demonstracje przeciwko prezydentowi lub wyrażające poparcie dla jego polityki. Tak czy inaczej, to decyzja historyczna.

Geolożka przed trudnym zadaniem

\Wybór Nadżli Romdan jest jednak kontrowersyjny przede wszystkim dlatego, że nie ma ona prawie żadnego doświadczenia w polityce. Dotychczas zajmowała stanowisko profesor geologii w Narodowej Szkole Inżynieryjnej w Tunisie, jednej z najstarszych uczelni technicznych w kraju. Przez to zagraniczne media nazywają ją „mało znaną geolożką”, choć kariera zaprowadziła ją także do Ministerstwa Edukacji Wyższej, które właśnie jej zleciło koordynację programów związanych z Bankiem Światowym mających na celu modernizację szkolnictwa wyższego.

To może niestety nie wystarczyć, by poradziła sobie z napięciami wewnętrznymi, które są skutkiem decyzji prezydenta Saieda z 25 lipca br. Tego dnia zawiesił on parlament zdominowany przez powiązaną z Braćmi Muzułmanami an-Nahdę (Partię Odrodzenia) oraz immunitety posłów i przejął władzę wykonawczą w kraju, m.in. stając na czele prokuratury. Była to odpowiedź na masowe protesty Tunezyjczyków przeciw wysokiemu bezrobociu, korupcji i nieudolności polityków.

Wielu mieszkańców Tunezji zareagowało wówczas pozytywnie, widząc w decyzji prezydenta realny krok prowadzący do poprawy sytuacji. Ale politycy ze środowiska an-Nahdy wraz z wieloma międzynarodowymi komentatorami politycznymi, takimi jak David Hearst z Middle East Eye, nie przebierali w słowach, nazywając ruch Saieda zamachem stanu.

Prezydent powołał się na art. 80 konstytucji, który w razie „nieuchronnego zagrożenia” pozwala mu na przejęcie władzy na 30 dni. Po tym czasie trybunał konstytucyjny miałby zadecydować na wniosek parlamentu, czy stan wyjątkowy powinien trwać. Jednak po upływie miesiąca Saied samodzielnie zadecydował, że przedłuża środki nadzwyczajne na czas nieokreślony. Zawieszony parlament nie może jego decyzji zablokować, a sąd konstytucyjny nie istnieje, także przez działania samego prezydenta, który nie zgodził się, by sędziowie byli wybierani większością zwykłą zamiast przewidzianych przez konstytucję dwóch trzecich głosów, mimo że od 2015 r. żadnemu kandydatowi nie udało się uzyskać wymaganej liczby.

Cała władza w rękach prezydenta

Po ponad dwóch miesiącach część Tunezyjczyków jest zmęczona sytuacją. Mianowanie nowej szefowej rządu w miejsce zdymisjonowanego Hiszama Maszisziego nie zapowiada rychłego powrotu do porządku konstytucyjnego i odwieszenia parlamentu. Kais Saied ma bowiem wciąż plan zreformowania kraju. 20 września wystąpił przed kamerami w mieście Sidi Bu Zajd, tym samym, w którym dekadę temu samospalenia dokonał Mohamed Bouazizi, uruchamiając łańcuch wydarzeń nazywanych dzisiaj arabską wiosną. Saied obiecał, że niedługo przedstawi nowe prawo wyborcze i nową konstytucję, nie ujawniając jednak żadnych szczegółów dotyczących treści dokumentów czy przewidywanej daty przedstawienia choćby ich szkicu. Dwa dni później wydał natomiast kilka dekretów, które zwiększały jego uprawnienia do samodzielnej władzy. Przede wszystkim zapowiedział w ten sposób, że w najbliższym czasie będzie rządził właśnie dekretami, bez udziału parlamentu.

Mianowanie nowej premier tego nie zmieni, bo jeden z dekretów głosi, że rada ministrów i premier będą odpowiadać bezpośrednio przed prezydentem, ich rola sprowadzi się do pomagania Saiedowi. Nadżla Bouden Romdan będzie przez to miała ograniczone pole manewru, podobnie jak jej technokratyczny gabinet, w skład którego wejdzie 24 ministrów, w tym 13 ze środowisk akademickich. Ośmioma ministerstwami pokierują kobiety, co według niektórych świadczy o znaczącym postępie Tunezji, choć wytykane jest też jako wykalkulowany ruch prezydenta Saieda. Ich pozycja może być podważana przez parlamentarzystów, którzy powinni zatwierdzić wybór jej i mianowanego przez nią rządu. Tego jednak zrobić nie mogą, gdyż parlament jest zawieszony. Były minister praw człowieka Samir Dilou, do niedawna reprezentujący an-Nahdę, nie ukrywa, że jego zdaniem Romdan zajmuje stanowisko nielegalnie.

Politycy an-Nahdy stanowią dzisiaj awangardę oporu wobec działań Saieda. Przewodniczący zawieszonego parlamentu, Raszid Ghannuszi, wezwał obywateli do „pokojowej walki” przeciwko „absolutnej władzy jednego człowieka”. „Nie ma już innej opcji niż walka, pokojowa walka naturalnie”, powiedział w wywiadzie dla Agence France-Presse, którego udzielił już po nowych dekretach prezydenta. Ghannuszi zaznaczył, że działania Saieda to krok wstecz dla Tunezji, która do niedawna mogła się szczycić, że jako jedyna osiągnęła sukces w arabskiej wiośnie, przechodząc od dyktatury do liberalnej demokracji parlamentarnej z wolnymi wyborami i wolnymi mediami.

Podobnego zdania są przedstawiciele innych partii i Tunezyjskiego Generalnego Związku Zawodowego, największej organizacji związkowej w kraju. Nie tylko wezwali oni prezydenta, by jak najszybciej wyznaczył nowego szefa rządu i przywrócił konstytucyjny porządek, ale też odrzucili m.in. pomysł zmiany konstytucji bez konsultacji z parlamentarzystami, zaznaczając, że wszelkie zmiany w ustawie zasadniczej muszą zostać przeprowadzone w ramach określanych przez sam dokument.

To jednak zakładałoby, że prezydent musi przywrócić prace zgromadzenia narodowego. Tymczasem Saied odrzuca możliwość współpracy z ugrupowaniami, w szczególności z największą an-Nahdą. „Nasz kraj ma dwie władze – władzę pozorną stanowioną przez instytucje i władzę rzeczywistą – mafijną. Ja nie prowadzę dialogu ze złodziejami”, powiedział w wystąpieniu. Wielu dziennikarzy w jego słowach dopatruje się przede wszystkim aluzji do islamistycznego ugrupowania.

Demonstracje jak w zegarku

An-Nahda sama pogrążona jest w głębokim kryzysie. 25 września z partii wystąpiło 113 prominentnych działaczy, w tym były minister zdrowia Abdellatif Mekki i wspomniany już Samir Dilou. Powodem miały być przede wszystkim błędy partyjnego przywództwa, które uniemożliwiły podjęcie jakichkolwiek skoordynowanych działań przeciwko decyzjom prezydenta Saieda.

Wśród tych błędów wymienia się despotyczną reakcję Raszida Ghannusziego na wewnątrzpartyjne protesty przeciw niemu oraz wezwania do ustąpienia ze stanowiska przewodniczącego parlamentu i lidera partii. Ghannuszi na krytykę zareagował rozwiązaniem komitetu wykonawczego an-Nahdy, co, jak w oświadczeniu z 23 września zaznaczyli odchodzący z Partii Odrodzenia politycy, podważyło wiarygodność ich ugrupowania.

Demonstracje przeciwników działań Saieda nie zakończyły się i w stolicy co tydzień, jak w zegarku, Tunezyjczycy wychodzą na ulice, gromadząc się przede wszystkim na placu przed teatrem narodowym. Naprzeciw tysięcy protestujących stają grupy, które wyrażają poparcie dla prezydenta. Wyraźnie zarysowuje się podział między tymi, którzy uważają wywalczoną w arabskiej wiośnie konstytucję za wartość, a tymi, którzy mają nadzieję na ukrócenie korupcji i poprawę dramatycznej sytuacji w kraju. Przede wszystkim jednak mieszkańcy chcieliby, aby politycy przeciwdziałali bezrobociu, które stale rośnie i w drugim kwartale 2021 r. sięgnęło 17,9%, a wśród ludzi młodych, do 24. roku życia, wynosi nawet 41,7%.

Młoda demokracja Tunezji szybko znalazła się w poważnym kryzysie. Dodatkowo działania prezydenta niemal nie spotykają się z reakcją międzynarodową, oprócz tego, że Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt jasno opowiedziały się po stronie Saieda, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że jego głównym rywalem są Bracia Muzułmanie, postrzegani jako zagrożenie w Egipcie i tradycyjnych monarchiach Półwyspu Arabskiego.

Zachód reaguje dość anemicznie. Administracja Joego Bidena początkowo zauważyła, że Saied chce „ustabilizować gospodarkę”, lecz w kwestii zastosowanych środków ograniczono się do komentarza, że Biden „wyraża osobiste wsparcie” dla obywateli Tunezji, wzywając jednocześnie władze, by przywróciły konstytucyjny porządek. Podobny wydźwięk miało opublikowane na twitterowym koncie brytyjskiej ambasady w Tunisie wspólne oświadczenie krajów G7, dodające też, że grupa „będzie nadal dążyła do tego, by wspólne demokratyczne wartości pozostały w centrum wzajemnych stosunków”. Łagodny ton wypowiedzi i lakoniczne komentarze skłaniają do zastanowienia się, czy demokratyczne wartości dla zagranicznych partnerów rzeczywiście są tak istotne, jak się to przedstawia.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 43/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy