Szkoła nie tylko dla najzdolniejszych

Szkoła nie tylko dla najzdolniejszych

Nauczyciel musi się rozliczyć z 40-godzinnego czasu pracy

Mirosław Sawicki – Minister edukacji narodowej i sportu, Mirosław Sawicki

– W tym roku ma pan przed sobą ważny przełom, czyli nową maturę. Najpierw było o niej głośno, potem została przesunięta o dwa lata i wreszcie nadszedł ten rok, w którym młodzi ludzie będą zdawać egzaminy nowocześniejsze, a co najważniejsze oceniane przez egzaminatorów z zewnątrz. Nadszedł czas próby, ale nie tylko dla uczniów, głównie dla pana.
– To prawda i dlatego ogarnia mnie trema. Po prostu wiem, że muszę zdać ten egzamin. No i mam świadomość, że to będzie bardzo trudny rok szkolny.
– Czy nie uważa pan za porażkę faktu, że uczelnie nie będą przyjmować wyłącznie na podstawie nowej matury? Wymyślają najróżniejsze dodatkowe sprawdziany.
– W okresie przejściowym nowa matura nie może się stać całkowitą przepustką na studia. Dopiero po pewnym czasie wyższe uczelnie nabiorą do niej zaufania. Mnie satysfakcjonuje to, że w uchwałach wszystkich senatów uczelni znalazła się informacja o honorowaniu nowej matury. Sądzę, że ten okres przejściowy, przyglądanie się efektom nowej matury, potrwa przynajmniej trzy lata, bo w tym czasie obowiązywać będzie podwójna ścieżka rekrutacji – na studia zdawać będą także absolwenci ze starą maturą. Jest jeszcze jeden powód, dla którego uczelnie zaczną wycofywać się z dodatkowych sprawdzianów. Otóż z analizy losów tych studentów, którzy najlepiej zdali egzaminy wstępne, także olimpijczyków, wynika, że wcale nie zrobili spektakularnych karier. Tak więc stara matura była sitem wewnątrzszkolnym, dopuszczającym do dalszej edukacji. Z kolei egzamin wstępny selekcjonował kandydatów, ale efekt tego nie zawsze był najlepszy. Mam nadzieję, że właśnie nowa matura będzie skuteczniejszym sprawdzianem. Jednolite będą i wymagania, i kryteria. Nie będzie sytuacji, gdy matura w Katowicach znaczy co innego niż we wsi podkarpackiej.

Szkoła bez segregacji

– Dziś sporo mówi się także o sytuacji, w której uczeń z owej wsi podkarpackiej nie zawsze mógłby chodzić do jednej klasy z tym z Katowic. Czy naprawdę uważa pan, że jednym z poważniejszych problemów polskiej szkoły jest segregacja?
– Media nagłośniły ostatnio sprawy świadczące o istnieniu segregacji. Uczniowie w szkołach są dzieleni na tych pochodzących z lepiej sytuowanych rodzin i tych gorszych. Segregacja dotyczy również wyższego lub niższego ilorazu inteligencji, a także dysgrafii i dysleksji. Są szkoły, w których rodzice słyszą, że ich dziecko nie zostanie przyjęte z powodu tego typu problemów.
– Czy ślady podziału na lepszych i gorszych można znaleźć w analizach, a nie tylko w artykułach?
– Informacje, które otrzymuję, o tym, że w jednym powiecie jest 50% dyslektyków, a w drugim niecały procent, potwierdzają moje obawy, że niektórzy dyrektorzy odmawiają przyjmowania uczniów z problemami, z zaświadczeniami z poradni. Jednak taka postawa jest jak bumerang – uczniowie nie przyznają się do dysleksji, ale przez to osiągają gorsze wyniki, co nie tylko komplikuje im dalszą naukę, lecz także obciąża szkołę.
– Dlaczego ten problem pojawił się właśnie teraz? Mnożą się informacje, że w jakiejś szkole jedne dzieci dostają cienką zupę, inne mięso. W kolejnej basen jest nie dla wszystkich itd.
– Widocznie przekroczona została masa krytyczna. Spiętrzyło się tyle tego rodzaju sytuacji, że rodzice zaczęli się buntować i interweniować. Przecież to, co opisuje prasa, nie jest wynikiem dziennikarskiego śledztwa, ale doniesień oburzonych rodziców. Na razie zleciłem kuratoriom monitorowanie sytuacji. Być może, okaże się, że trochę przesadzam, ale moją ocenę problemu potwierdzają tegoroczne sprawdziany w klasach szóstych i egzaminy gimnazjalne. Lepsze wyniki osiągnęły np. dzieci z miasteczka, które same mogły dojść do szkoły. W związku z tym korzystały też z każdej formy pomocy oferowanej przez nauczycieli. Te dowożone z wiosek, zdane tylko na to, czego nauczyły się na lekcjach, miały mniej punktów.
– Jednak pojawiają się też głosy, że to dobrze, gdy zdolniejsi uczą się we własnym gronie…
– …albo jeżeli w miastach mamy dzielnice rodzin lepszych i gorszych. Nie, nie, zdecydowanie sprzeciwiam się budowaniu dwóch społeczeństw. Jest jeszcze jeden powód mojego oporu, otóż szkoła nie jest instytucją akademicką, do której trafiają tylko najzdolniejsi. To miniatura społeczeństwa, w którym ktoś ma zdolności matematyczne, ktoś plastyczne, a kolejne dziecko świetnie funkcjonuje w grupie i to jest jego talent. Na tym poziomie nie można powiedzieć, że jedno dziecko jest zdolne, a drugie nie. Nie można mówić, że ktoś jest gorszy, a ktoś lepszy.
– Dziś sytuacja jest taka, że jedni rodzice donoszą o podziałach, inni chcieliby usunąć ze szkoły trudniejszych uczniów.
– Byłem zaszokowany, że w naszym, podobno tak chrześcijańskim społeczeństwie zdarzają się wypowiedzi w rodzaju: „Nie chcę, żeby moje dziecko chodziło do klasy z jakimś gamoniem”.
– Ale czy można się dziwić rodzicom, którzy chcą, by ich zdolniejsze dzieci miały możliwość rozwoju?
– Dzieciom zdolniejszym trzeba zaoferować dodatkowe zajęcia, i to bez względu na to, do jakiej klasy chodzą. Pamiętajmy, że nauczyciel ma zapisane w Karcie nauczyciela 40 godzin pracy tygodniowo i nie należy tego mylić z 18-godzinnym pensum.
– Ma pan zamiar jakoś administracyjnie usankcjonować te słowa?
– Nie będę dążył do nowelizacji Karty nauczyciela. Wszystko, co niezbędne do prowadzenia dobrej dydaktyki, jest w niej zapisane.

Więcej pieniędzy, więcej zajęć

– Pana poprzedniczka, minister Łybacka, próbowała namówić nauczycieli, by zobowiązali się wprowadzić do swoich zadań dwie dodatkowe godziny zajęć pozalekcyjnych. Wywołało to protesty, że jest to zamach na świętość, czyli 18-godzinne pensum.
– Być może, potrzebny jest inny sposób rozmowy ze środowiskiem nauczycielskim. Ale jest pewne, że z tego 40-godzinnego czasu pracy nauczyciel musi się rozliczyć. W świecie są różne rozwiązania – w Anglii nauczyciel po prostu musi przez ileś godzin siedzieć w szkole, w Niemczech wprowadzono 26 godzin pensum, ale wszędzie, także w USA, nauczyciel jest do dyspozycji ucznia. Moja córka chodziła do szkoły w Stanach Zjednoczonych. Lekcje w jej szkole zaczynały się o wpół do ósmej, trwały siedem godzin, a nauczyciel nie mógł odmówić wcześniejszego przyjścia lub pozostania po zajęciach. Oczywiście, nie chcę metodami administracyjnymi wprowadzić zasady, że nauczyciel przychodzi do szkoły o wpół do siódmej, po prostu chciałbym, żeby służył uczniowi pomocą. Przecież obowiązkiem nauczyciela, zapisanym w ustawie, jest stworzenie sytuacji pozwalającej uczniowi kształtować jego karierę najpierw edukacyjną, potem zawodową. Realizowania tego obowiązku nie da się zmierzyć pensum.
– Na wszystkie dodatkowe zajęcia potrzebne są pieniądze.
– Zajęcia wyrównawcze też będą finansowane z funduszu stypendialnego. Wiem, że w ubiegłym roku, tak wykazuje analiza budżetów gmin, na pomoc dla uczniów z regionów szczególnie zagrożonych przeznaczono 10 mln zł. W tym roku pieniędzy będzie więcej, bo dodać trzeba pomoc unijną. Pamiętajmy, że stypendia mogą być przeznaczone na różne cele – koszty dojazdu, internatu, ale także realizację zajęć dodatkowych. Poza tym pieniądze płyną z różnych źródeł, np. na zajęcia sportowe – z reklamy piwa. A przecież sport to także wyrównywanie szans, bo w jego uprawianiu odnajdują sens dzieci zagrożone marginalizacją.

Nieetyczne korepetycje

– Zanim dojdzie do sytuacji, w której uczeń o studiach może tylko pomarzyć, bo nie miał możliwości się rozwijać, jest ten pierwszy, bardzo zaniedbany poziom, czyli przedszkola.
– W ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego, finansowanego z Europejskiego Funduszu Społecznego, istnieje także program mający upowszechniać wychowanie przedszkolne, również w formach alternatywnych, prowadzonych przez organizacje pozarządowe. Z przygotowania przedszkolnego korzystało dotychczas około 97% dzieci, ale już wśród trzy-, cztero- i pięciolatków tylko 47% chodzi do przedszkola. Na wsi jest jeszcze gorzej, bo tylko 18% dzieci uczęszcza do wspomnianych placówek. I już w tym momencie następuje segregacja. Chcę temu zapobiec, a przy okazji tłumaczę rodzicom, że nikt im nie odbiera dzieci. Takie argumenty przeciwników też się trafiają.
– A może najważniejszym problemem polskiej edukacji jest „szkoła po szkole”, czyli korepetycje? Wiążą się one ze szkolną korupcją, czyli np. podsyłaniem sobie uczniów na dodatkowe lekcje. Wszystko w myśl zasady: ty mnie dasz zarobić, a ja tobie.
– Korepetycje to problem szkół miejskich, takich, o których potem matki mówią, że to świetna placówka, wymagająca, bo trzy czwarte uczniów bierze korepetycje. Wiem też, że szkolna korupcja istnieje, choć nigdy ten problem nie był badany. Nie ma jeszcze przepisu zabraniającego wzajemnego podsyłania sobie uczniów, jest to raczej sprawa etyki. I znowu dziwię się, że nasze chrześcijańskie społeczeństwo tak marnie przestrzega Dekalogu. W szkolnej rzeczywistości także widać łamanie dziesięciorga przykazań.
– Są inne przykłady?
– Martwi mnie reakcja, taka jak po aferze z maturalnymi przeciekami w Opolu. Młodzi ludzie skarżyli się wówczas, że konieczność powtórzenia egzaminu maturalnego jest niezgodna z zasadami państwa prawa. A ściąganie i nieuczciwość są zgodne? Poza tym uważano, że na całą sprawę trzeba przymknąć oko.
– Jak pan zareaguje na informacje o mnożących się korepetycjach?
– Po prostu trzeba stworzyć sytuację, by szkoła nie tylko wymagała, lecz także uczyła.

Nauczyciel z językiem i komputerem

– Przytoczona przez pana wypowiedź matki o dobrej szkole, bo zmuszającej do korepetycji, świadczy o bezradności rodziców, którzy najzwyczajniej nie potrafią ocenić, która szkoła jest dobra. Ratują ich rankingi.
– Rankingi przygotowywane przez media są prawdziwym nieszczęściem.
– Dlaczego?
– Jednym z podstawowych kryteriów jest liczba olimpijczyków z danej szkoły. Prowadzi to do sytuacji (historia jest autentyczna), gdy nauczyciel w pierwszych ławkach sadza tych, którzy będą startować w olimpiadzie z jego przedmiotu. Będzie pracować tylko z nimi, reszta ma czytać podręcznik i cieszyć się z trójki. O piątce nie ma co marzyć. Ten nauczyciel dostał nawet jakąś nagrodę, ale to, co stosował, też było segregacją. Złudne jest także porównywanie liczby punktów uzyskanych na egzaminach np. dla szóstoklasistów. Może się okazać, że lepsza jest szkoła, która ma wynik o kilka punktów niższy, ale panuje w niej znakomita atmosfera. I o to, a nie o miejsce w rankingu niech pytają rodzice.
– Wskazówek mogliby też szukać w kuratoriach. Jak pan ocenia pracę tych placówek?
– Mam pewne zastrzeżenia do tego, co się dzieje w kuratoriach, jednak nie do aktywności samych kuratorów. Praca kuratoriów jest dziś próbą połączenia administracji z nadzorem pedagogicznym. Chciałbym, aby skupiono się na tym drugim zadaniu.
– Początek roku szkolnego to także dyskusja o kondycji finansowej pedagogów.
– Dziś nauczyciele nie domagają się pieniędzy. Takie też jest stanowisko związków zawodowych.
– Ze statystyk wynika, że ubywa uczniów, za to przybywa nauczycieli. To chyba nawet dobrze, klasy będą mniejsze, bardziej kameralne, łatwiej będzie przekazać wiedzę.- Nic bardziej mylnego. Fizyki uczyłem w klasie, w której było 40 uczniów. Pamiętam, że było to trudne, ale nie niemożliwe. We Francji przeprowadzono takie badania porównujące liczebność klas z efektami nauki. Okazało się, że nie ma takiego związku, za to ważne są warunki pracy nauczyciela i to, czy klasa jest zgrana.
– Ważne jest też to, czy nauczyciel jest dobrze przygotowany do swojej pracy.
– To prawda. Dlatego podpisałem właśnie rozporządzenie o nowych standardach kształcenia nauczycieli. Wymaga się tam m.in. znajomości technik komputerowych, ale nie na poziomie ogólnym, trzeba znać programy związane z nauczanym przedmiotem. Konieczna jest też znajomość języka obcego.
– Może ci lepiej wykształceni nauczyciele będą np. starać się, by nie przekazywać informacji, że jedynym zadaniem kobiety jest dbanie o męża. Takie czytanki jeszcze się zdarzają. Czy zgadza się pan ze stwierdzeniem Magdaleny Środy, nowego pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, że „stereotypy nierównościowe powstają głównie w szkole”?
– Stereotypy zaczynają się od języka, a jego uczymy się w domu. Oczywiście, jest to problem, ale to rodzice pierwsi muszą się zastanowić, jakich sformułowań używają. Trzeba dziecku uświadomić, co tak naprawdę oznacza użycie słowa „cyganisz”, że nie jest to wypowiedź o Romach. W języku polskim tkwi wiele sformułowań dyskryminujących kobiety, chociażby „męska decyzja” czy fakt, że większość funkcji jest wyrażana w rodzaju męskim i trzeba tworzyć zbitki takie jak „pani minister”. Nie sądzę, żebyśmy nagle mieli przeglądać lektury i wyrzucać utwory przedstawiające kobiety w niekorzystnym świetle. Co wtedy zrobić z Konopnicką, co z literaturą XIX-wieczną, gloryfikującą Matkę Polkę i dziewicę Emilię Plater?
Rzeczywiście, na całym świecie mówi się o dyskryminacji kobiet. Co ciekawe, wszędzie wyniki w nauce dziewcząt są lepsze niż chłopców. Ale po uważnej analizie okazuje się, że w jednym chłopcy są lepsi, a mianowicie w praktycznym wykorzystaniu wiedzy.
– A jak ocenia pan szkolnictwo niepubliczne? Czy można powiedzieć, że jedna gałąź szczególnie się wyróżnia?
– Największą zaletą szkolnictwa niepublicznego jest bogactwo oferty, zaspokojenie czasem bardzo skomplikowanych potrzeb. Są propozycje i dla dzieci zdolnych, i dla tych, którym ciężko jest się odnaleźć w 30-osobowej klasie. Jednak trudno je ocenić jednoznacznie od strony merytorycznej. Są województwa, w których osiągają najlepsze wyniki ze sprawdzianów, ale są i takie, w których uczniowie „niepubliczni” wypadli najmarniej. Na pewno mamy o nich pełną wiedzę, bo nadzór pedagogiczny nad szkolnictwem niepublicznym na poziomie szkoły podstawowej, teraz gimnazjalnej, także średniej funkcjonuje od wielu lat. Inaczej jest ze szkolnictwem wyższym, gdzie nadzór raczkuje, bowiem Państwowa Komisja Akredytacyjna działa dopiero od dwóch lat. Już obecnie mamy więcej miejsc na studiach niż kandydatów. Nadchodzi w dodatku niż demograficzny, co zapewne spowoduje zamknięcie niektórych wyższych szkół prywatnych.
– Uczniom życzymy wiedzy, którą zdobywa się z radością, nauczycielom dumy z tych uczniów. A panu czego należy życzyć na początku września?
– Chyba żebym zdał tę nową maturę.

Mirosław Sawicki od 1956 do 1964 roku był w drużynie harcerskiej Hufca Walterowskiego prowadzonego przez Jacka Kuronia. Studiował fizykę teoretyczną na Uniwersytecie Warszawskim, później uczył w liceach. Współpracownik KOR, członek „Solidarności”, współautor zmian polskiego systemu oświaty. Od 2002 roku dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.

Wydanie: 36/2004

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy