Polski region biedy

Polski region biedy

Dysproporcje między obszarami bogatszymi i biedniejszymi są w naszym kraju znacznie większe niż w państwach Unii Europejskiej

Rozmowa z Jackiem Szlachtą

– Jak można najkrócej określić poziom zamożności naszego kraju?
– Na tle 27 państw Europy, które już są w Unii Europejskiej bądź zbliżają się do niej (15 należy do UE, 12 kandyduje), jesteśmy krajem biednym. Produkt krajowy brutto na mieszkańca Polski jest zbliżony do PKB na mieszkańca Słowacji, ale zakumulowany majątek przypadający na jednego Słowaka jest znacznie wyższy niż przypadający na Polaka. Są jednak w naszym kraju obszary nieustępujące zamożnością Słowacji, a nawet i Unii Europejskiej. W Polsce mamy bowiem do czynienia z bardzo dużym zróżnicowaniem w rozwoju.
– Czy jesteśmy dużo biedniejsi od Europy, do której zmierzamy?
– Najlepiej mierzyć to właśnie produktem krajowym brutto przeliczanym parytetem siły nabywczej (wiadomo, że za 100 złotych można kupić więcej w Warszawie niż w Brukseli). W Polsce PKB na głowę mieszkańca stanowi (ostatnie dane są z 1999 r.) ok. 40% średniego produktu w UE. Najbogatszy region – Mazowsze – dzięki Warszawie ma ok. 60% poziomu unijnego. Regiony najbiedniejsze (30% PKB Unii) to województwa warmińsko-mazurskie, podlaskie, podkarpackie, świętokrzyskie i lubelskie. Najuboższa jest Lubelszczyzna – jeden z dziesięciu regionów największej biedy w 27 państwach europejskich. Natomiast sześć regionów ma PKB na głowę mieszkańca powyżej średniej krajowej (ok. 110%) – oprócz Mazowsza także Śląsk i Dolny Śląsk, Wielkopolska, Pomorze oraz Pomorze Zachodnie.

– Za enklawę nędzy i beznadziei uchodziły zawsze rejony popegeerowskie, a więc i Pomorze.
– W czterech regionach Polski PKB na jednego mieszkańca zmniejszył się, a przecież trzeba jeszcze uwzględnić inflację. Chodzi o Słupskie (właśnie rejon popegeerowski), Łomżyńskie, Bialskie i region zamojsko-chełmski. To są obszary najgłębszej klęski i nędzy. Inne tereny, gdzie były pegeery, z wyjątkiem Warmii i Mazur, statystycznie wcale nie wypadają tak źle. Pamiętajmy jednak o zróżnicowaniach wewnątrzregionalnych. Najbardziej skrajnym przykładem jest właśnie Mazowsze, gdzie PKB na mieszkańca Warszawy w 1999 r. wynosił 48.217 zł, co stanowi 120% średniej unijnej. A więc stolica przekracza nawet poziom krajów UE! Natomiast tuż koło Warszawy, w podregionie radomskim, PKB wynosił 9789 zł, czyli pięć razy mniej. Te obszary dzieli niespełna 100 kilometrów. Trudno powiedzieć, czy przeciętny mieszkaniec stolicy jest pięciokrotnie bogatszy od obywatela Radomia. Produkt krajowy brutto to jest to, co się inwestuje i to, co się konsumuje, a w Radomiu za te same pieniądze można skonsumować więcej niż w Warszawie. Różnice są jednak bardzo duże.

– Zdaniem wielu polskich ekonomistów, duże różnice materialne są rzeczą normalną w krajach gospodarki rynkowej.
– W Polsce są one jednak relatywnie znacznie większe niż w państwach Unii, a w dodatku występują na znacznie niższym poziomie zamożności. Powiedziałbym więc, że polskie bogactwo jest dość przeciętne, ale bieda – bardzo przejmująca i czytelna. To prawda, że zróżnicowania w rozwoju są zjawiskiem historycznym i występują od zawsze. Wiążą się z tym jednak negatywne konsekwencje społeczno-ekonomiczne. Jeżeli różnice są zbyt duże, jest to oczywiście niekorzystne dla regionów biednych, takich jak Polska, ale i dla bogatych. Nie mogą one wykorzystać możliwości rynków zbytu, nie mają odbiorców na szereg produktów, bo potencjalni konsumenci są zbyt ubodzy. Duże różnice w zamożności mogą zagrażać spójności i samych państw – przykładem Włochy z Padanią – i całej Unii.
– Jak więc z wyrównywaniem dysproporcji daje sobie radę zjednoczona Europa?
– To, że gospodarka rynkowa może prowadzić do wzrostu zróżnicowania regionalnego wywołującego bardzo niekorzystne skutki ekonomiczne, polityczne, społeczne i kulturowe, jest oczywiste od dawna tak dla Unii Europejskiej, jak i dla OECD (Organizacji Ekonomicznej Współpracy i Rozwoju skupiającej ponad 30 państw, w tym Polskę). UE przywiązuje wielką wagę do zmniejszania takich różnic. Uznano więc, że trzeba dokonać transferu środków finansowych do krajów członkowskich i kandydackich na prowadzenie polityki regionalnej mającej zmniejszyć te dysproporcje. To druga co do wielkości pozycja w wydatkach UE, zaś dla państw kandydackich – czyli i dla Polski – największa pula środków, jaką otrzymają po wejściu do Unii. A w Polsce polityka regionalna jest szczególnie ważna, bo nasze bieguny sukcesu gospodarczego i klęski wciąż oddalają się od siebie.

– O tym, że mamy Polskę a, b, a nawet i c, wiemy już od wielu lat, ale niewiele zrobiono, by temu zaradzić.
– Po realnym socjalizmie odziedziczyliśmy jednak relatywnie niewielkie zróżnicowanie regionalne. Natomiast w latach 90. najważniejsze były cele makroekonomiczne, polityką regionalną nikt się nie przejmował i te różnice zaczęły szybko rosnąć. Transformacja stanowiła ostre wyzwanie. Okazało się, że regiony bazujące na tradycyjnym przemyśle, pegeerach i monokulturowej gospodarce, nie wytrzymują konkurencji. Sytuacja zachodnich regionów Polski poprawiła się, wyraźnie zyskały wielofunkcyjne aglomeracje miejskie. Bardzo straciły natomiast obszary wschodnie, przygraniczne. W budżecie była wprawdzie pozycja pod nazwą „polityka regionalna”, stanowiąca ok. 1,5% wydatków, ale wzrastały one, gdy mieliśmy powódź, bo jej zwalczanie klasyfikowano właśnie jako politykę regionalną. Od 2000 r. w ramach programów przedakcesyjnych otrzymujemy ok. 200 mln euro rocznie ze środków PHARE na rozwój regionalny.
– Na co przeznaczyliśmy te pieniądze?
– Głównie na wspieranie rozmaitych inwestycji. Np. pod Wrocławiem ukończono 150 km autostrady – jedyne autostrady budowane w Polsce powstają właśnie dzięki pieniądzom unijnym, bo na podstawie naszej ustawy o płatnych autostradach nie zbudowaliśmy ani kilometra. Ze środków UE zmodernizowaliśmy też linię kolejową Warszawa-Berlin, budujemy oczyszczalnie ścieków w Warszawie, Toruniu i Bydgoszczy, w Elblągu powstaje most, wsparcie uzyskało wiele małych i średnich przedsiębiorstw.
– Czyli pomagaliśmy głównie regionom zachodnim, które i tak są lepiej rozwinięte?
– Środki, które w tej chwili służą realizacji różnych przedsięwzięć, mają też nauczyć nas odpowiedniego wykorzystania znacznie większych pieniędzy, jakie otrzymamy po wejściu do UE. Zrozumiałe więc, że dostawali je ci, którzy potrafili przygotować najlepszy projekt i zapewnili jego współfinansowanie. Zasadą jest bowiem, że na każde trzy euro z kasy unijnej musi przypadać jeden euro z polskiej. Na jakość naszej polityki regionalnej bardzo źle wpłynęła uchwalona w ubiegłym roku ustawa o rozwoju regionalnym, która praktycznie uniemożliwiła proces racjonalnej decentralizacji środków publicznych. Błędem okazało się też powołanie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, które nie radziło sobie ze swymi zadaniami. Resort ten prowadził działania wręcz księżycowe. Dość powiedzieć, że do kontraktów regionalnych wpisywano środki z Unii, których alokacji regionalnej nikt nawet nie konsultował z Brukselą.
– Czy w przyszłości dostaniemy więcej unijnych pieniędzy?
– Tak, po wejściu do Unii możemy otrzymać na rozwój regionalny 4-5 mld euro rocznie. To będzie pewien szok, bo może się okazać, że nie jesteśmy w stanie racjonalnie zagospodarować tych środków. Unia zaś nie akceptuje, gdy jej pieniądze są uruchamiane niezgodnie z procedurami, w sposób nieprawidłowy. Wtedy będziemy musieli je po prostu zwrócić. Byłoby nieszczęściem, gdyby okazało się, że nie możemy pozyskać funduszy unijnych, bo nie mamy odpowiedniej ilości środków własnych. A tymczasem dużo pieniędzy w ogóle nie przechodzi przez budżet, są bezproduktywnie zamrożone w różnych finansowanych ze środków publicznych funduszach i agencjach. Stąd też niektóre z tych instytucji należy po prostu zlikwidować, by te pieniądze odzyskać. Niech przestrogą będzie dla nas przykład Hiszpanii. Choć miała teoretycznie prawo do dużych transferów środków unijnych, jednak przez trzy pierwsze lata po wejściu do UE, więcej wpłacała do unijnej kasy niż z niej czerpała, bo nie była przygotowana do wykorzystania tych pieniędzy.


Jacek Szlachta jest profesorem Szkoły Głównej Handlowej, specjalistą od spraw rozwoju regionalnego i funduszy europejskich, jednym z organizatorów międzynarodowej konferencji pod hasłem „Polityka regionalna – strategia, układ instytucjonalny, instrumenty”, która odbędzie się w Warszawie 22 listopada br. „Przegląd” sprawuje nad nią patronat prasowy.

 

Wydanie: 47/2001

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy