Sztuka w niewoli promocji

Sztuka w niewoli promocji

Ustawione przy wejściu na wystawę “Od Maneta do Gauguina” cukierkowe makiety Wieży Eiffla i Łuku Triumfalnego niewiele mają wspólnego z impresjonizmem

Czy kilkanaście autentycznych arcydzieł wśród kilkudziesięciu obrazów średniej klasy, sygnowanych przez sławnych malarzy francuskich z przełomu XIX i XX w. potrzebuje inscenizacji w stylu Disneylandu, jaką zafundowali publiczności warszawskiej organizatorzy wystawy “Od Maneta do Gauguina” w Muzeum Narodowym?
Tylko nieliczne z pokazanych obrazów namalowano w Paryżu lub mają z nim związek tematyczny. Ustawione przy wejściu na wystawę cukierkowe makiety Wieży Eiffla i Łuku Triumfalnego, podobnie jak realistyczna kopia Place du Tertre w namiocie na dziedzińcu muzealnym – niewiele mają wspólnego ze zjawiskiem impresjonizmu, który wskazał drogę sztuce XX w.
Jeśli potrzebny był symbol wizualny – to raczej widziałbym go w aparacie fotograficznym, jakim posługiwali się twórcy pierwszych dagerotypów czy zdjęć, które

zniechęciły ambitniejszych
artystów

do wiernego kopiowania otaczającego ich świata. Jak psychoanalitycy – szukali prawdy, nieraz ukrytej, a dzięki magii kolorów stwarzali wizję, jakiej nie może dać fotografia, nawet barwna.
Paryż nie stworzył impresjonizmu, choć jako stolica kulturalna mimo skandali i protestów narzucił go światu.
Wartość obrazów impresjonistów, z których niektórzy, jak van Gogh zmarli w nędzy – docenili przed Rewolucją Październikową bogaci kupcy rosyjscy i dzięki nim muzea Moskwy i Sankt Petersburga mają wspaniałe kolekcje. Rosyjscy i polscy arystokraci w tych czasach kupowali w Paryżu malowidła modnych artystów salonowych.
Polska sztuka wystawiennicza była do niedawna w czołówce światowej od pierwszych pawilonów na wystawach międzynarodowych w okresie międzywojennym. Dzisiaj, w dobie powszechnej komercjalizacji, nasi “zdolni do wszystkiego” projektanci stosują łatwe chwyty reklamowe dla zainteresowania “szerokiej publiczności”. Makiety przed Muzeum Narodowym, francuskie rogaliki croissants, podawane w odtworzonym bistro paryskim, w którym nie ma wina! (quel faux pas!), sympatyczny

kataryniarz z żywą papugą

(niestety, nie mówi po francusku) – to skojarzenia tematyczne na poziomie atrakcji polskiego pawilonu na “EXPO 2000” w Hanoverze. To, co można usprawiedliwić na powszechnej wystawie o charakterze komercyjno-turystycznym, szokuje w gmachu muzealnym.
Niedawno na retrospektywnej wystawie prac Aliny Szapocznikow w Zachęcie – zamieniono główną salę w szpital z białymi łóżkami i aparaturą medyczną, aby eksponować ostatnie prace artystki chorej na raka. Promienny, radosny, zmysłowy dorobek jej życia mimo przejść wojennych jako Żydówki – zgasł w klimacie paryskiej kliniki i przerażającej makabry.
Na Zachodzie – ekspozycje artystyczne o charakterze komercyjnym lansują świadomie skandale, fikcyjne kradzieże i interesujące dla mediów incydenty. Nie posądzam dyrekcji Zachęty, aby perfidnie sprowokowała pomyłkę w ustawieniu elementów kompozycji Francisa Bacona na jesiennej wystawie, czy napuściła Daniela Olbrychskiego do posiekania własnego wizerunku wśród rzekomych nazistów. Zdemolowanie rzeźby Jana Pawła II przez parę nawiedzonych posłów jest sprawą poważniejszą. Rzeźba ta była kiczem, podobnie jak wiele pomników wznoszonych w Polsce, także Józefa Piłsudskiego i papieża. Przypominała postać z gabinetu figur woskowych. Jednak jej niepokojąca forma poruszała wyobraźnię widza, gdyż czarny meteoryt na piersi Karola Wojtyły mógł symbolizować ciężar nienawiści, czy równie groźnej obojętności ludzkiej dla idei miłości bliźniego.
Para krewkich wybrańców narodu powinna raczej zajrzeć do Galerii Porczyńskich, gdzie portret polskiego papieża patronuje kolekcji kopii dzieł wielkich malarzy i, poza nielicznymi wyjątkami,

trzeciorzędnych malowideł.

Zdumienie budzi częsta zmiana fantazyjnych atrybucji poszczególnych obrazów, których dotąd nie zbadał ekspert o międzynarodowym autorytecie, gdyż darowanemu rzekomo koniowi nie patrzy się w zęby…
O zrozumieniu współczesnej sztuki w Polsce dobitnie świadczy fakt częstego niszczenia lub usuwania przez władze lokalne czołgów T-34, które stały na kamiennych cokołach w wielu miejscowościach, a po latach – zaśniedziałe, spatynowane stały się nie tylko autentycznymi świadkami historii, ale dziełami sztuki i kiedyś bić się o nie będą najbogatsi kolekcjonerzy i muzea.
“Sztuka cenniejsza niż złoto” – zatytułował swą książkę Jan Białostocki, dawny dyrektor Muzeum Narodowego, ale obrazy z Francji w nim pokazane cenniejsze są od brylantów. Wraz z postępem komercjalizacji naszego życia kulturalnego być może w muzeach pojawią się przy obrazach mistrzów tabliczki z ich aktualną ceną aukcyjną…
Szał promocyjny może sprawić, że na wystawie Artura Grottgera zobaczymy gustowny cmentarzyk, a Stanisława Wyspiańskiego – słomiane chochoły i karczmę bronowicką – “jak żywą”, w której hoże krakowianki serwować będą kwaśne mleko (Rachela z pejsachówką mogłaby stworzyć problemy…).
W wypadku wystawy Kossaków (ich obrazy stale zwyżkują na aukcjach) wejdziemy do muzeum przez stajnię z rozpylanym zapachem, a na straży eksponatów będą czuwać krzepcy ochroniarze w mundurach ułańskich na koniach.

 

Wydanie: 8/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy