Tag "góry"
Najszybsza w Himalajach
W zgodzie z naturą staram się wejść na wierzchołek
Dorota Rasińska-Samoćko – himalaistka, skompletowała Koronę Himalajów i Karakorum, zdobywając jako pierwsza Polka 14 szczytów ośmiotysięcznych (na dwa z nich weszła dwukrotnie). Zrobiła to w niespełna trzy i pół roku, od 12 maja 2021 do 9 października 2024 r. Z zawodu jest prawniczką i dyplomatką, poza himalaizmem uprawia nurkowanie i jazdę na nartach. Napisała książki „Moja Azja. Dora na szlaku” oraz „Australia i coś więcej”.
Pani wejścia na ośmiotysięczniki wyglądały wręcz jak spacer, lekki, łatwy i przyjemny.
– Bo widzi się tylko efekt końcowy. Była to kwestia mojej wielkiej pasji, determinacji, wytrwałości i przeświadczenia, że można osiągnąć to, co na pozór niemożliwe. A także lata przygotowań, wysiłków, treningu fizycznego, budowania odporności psychicznej. I nie był to spacer. Na Dhaulagiri dwa razy zasypały mnie lawiny w miejscach, w których teoretycznie nie powinny schodzić. W pierwszym przypadku ustałam na nogach, a w drugim poniżej obozu III byłam przypięta do poręczówki i zostałam całkowicie zasypana. Prawie dwie minuty byłam pod śniegiem. Poręczówka na szczęście wytrzymała, sama się odkopałam, wyszłam z tego cało.
Na K2 przy podejściu do obozu II znalazłam się w rzece lecących kamieni, musiałam wykazać się refleksem i szybkością, żeby uciekać w odpowiednim kierunku. Trafiły mnie trzy razy – na szczęście tylko w kask i plecak. Potem, w czasie zejścia ogarnęła mnie biała ciemność, wówczas traci się orientację, nie wie się, czy idzie się w górę, czy na dół. Przeczekałam to, zeszłam szczęśliwie. Bardzo ciężki był powrót z Everestu: walka z osłabieniem organizmu po 12 godzinach wyczerpującej wspinaczki, huragan, śnieżyca, mgła. Schodzenie jest zawsze trudniejsze, wymaga maksymalnej uwagi i powstrzymania emocji oraz właściwej oceny sytuacji.
Wspina się pani z zadziwiającą skutecznością.
– Jedynie na Dhaulagiri nie weszłam za pierwszym razem. Raz z powodu postawy mojego partnera wspinaczkowego, Szerpy. W drugim przypadku wyprawa została definitywnie przerwana właśnie z powodu zagrożenia lawinowego, nikt już później nie był w stanie iść do góry. Namawiałam wszystkich, żebyśmy poczekali parę tygodni, to pogoda na Dhaulagiri się poprawi, ale nie dali się przekonać. Poza tym zawsze wchodziłam za pierwszym razem, także na te najtrudniejsze ośmiotysięczniki.
Czyli na tych wyprawach wszystko funkcjonowało jak w zegarku?
– O nie, często działo się coś nieoczekiwanego. Na K2 przesunęło się okno pogodowe. Mieliśmy już ruszać w górę z obozu II, ale raptem napadało tyle śniegu, że spędziliśmy w dwójce kolejne dwie noce. Inni wspinacze chcieli wracać. Tym razem ich przekonałam, mówiąc, że to końcówka sezonu i skoro jesteśmy tak wysoko, warto poczekać na ostatnią szansę. Udało się, przeczekaliśmy śnieżycę, weszliśmy na wierzchołek. Na Gaszerbrumie II mój partner wspinaczkowy spadł kilkadziesiąt metrów, zginąłby, gdybym go nie asekurowała. Stracił plecak, miał kłopoty z nogą, był w szoku, powiedział, że nie może ze mną iść na Gaszerbrum I. Udało mi się znaleźć wtedy innego partnera, poszliśmy do góry, choć warunki były bardzo trudne i ponad połowa wspinaczy zrezygnowała. Dotarliśmy do obozu III, gdzie, jak wcześniej ustaliliśmy z włoskimi wspinaczami, mieliśmy wejść do ich namiotu. Włosi powiedzieli jednak, że nie mają miejsca. Było potwornie zimno, mocno wiało, mogliśmy tylko schodzić albo iść do góry. Zdecydowaliśmy więc, że atakujemy szczyt. Byliśmy jedyną dwójką, która poszła wtedy w górę. Od obozu III do wierzchołka mieliśmy prawie 1000 m różnicy wysokości. Wiatr, mróz, oblodzenie, nie było poręczówek, bo przed nami nikt w tym sezonie nie zdobył Gaszerbrumu I. Nasz atak szczytowy trwał ponad 18 godzin i zakończył się sukcesem.
W czasie tylu wypraw nigdy nie zdarzyło się pani żadne odpadnięcie?
– Nigdy, staram się bardzo uważać
Szybowcem nad K2
Pokazaliśmy z kolegami, że latanie nad Karakorum jest możliwe, i to właściwie codziennie
Sebastian Kawa – wielokrotny mistrz świata w szybownictwie, entuzjasta gór i latania eksploracyjnego. W tym roku zrezygnował z walki o kolejny złoty medal. Zebrał ekipę, zapakował pożyczony szybowiec do pożyczonego samochodu i wyruszył w liczącą 9 tys. km drogę do Pakistanu.
Jak zaczęła się fascynacja szybownictwem?
– Wychowywałem się na lotnisku, bo mój tata latał na szybowcach, uprawiał akrobacje samolotowe, a także zrzucał skoczków spadochronowych. Letni czas z mamą spędzałem najczęściej tam. Pamiętam wielkie hangary w Gliwicach, w których układano szybowce niczym puzzle. Można było pod nimi się przeciskać i chować. Ten klimat od zawsze mi się podobał. Gdy tata był w powietrzu, całe popołudnia słuchałem opowieści lotników czekających na swoją kolejkę lotów. Chciałem robić to samo, co tata.
Zaczynał pan jednak od żeglarstwa.
– Przeszedłem drogę juniora od klasy Optimist, potem Cadet i 420. A zaczęło się od tego, że pływaliśmy na omedze z tatą na Jeziorze Żywieckim, jak miałem kilka lat. Gdy byłem mały, przeprowadziliśmy się z Zabrza do Międzybrodzia Żywieckiego, więc jezioro było pod nosem. Później zapisałem się do klubu Neptun FSM Bielsko-Biała.
Żeglowanie pomogło w karierze pilota?
– Technicznie niewiele, ale jeśli chodzi o kwestie psychologiczne w sporcie, to jasne, że tak. Nieważne, jaki sport się uprawia, zasady wszędzie są podobne: walka ze stresem, wyznaczanie sobie celów i ich realizacja. Obowiązuje zasada: chcę wygrać i do tego dążę, co nie zawsze jest oczywiste, szczególnie gdy jest się dzieckiem. Zawodnika zrobili ze mnie właśnie w klubie żeglarskim Neptun FSM Bielsko-Biała. To zasługa naszego trenera Zygmunta Leśniaka.
Odnosił pan sukcesy?
– Pierwszy sukces to mistrzostwa Polski na jeziorku w Przeczycach w Zawodach Ligi Obrony Kraju. Było to wielkie zaskoczenie, bo nasz klub pojechał tam zobaczyć, jak jest na takich zawodach, tymczasem ja wygrałem w optymistach. Trochę przechytrzyłem zawodnika, z którym ostatecznie walczyłem o pierwsze miejsce. Udawałem, że płyniemy razem, a potem odbiłem dookoła zakotwiczonego jachtu i kolega został na zawietrznej. Dzięki temu wygrałem. Mówimy tu o dzieciach z drugiej klasy podstawówki.
Co sprawia, że jest się dobrym pilotem? Cechy osobowości, doświadczenie, a może główną rolę gra intuicja i przewidywanie warunków?
– Myślę, że potrzeba wszystkiego po trochu: woli walki, umiejętności kalkulowania, doświadczenia, odporności psychicznej. Jesteśmy w powietrzu przez wiele godzin, a na zawodach przez dwa-trzy tygodnie. W locie trzeba podejmować wiele kluczowych decyzji, na które nie ma dużo czasu, więc trzeba to robić niejako automatycznie. Niektórzy zawodnicy latają za innymi, inni próbują znaleźć własną drogę w powietrzu. Wcale nie jest powiedziane, kto wygra. Szczególnie przy współczesnej technice, dzięki której widzimy wszystkich na ekranie komputera i wiemy, jakie mają warunki. Przez to ta dyscyplina trochę traci sens. Zamiast odczytywać chmury, latamy za innymi.
Jak wygląda trening w tym sporcie i przygotowywanie się do zawodów? Przecież nie jest to sport kondycyjny.
– Trochę jednak jest. Trzeba być w odpowiedniej formie, aby sobie poradzić z długotrwałymi lotami, z wysiłkiem w wysokich temperaturach w odległych miejscach i ze stresem. Na treningu przede wszystkim trzeba dobrze poznać rejon i zachodzące tam zjawiska meteorologiczne. Im więcej tej wiedzy jesteśmy w stanie sobie przyswoić syntetycznie, śledząc wcześniejsze zapisy lotów, tym lepiej, ale nic nie zastąpi latania na miejscu. Trzeba też trenować współpracę, mieć zgrany zespół, bo latanie we dwójkę jest dużo skuteczniejsze. Często musimy szybować na granicy przeciągnięcia i doskonałe zgranie z szybowcem, czucie tego, co się z nim dzieje, oraz automatyczne reakcje są bardzo ważne. Przeciągnięcie można porównać do poślizgu w zakręcie – jeszcze trochę i już się wyleci.
I zaczniemy spadać?
Odkrzyżowanie
Jestem za, a nawet przeciw. Odkrzyżowałbym najchętniej góry, zwłaszcza tę ikoniczną, Śpiącego Rycerza z 17-metrowym pryszczem na nosie, zamontowanym mu z początkiem XX w. przez zakopiańskich górali. Krupówki jako stan ducha – dzisiejsze pandemonium bezguścia i królestwo paździerza – miały swój początek na Giewoncie w 1901 r., kiedy parafianie księdza megalomana pokornie wnieśli na grzbietach to żelastwo i oszpecili panoramę Tatr. Podobnych gwałtów na krajobrazie dokonywały mniej lub bardziej spontanicznie wszelkie ludy podgórskie, w bogobojności swojej szukając ratunku przed grozą nieokrzesanej natury, próbując oswoić szczyty za pomocą dewocjonaliów – ale nigdzie nie dokonano tego w takiej skali jak w Zakopanem.
Jak się człowiek nizinny przygląda z daleka najpiękniejszym turniom tatrzańskim, np. Wysokiej, Krywaniowi czy Gerlachowi, nie ma nawet pojęcia, że te szczyty też ukrzyżowano, bo to raczej krzyżyki niespodzianie wyłaniające się dopiero na ostatnich metrach podejścia. Skądinąd dwuwierzchołkowy szczyt Wysokiej jest doskonale ekumeniczny: na jednym, częściej odwiedzanym, zamontowano krzyż, drugi wieńczy metalowy czekan. Giewont straszy krzyżem z daleka – z bliska wręcz zabija, bo tak wielki piorunochron staje się u szczytu sezonu bronią masowej zagłady dla ciżby turystów, co to się alertom pogodowym nie kłaniali. Dla dobra ludzkości zatem, jako i w duchu ekologicznym, zarządziłbym sprzątanie gór z krzyży – żelazne trzeba by zdemontować, drewniane wystarczyłoby podpalić – dzięki czemu mogłyby dokonać swojego żywota jak hasiorowskie rzeźby plenerowe. Nie jest bowiem krzyżowanie szczytów aktem wiary, lecz zwykłym znaczeniem terytoriów. Dlatego nie różnicuję tu krzyża na Giewoncie, który oznajmia, że Tatry to rewir katolików, od swastyki powieszonej w 1941 r. na wschodniej ścianie Mnicha przez okupantów (głosiła chwałę III Rzeszy przez rok).
Anatomia obsesji
W dziedzinie wysokogórskich zdjęć wspinaczkowych w kinie fabularnym podnieśliśmy poprzeczkę tak wysoko, że trudno będzie temu dorównać. Chyba że sami spróbujemy Marcin Polar – reżyser filmów dokumentalnych, operator filmowy, autor zdjęć filmowych w warunkach ekstremalnych, m.in. ujęć górskich w filmie „Biała odwaga” Marcina Koszałki. W recenzjach „Białej odwagi”, także tych krytycznych, pojawia się jeden wspólny ton: Tatry nigdy nie wyglądały tak pięknie. Gratulacje, to twoja zasługa. Zastanawiam się, jak cię najlepiej przedstawić.
Dziad do obrazu
Równonoc – urodziny taty. Im dłużej nie żyje, tym więcej mam z niego; frazy, że „z ojcem zacząłem się dogadywać po jego śmierci”, wciąż jeszcze nie wyświechtałem tak, by straciła na tragicznej efektowności. Żyjący rodzice drażnią na wiele sposobów, po ich śmierci nagle ma się do nich bezgraniczną cierpliwość – od kiedy ojciec nas odumarł przed pięcioma laty, mówiłem do niego częściej niż przez całe życie. Zwłaszcza podczas marszrut górskich, najchętniej samotnych, bo nie trzeba z nikim kroku równać,
Łacne przedwojnie
Nie luty, tylko łacny. Pewnie jeszcze jakieś niebiańskie armatki się włączą i naśnieżą zbocza, ale górale już wiedzą, że im to nie zbilansuje dziur w budżecie; chodzą osowiali, a mnie to się udziela, bom człowiek empatyczny. Nawet smog w dolinie zalega jakoś smętniej niż zwykle, nie dusi tak wściekle, ledwie zalatuje spalenizną, bo to i ni ma po co w piecu polić. Zimy coraz krótsze, to i ceny coraz wyższe, bo trzeba wyrobić sezon skompresowany – a to już błędne koło, bo jak kogo stać na narty z rodziną, to alpejskie
Zdrowo pod górkę
Antoś mnie zapytał ze swoim cudownie dziecięcym przejęciem: „Tato, a kogo bardziej kochasz, mnie czy góry?”. „Prawda nigdy nie jest po stronie nizin, prawda jest zawsze po stronie gór” – taki arbitralny cytat z Jurka Pilcha noszę na koszulce, którą dostałem podczas ubiegłorocznego festiwalu Granatowe Góry imienia Pilcha właśnie. Skądinąd dotarłem nań pieszo, pogoda była już letnia, na łąkach siglańskich konie się pasły, pod Jarzębatą owce miały samowolkę, sielsko się
Polacy już rezerwują zimowy wypoczynek – gdzie wybrać się na narty w polskie góry?
Zimowe miesiące już tuż-tuż, co oznacza, że miłośnicy białego szaleństwa zaczynają planować swoje ferie na stokach. Coraz więcej Polaków decyduje się na spędzenie zimowego wypoczynku w rodzimym kraju, doceniając uroki polskich gór. Gdzie warto się
Trzeba coś skończyć, żeby zabierać się do następnego
Każda rola, którą staram się szczerze budować, potem coś mi zostawia, też czegoś od niej się uczę Artur Paczesny – aktor, laureat nagrody na 48. FPFF w Gdyni, za pierwszoplanową rolę męską w filmie Grzegorza Dębowskiego „Tyle co nic”. Absolwent Wydziału Lalkarskiego PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, Filia we Wrocławiu, aktualnie w zespole Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wcześniej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Jak powitano pana w Opolu, w Teatrze im. Kochanowskiego,
Nie poszedłem w Tatry
Przekomarzałem się kiedyś z nieżyjącym już dziś Michałem Jagiełłą, mówiąc, że Tatry poznałem wcześniej od niego. Rzeczywiście Michał, starszy o dziesięć lat, przyjechał w Tatry jako nastolatek, podczas gdy ja znalazłem się tam w wieku lat niespełna czterech. Tyle że potem zatrzymałem się w rozwoju, a Michał przemierzył całe Tatry, wspinał się po nich i zjeżdżał na nartach, został nawet naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR. A przy tym poznał Alpy, Kaukaz, Pamir i Hindukusz – w żadnej mierze






