Tag "gospodarka"
Pokolenie ustrojowej transformacji
Tempo wzrostu dochodu narodowego w latach 1945-1989, w PRL, której obraz jest przez prawicową propagandę zakłamywany, było wyższe niż w 35-leciu po 1989 r.
Historia się dzieje. Dla Polski takim historycznym pasmem wydarzeń był rok 1989 z obradami Okrągłego Stołu, wyborami parlamentarnymi i desygnowaniem premiera Tadeusza Mazowieckiego dokładnie 35 lat temu. Był to przełom polityczny, który umożliwił po niekonsekwentnych prorynkowych reformach systemu państwowego socjalizmu nieodwracalne pchnięcie do przodu procesu transformacji ustrojowej – liberalizacji politycznej i gospodarczej, które wiodły do demokracji i gospodarki rynkowej. Podczas epokowych przemian ustrojowych mamy do czynienia z dialektyką ciągłości i zmiany, o czym trzeba pamiętać, aby dobrze pojąć istotę wielkiej zmiany.
Spuścizna państwowego socjalizmu.
Pokolenie temu liderem prorynkowych reform i choć ograniczonej, to jednak również politycznej liberalizacji była Polska. Szczególnie w drugiej połowie lat 80. stworzono relatywnie korzystne w porównaniu z innymi krajami socjalistycznymi warunki startu do przyśpieszenia transformacji, której symptomy zrodziły się już wcześniej. Przedsiębiorstwa państwowe i spółdzielcze miały rosnący zakres autonomii; nie była to jeszcze gospodarka rynkowa, ale na pewno już nie była to gospodarka centralnie planowana. Po wyłączeniu z uprzednio funkcjonującego jako monobank Narodowego Banku Polskiego sieci dziewięciu banków i ich skomercjalizowaniu działał zdecentralizowany system bankowy. Zliberalizowany został w pełni dla ludności, a częściowo dla przedsiębiorstw rynek walutowy. Wartościowo biorąc, od lata 1989 r. ponad połowa towarów nabywanych przez gospodarstwa domowe była sprzedawana po cenach wolnych. Istniało prawo regulujące dopływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych, prawo antymonopolowe oraz regulacje dotyczące upadłości firm. Polska była członkiem General Agreement on Tariffs and Trade (GATT), poprzednika Światowej Organizacji Handlu (WTO), a od 1986 r. stała się pełnoprawnym członkiem Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ponad połowa obrotów handlu zagranicznego dokonywała się poprzez wymianę towarową z Zachodem. Nie mniej niż 20% dochodu narodowego wytwarzał sektor prywatny – indywidualne rolnictwo oraz rzemiosło i drobna wytwórczość, które obecnie określa się jako przedsiębiorstwa małe i średnie (MŚP).
Tak zaawansowaną decentralizacją i deregulacją oraz zasięgiem prywatnego sektora nie mógł wtedy pochwalić się żaden kraj socjalistyczny. Znaczenie rynkowych reform poprzedzających powstanie pierwszego posocjalistycznego rządu historyk Tomasz Kozłowski postrzega wręcz jako kluczowe dla późniejszych przemian: „Rząd Rakowskiego miał już przygotowany plan. Obejmował on: liberalizację; prywatyzację (w tym stworzenie spółek akcyjnych oraz giełdy!); pozyskiwanie zachodnich inwestycji; drastyczną walkę z inflacją m.in. poprzez zahamowanie wzrostu dochodów realnych; likwidację nierentownych przedsiębiorstw, a nawet całych branż (…). Gdyby historia potoczyła się inaczej, premier Rakowski, wicepremier Sekuła oraz prezydent Jaruzelski przeszliby do historii jako twórcy kapitalistycznej gospodarki w Polsce”. Wypada tu dodać ówczesnego ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego, który również był głęboko zaangażowany we wdrażanie zmian prorynkowych.
Zarazem sytuacja była niesprzyjająca ze względu na największą pośród państw socjalistycznych skalę inflacji cenowo-zasobowej. Syndrom shortageflation, jak to nazwałem w literaturze anglojęzycznej, był szczególnie dotkliwy, co stawiało liberalizację gospodarki i politykę stabilizacyjną przed poważnymi problemami. To wszakże nie brak woli i kompetencji rządów lat 80. doprowadził do opłakanej sytuacji gospodarki w końcu tamtego dziesięciolecia, ale zimne wojny: ta polska domowa i ta światowa. Zarówno mocarstwa zachodnie, które nałożyły na Polskę sankcje gospodarcze po wprowadzeniu stanu wojennego w końcu 1981 r., jak i wewnętrzna antyrządowa opozycja konsekwentnie stosowały zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Blokując pożądane reformy, sprzyjało to dalszemu strukturalnemu erodowaniu systemu państwowego socjalizmu. Uginał się on coraz bardziej nie tylko pod ciężarem własnej nieudolności i nieumiejętności dostosowania się do wyzwań nabierającego rozpędu procesu globalizacji, lecz także wskutek celowego osłabiania przez antysystemowe siły wewnętrzne i zewnętrzne. Przełom polityczny 1989 r. zmienił sytuację zasadniczo; co wcześniej było niewykonalne, stało się możliwe. Nic przeto dziwnego, że we wszystkich ministerstwach, poczynając od najważniejszego Ministerstwa Finansów, sięgnięto do szuflad, by wyciągnąć zalegające tam propozycje programowe. Po odkurzeniu wiele z nich teraz już mogło się przydać.
Zgubne doktrynerstwo.
Niestety, ewidentna przesada w ostrości pakietu stabilizacyjnego miast ograniczyć skalę wzrostu cen, wpierw ją znacznie przyśpieszyła. W rezultacie wychodzeniu z gospodarki niedoborów towarzyszyła slumpflacja; głębokie załamanie produkcji sprzęgło się z galopującą inflacją przeradzającą się w hiperinflację. Mimo że w końcowych miesiącach 1989 r. tempo wzrostu cen już spadało, tzw. szokowa terapia radykalnie odwróciła tę tendencję na początku 1990 r. Minister finansów i jego doradcy zapewniali, że inflacja w ujęciu miesiąc do poprzedniego miesiąca już po kwartale wyniesie zaledwie 1%; stało się tak dopiero po siedmiu latach. Rząd obiecywał krótkotrwałą, jednoroczną recesję wynoszącą 3,1%; trwała trzy lata (12 kwartałów od drugiej połowy 1989 r., kiedy to Solidarność przejęła władzę, do pierwszego półrocza 1992 r.) i PKB spadł w sumie o niemal 20%. Bezrobocie, które po osiągnięciu pułapu 400 tys. według rządowych zapowiedzi miało już nie rosnąć, przekroczyło 2,5 mln i zaczęło spadać dopiero po czterech latach dzięki wdrażaniu „Strategii dla Polski”. Wskutek dwóch lat walki metodą „terapii szokowej” z inflacją cenowo-zasobową dochód narodowy był o jedną piątą mniejszy (produkcja przemysłowa o prawie jedną trzecią), a ceny prawie 12-krotnie wyższe!
Kluczowe dla uruchomienia transformacji ustrojowej pełną parą były przeobrażenia 1989 r., jednakże coś ważnego działo się w tej materii już wcześniej. Konsekwentnie jednak odróżniam reformy gospodarki socjalistycznej od zwrotu ku gospodarce kapitalistycznej. Do 1989 r. chodziło o możliwe w tamtych realiach społecznych i geopolitycznych urynkowienie gospodarki, o stworzenie swego rodzaju socjalizmu rynkowego czy też, jak kto woli, rynku socjalistycznego. To był okres reform systemowych – nie wszędzie, na pewno nie w Albanii czy w Rumunii albo daleko od Europy, w Mongolii czy na Kubie – a nie transformacji polegającej na jakościowym przejściu ze starego do nowego ustroju.
Sytuacja komplikuje się ze względu na nieostrość pojęć, jakimi się posługujemy. Przy Okrągłym Stole zależało nam – przynajmniej ja tak to rozumiałem, a na pewno również Jacek Kuroń i niektórzy ekonomiści z kręgów Solidarności, w tym profesorowie Jan Mujżel i Witold Trzeciakowski, współprzewodniczący obrad sekcji ekonomicznej – na znalezieniu sposobów przejścia do społecznej gospodarki rynkowej. Nie bez powodu stwierdzenie o takich ambicjach politycznych znalazło się w wystąpieniu sejmowym premiera Mazowieckiego 12 września 1989 r. W pierwszym przemówieniu – zaraz po desygnacji na stanowisko premiera, a jeszcze przed powołaniem rządu – nie użył tego terminu, mówiąc: „Długofalowym strategicznym celem poczynań rządu będzie przywrócenie Polsce instytucji gospodarczych od dawna znanych i sprawdzonych. Rozumiem przez to powrót do gospodarki rynkowej oraz roli państwa zbliżonej do rozwiniętych gospodarczo krajów. Polski nie stać już na ideologiczne eksperymenty”. Niestety, wkrótce potem jego rząd podjął eksperymenty w postaci „terapii szokowej”, która miała stworzyć w istocie neoliberalną gospodarkę kapitalistyczną. Ekonomiczne straty poniesione w rezultacie tego eksperymentu były ogromne, a polityczne koszty poniósł wkrótce sam Mazowiecki, przegrywając wybory prezydenckie w 1990 r. i podając się do dymisji.
Witold Kieżun formułuje jednoznaczną opinię o faktycznym winowajcy tej dymisji, Leszku Balcerowiczu – który był odpowiedzialny za politykę gospodarczą w rządzie Mazowieckiego – zarzucając mu, że „(…) należał do grupy kapitalistycznie »zindoktrynowanych« w ramach programu United States Information Agency dla młodych partyjnych naukowców, którym umożliwiono studia w USA”. (Ten przytyk o partyjności zapewne wiąże się z wcześniejszą pracą Balcerowicza w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Akurat tu przesadza, nie trzeba było bowiem wyjeżdżać po nauki do USA, aby ulec neoliberalnej czy wręcz libertariańskiej ideologii. Inni też wyjeżdżali i nie dali się jej zauroczyć. Nie lekceważąc bynajmniej wpływu zachodnich kręgów politycznych, intelektualnych i naukowych na sposób myślenia niejednego polskiego ekonomisty czy luminarza innych nauk społecznych, powiedzmy sobie, że nadwiślańskie doktrynerstwo i neoliberalny dogmatyzm były zasadniczo domowego chowu.
Utopia na miarę czasów
Indonezja buduje nową stolicę, bo stara tonie.
Na pierwszy rzut oka tempo realizacji tej inwestycji wydaje się imponujące. Pięć lat i miasto zbudowane od zera. Mało który przywódca w historii ludzkości może się pochwalić takim osiągnięciem, nawet jeśli wliczyć w to totalitarnych liderów w najokropniejszych reżimach historii, takich jak Korea Północna czy Związek Radziecki. Tymczasem Joko Widodo, odchodzący i wciąż uwielbiany przez tłumy prezydent Indonezji, w zaledwie pół dekady wzniósł nową stolicę kraju. Dla narodu ma to być symbol rozwoju gospodarczego i skoku cywilizacyjnego poczynionego w ostatnich latach. Dla niego samego – pomnik postawiony za życia. Brytyjski tygodnik „The Economist” napisał nawet, że Nusantara, bo tak nazywa się to miasto, jest zbudowana na próżności głowy państwa.
Po raz pierwszy o projekcie nowej metropolii prezydent zaczął mówić w 2019 r. Wtedy, 16 sierpnia, w czasie corocznego przemówienia do narodu z okazji rocznicy uzyskania niepodległości przez Indonezję w 1945 r., zaskoczył wszystkich, dając do zrozumienia, że kraj stać na taki projekt. A to wydatek niemały, według informacji podanych przez stację Al-Dżazira cała operacja, łącznie z przeniesieniem instytucji publicznych i relokacją mieszkańców, ma kosztować 35 mld dol. Przynajmniej na papierze, bo realne koszty będą zapewne kilkukrotnie wyższe.
„Jokowi”, jak Indonezyjczycy nazywają odchodzącego prezydenta, robił przez te pięć lat wszystko, żeby inwestycję przedstawić jako projekt modernizacyjny. Z ekonomicznego punktu widzenia ma ku temu podstawy. Jeśli spojrzeć na dane Banku Światowego, Indonezja w ciągu ostatniego ćwierćwiecza była jedną z najprężniej rozwijających się gospodarek globu. Na początku XXI w. zaczęła bardzo się rozpędzać, wyhamowała tylko dwukrotnie. W ostatnim kwartale 2001 r. wzrost gospodarczy spadł do 1,5%, ale w finansach publicznych to już archeologia. Ponownie kryzys przyszedł w drugim kwartale 2020 r., w szczycie pandemii koronawirusa. Wtedy gospodarka tego największego muzułmańskiego kraju na świecie skurczyła się o 5,32%. Przy czym kryzys dopadł wtedy wszystkich, a zaraza szczególnie mocno uderzyła właśnie w takie państwa jak Indonezja, gdzie wielu ludzi pracuje w szarej strefie, dorywczo, przede wszystkim w gospodarce nieformalnej, drobnej przedsiębiorczości i handlu ulicznym. Nie ma więc co się dziwić. Poza tymi dwoma potknięciami był ciągły wzrost w przedziale 4,5-7% w ujęciu rocznym. Wynik, o którym liberalne demokracje Zachodu mogą teraz tylko fantazjować.
Nusantara, gigantyczny plac budowy.
Ambicje indonezyjski przywódca ma rzeczywiście ogromne. Tylko w tym roku do Nusantary popłynęło 6,2 mld dol. inwestycji. W poprzednich dwóch latach – 4,6 mld. Podpisano, jak wylicza Al-Dżazira, 369 listów intencyjnych z wykonawcami, głównie zagranicznymi. Zdecydowana większość to podmioty zarejestrowane w Singapurze, ale są też firmy japońskie, malezyjskie, chińskie, amerykańskie, europejskie (np. z Finlandii). Warto jednak poświęcić chwilę uwagi koncernom z Singapuru, bo one często singapurskie bywają tylko z nazwy. W tym kraju bardzo łatwo zarejestrować nową spółkę, zwłaszcza z kapitałem azjatyckiego pochodzenia, dlatego na masową skalę robią to Chińczycy, tworząc spółki córki, ostatecznie przejmujące rolę spółek matek. Chociażby z tego powodu nie do końca wiadomo, kto będzie stawiał nowy pomnik cywilizacyjnego rozwoju Indonezji. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle on powstanie.
Docelowo do 2045 r. ma tu mieszkać 1,9 mln ludzi. To i tak niewiele, raptem jedna piąta dzisiejszej populacji Dżakarty, obecnej stolicy. Widać więc, że rząd planuje przenieść na Borneo, gdzie znajduje się Nusantara, przede wszystkim administrację, co trzeba podkreślić, żeby przebić pompowany balon opowieści o urbanistycznej utopii. Na razie mówi się o 20 tys. urzędników państwowych i ich rodzinach, czyli kolejnych 12 tys. osób, które mają tam zamieszkać już w grudniu tego roku. Zbudowano dla nich 12 apartamentowców, w ciągu najbliższych miesięcy kolejne 35 ma zostać oddanych do użytku. Jak dotąd Nusantara jest więc gigantycznym placem budowy. Nie trzeba posługiwać się negatywnymi czy krzywdzącymi stereotypami, żeby przyznać, że to widok typowy dla wielu inwestycji infrastrukturalnych globalnego Południa. Kilkupasmowe drogi urywające się bez uprzedzenia. Wysokie na pół metra krawężniki, przy których nie parkuje żaden samochód. Drapacze chmur ze szkła i stali. Szkielety budynków, nad którymi górują dźwigi. Siatki zabezpieczające, kontenery ze śmieciami i wiatr hulający po pustych piętrach.
Trochę więcej życia na tym gigantycznym placu budowy pojawiło się 17 sierpnia, z okazji kolejnego święta niepodległości. Zagraniczni reporterzy od razu jednak wytknęli niedociągnięcia, bo impreza miała być huczna, pompatyczna, a była… dość zwykła. Już kilka tygodni przed obchodami stało się jasne, że z bizantyjskiej inauguracji niewiele wyjdzie. Lista oficjalnych gości, w tym zagranicznych dyplomatów, przedsiębiorców i celebrytów, została zredukowana dość drastycznie, z 8 tys. do zaledwie 1 tys. Powód prozaiczny: w nowej stolicy nie ma odpowiedniej infrastruktury, żeby ich wszystkich ugościć. Ani zakwaterowania, ani sieci kanalizacyjnej, ani ukończonych dróg czy komunikacji zbiorowej, nie mówiąc o jedzeniu i piciu. Imprezę więc zorganizowano, ale zdecydowanie z myślą o użytku wewnętrznym. Były tradycyjne indonezyjskie tańce, ludowe stroje, parada dziedzictwa narodowego. W dniu niepodległości to oczywiście bardzo ważne, ale oglądając przemarsze w Nusantarze, można było odnieść wrażenie, że nie o to organizatorom chodziło, przynajmniej pięć lat temu, przy ogłaszaniu projektu przeprowadzki stolicy.
Cierpienia młodego wynalazcy
Jak Polska jest (nie)przygotowana do wyzwań innowacyjnej gospodarki.
W ciągu ostatnich kilku lat Polska, zajęta dumnym wstawaniem z kolan, snuciem marzeń o wielkich projektach infrastrukturalnych i wdrażaniu przez państwo przełomowych technologii, nie miała głowy do tak prozaicznej sprawy jak wynalazczość. Postawa rządzących była o tyle racjonalna politycznie, że innowacyjność w każdym społeczeństwie jest domeną bardzo wąskich grup społecznych, a jej wpływ na tempo rozwoju i poziom dobrobytu kraju uwidacznia się dopiero w długim terminie. Pomijanie innowacyjności w polityce gospodarczej nie jest grzechem jedynie poprzedniego rządu, czego efekty widać w statystykach.
W rankingu Global Innovation Index 2023 przygotowanym przez WIPO (Światową Organizację Własności Intelektualnej, www.wipo.int/global_innovation_index/en) znaleźliśmy się na 41. miejscu wśród 132 gospodarek i na 26. wśród 39 gospodarek europejskich! Pod względem liczby zgłoszeń do Europejskiego Urzędu Patentowego (EPO) aktywność Polski jest znacząco mniejsza niż pozostałych państw. W 2021 r. liczba zgłoszeń z Polski do EPO wyniosła 539, czyli 48 razy mniej niż zgłoszeń z Niemiec, przyznanych praw patentowych mieliśmy zaś 240, czyli 69 razy mniej niż Niemcy.
Powody zapaści polskiej nauki można streścić w jednym stwierdzeniu – zbyt niskie nakłady finansowe. Można też przeprowadzić głębszą analizę, ale przekraczałaby ona ramy tego artykułu. Zapaść naszej wynalazczości nie jest jednak spowodowana wyłącznie przedkładaniem przez kolejne ekipy rządowe korzyści z promowania bieżącej konsumpcji nad cele długoterminowe. Na przeszkodzie stają również kwestie bardziej kuriozalne.
W ostatnich kilku latach najgorętszym tematem na rynku inwestorów venture capital jest oczywiście AI – sztuczna inteligencja. Sukcesy dużych modeli językowych (LLM), takich jak ChatGPT, czy generatywnej AI tworzącej realistyczne obrazy i wizualizacje, jak Stable Diffusion, przyciągnęły ogromne kapitały i w błyskawicznym tempie pozyskały setki milionów użytkowników. W rozwój AI zaangażowali się najlepsi informatycy na całym globie. W latach 2014-2023 udzielono tysiące patentów w tej dziedzinie. Z 10 firm wiodących w rozwoju AI połowa jest z Chin. Najwięcej patentów – 2074 – zarejestrował Tencent, a ostatni w tej dziesiątce jest Microsoft, z „tylko” 377 patentami.
Gdzie w tym wyścigu plasuje się Polska? Choć co trzeci start-up pytany w corocznej ankiecie przez Start-up Poland uznaje za słowa kluczowe AI, deep tech i IoT (internet rzeczy), w dziedzinie AI mamy okrągłe zero krajowych patentów. Jak to możliwe w państwie, w którym uczniowie i studenci regularnie wygrywają światowe olimpiady informatyczne i matematyczne lub przynajmniej są ich laureatami? To proste. Polska w odróżnieniu od USA czy regulacji Unii Europejskiej nie uznaje kodu komputerowego za wynalazek. Dlaczego? Bo takie mamy prawo. Bo świat się zmienił, a my nie i do zmiany postawy nie przekonuje nas nawet malejąca z roku na rok liczba krajowych patentów utrzymywanych w mocy (z 18 336 w 2019 r. do 14 022 w roku ubiegłym).
Chciałbym się skupić jednak na innym wycinku problemu – wynalazcach indywidualnych. Mierzony liczbą zgłaszanych patentów może się wydawać nie tak ważny, to 10-15% patentów przyznawanych w Polsce, ale przecież wynalazki takich innowatorów jak Louis Pasteur, Alfred Nobel czy Nikola Tesla dokonywały przełomów gospodarczych i społecznych.
Chirurgia w zapaści
Towarzystwo Chirurgów Polskich bije na alarm: część oddziałów ratujących życie może zostać zamknięta.
– Mój syn ma kilka zmian, które trzeba obserwować i mieć pod stałą kontrolą. Przyszedł czas na kolejną wizytę kontrolną. Zaczęliśmy sprawdzać terminy w poradni chirurgii dziecięcej i trochę zgłupieliśmy. Nie było wolnych miejsc, co nie jest żadną niespodzianką, ale na stronie jest przycisk „Przeszukaj kolejne 60 dni”. Żona zaczęła klikać. Klik, klik, klik. Przelatywały nie dni, nie miesiące, ale lata. Dobrnęliśmy do maja 2032 r., aby przeczytać: „Nie znaleziono żadnych wizyt spełniających kryterium wyszukiwania”. Poddaliśmy się z prozaicznego powodu. Nasz syn w 2032 r. będzie miał 20 lat, więc nawet nie da się go zapisać do chirurga dziecięcego na taki termin. Poza tym, co bardziej oczywiste, musi mieć wizytę jeszcze w tym roku – opowiada ojciec przewlekle chorego Michała i dodaje w zamyśleniu: – Swoją drogą ciekawe, czy można syna przy takiej kolejce zapisać do poradni dla dorosłych…
Kolejne warstwy problemów.
Według Towarzystwa Chirurgów Polskich wieloletnie niedofinansowanie procedur chirurgicznych, skutkujące pogłębiającym się zadłużeniem szpitali, oraz braki kadrowe to dziś główne problemy chirurgii. Jeśli ten stan rzeczy nie zacznie szybko się zmieniać, niebawem wiele oddziałów chirurgicznych, na których wykonywane są operacje ratujące życie, może zostać zamkniętych. Nawarstwiające się problemy przekładają się na rzeczywistość pacjentów, którzy latami czekają na tzw. zabiegi planowe. Zadziwiające, że dziedzina elementarna dla medycyny jest skrajnie niedofinansowana.
– Jeżeli chirurgia jest w szpitalu deficytowa i trzeba do niej dopłacać, to żadna placówka nie będzie zainteresowana powiększaniem chirurgom przestrzeni zabiegowej. Na tej samej sali operacyjnej mogą w tym samym czasie pracować inni specjaliści, którzy również potrzebują anestezjologa, instrumentariuszki i w większości podobnego sprzętu, ale przynoszą szpitalowi dużo większy zysk. Dość naturalne jest więc, że tzw. dostęp wewnętrzny i dystrybucja usług będą łatwiejsze dla tych, którzy są bardziej rentowni – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Tomasz Banasiewicz, członek Zarządu Głównego Towarzystwa Chirurgów Polskich, dyrektor Instytutu Chirurgii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.
Towarzystwo Chirurgów Polskich wskazuje, że wyceny wysokospecjalistycznych zabiegów w ostatnich latach są raczej obniżane niż wyrównywane do poziomu odpowiadającego ich realnym kosztom. Dziwi to tym bardziej, gdy pomyśleć, że chirurgia jest jedną z dynamiczniej rozwijających się dziedzin medycznych ostatnich lat.
– Najważniejsi powinni być pacjenci i prawidłowe postępowanie medyczne zgodne z najnowszą wiedzą medyczną. Bez odpowiedniego finansowania nie będzie to możliwe. Chirurgia jest dziś m.in. podstawą leczenia nowotworów jelita grubego, tymczasem wycena tej procedury została obniżona aż o 27%. Podobnie niezrozumiałe jest dla nas obniżenie wycen operacji przełyku (z 37 982 zł do 30 855 zł, czyli o 22,4%) lub dużych zabiegów przełyku, takich jak fundoplikacja, kardiomiotomia, protezowanie, operacje uchyłków. Tu obniżono wycenę z 22 342 zł do 17 208 zł (26,4%), a to nie zabezpiecza realnych kosztów, jakie ponoszą szpitale – zwraca uwagę prof. Krzysztof Zieniewicz, prezes Towarzystwa Chirurgów Polskich.
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Czy Hindus płakał, jak zamykał?
Produkcja stali w Polsce osiągnęła w ubiegłym roku poziom taki jak w latach 50. XX w. Czyli 6,75 mln ton.
19 lipca br. media obiegła informacja, że spółka ArcelorMittal Poland, największy w kraju producent stali, poinformowała o wygaszeniu jedynej działającej w krakowskiej Hucie Sendzimira baterii koksowniczej. Decyzja była konsekwencją tego, że ostatni wielki piec w hucie wygaszono pod koniec 2019 r., wstrzymując jednocześnie pracę stalowni i linii ciągłego odlewu stali. Pod koniec zeszłego roku kierownictwo spółki wiedziało, że produkcja koksu stała się nieopłacalna i trzeba ją zamknąć. Pracownicy otrzymali propozycje podjęcia pracy w innych firmach. Można powiedzieć, że Hindus płakał, jak zamykał.
20 maja br. zarząd spółki Alchemia z grupy Boryszew podjął decyzję w sprawie rozpoczęcia procesu likwidacji Walcowni Rur „Andrzej” w Zawadzkiem w województwie opolskim. Tamtejsza Solidarność liczy, że zakład uratuje prywatny inwestor z Ukrainy i będzie można dalej walcować.
Prawda jest taka, że po 1990 r. pozbyliśmy się przemysłu ciężkiego. Jeśli wtedy wytwarzaliśmy 13,6 mln ton stali surowej, to w 2023 r. zaledwie 6,5 mln ton.
W 2022 r. zapotrzebowanie kraju na wyroby stalowe wyniosło 15,3 mln ton. Co oznacza, że jesteśmy zależni od zagranicznych dostawców. I pomyśleć, że 20 lat temu 57% dostępnych na rynku wyrobów stalowych produkowanych było w kraju, a reszta, czyli 43%, pochodziła z importu. W przypadku stalowych wyrobów płaskich jedynie 4% produkowano w Polsce, a 96% importowano!
Zużycie stali to papierek lakmusowy aktywności inwestycyjnej w danym kraju. Wielkość sprzedaży blach, rur, prętów stalowych informuje o poziomie inwestycji i produkcji w wielu gałęziach gospodarki, od budownictwa do produkcji maszyn i samochodów.
Od lat wiele się mówi i pisze o planach transformacji sektora energetycznego i o potrzebie stawiania farm wiatrowych. Polacy narzekają na rosnące ceny nowych mieszkań, a politycy w związku z rosyjskim zagrożeniem od dwóch lat biją na alarm, domagając się zwiększenia produkcji zbrojeniowej. Rozwiązaniem jest zwiększenie dostaw stali z importu. Co oznacza wzrost kosztów. I jeszcze jedno – sprowadzając stal z zagranicy, uzależniamy się od tamtejszych producentów. Trzeba wyraźnie powiedzieć – państwo polskie już dawno utraciło kontrolę nad produkcją tego strategicznego materiału.
Każdy Niemiec wie, co znaczy słowo Kruppstahl – stal Kruppa. W kajzerowskich i hitlerowskich czasach produkowana przez koncern Kruppa stal, słynąca z wysokiej jakości, była fundamentem zbrojeń i potęgi Rzeszy. Zakłady w Essen dostarczały Wehrmachtowi armaty, amunicję, płyty pancerne i wszystko, czego potrzebował. Założyciela koncernu Alfreda Kruppa nazywano „Królem armat”.
Agresja Rosji na Ukrainę uświadomiła rządom krajów europejskich, że zapasy uzbrojenia ich armii wymagają uzupełnień, a moce produkcyjne przemysłu ciężkiego są niewystarczające, gdyż po zakończeniu zimnej wojny ograniczono zamówienia dla armii. W ramach globalizacji zaś produkcja stali została przeniesiona do Turcji, Indii, Chin i innych państw, w których było taniej.
W oparach zimnej wojny
Coraz więcej – już ponad 2,4 bln dol. – świat wydaje na wojsko, wszędzie nazywając to obroną narodową Nie tylko kogoś troszczącego się o zrównoważony rozwój i poprawę warunków życia jak największej rzeszy ludzkości, lecz wszystkich myślących racjonalnie zastanawiać musi podkręcanie atmosfery drugiej zimnej wojny, bo z nią mamy do czynienia już od kilku lat, oraz towarzyszący jej wyścig zbrojeń. Coraz więcej – już ponad 2,4 bln dol. – świat wydaje na wojsko,
Nie damy się zaorać
„Głód poczujesz, rolnika uszanujesz”. Przez Polskę przetaczają się największe protesty rolników od czasów Andrzeja Leppera i Samoobrony Od Madrytu po Zagrzeb i Ateny, od Paryża po Pragę i Warszawę, rolnicy mówią „dość!” polityce rolnej Komisji Europejskiej i otwarciu granic na ukraińskie produkty rolne. We Francji w ramach protestu wściekli farmerzy polewali gnojowicą budynki administracyjne, „zaorali” fragment jednej z autostrad i blokowali Paryż. W Brukseli palili opony i starli się z tamtejszą policją. W Berlinie urządzili przejazd traktorów, wywołując paraliż
Jak być cool na pierwszej linii frontu
Wilno jest doskonałym przykładem sprawnego wykorzystania geopolityki w budowaniu miejskiej marki „Zwolniony przez Metę albo Twittera? Przeprowadź się do nas”. Krótki, zwięzły komunikat. Przejrzysty układ treści na plakacie, do tego kod QR prowadzący do stron internetowych reklamujących walory miasta. Jeśli rzeczywiście wyczucie chwili jest w marketingu kluczowe, to pracownikom wileńskiego działu promocji nie można niczego zarzucić. Kiedy półtora roku temu przez Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią przetaczała się fala redukcji etatów w sektorze
Na co komu demokracja
Nowy prezydent Indonezji obiecuje wzrost gospodarczy i lata prosperity – kosztem praw człowieka i dbania o klimat 275 mln mieszkańców, 180 tys. wysp, 800 języków i ponad 1 tys. grup etnicznych. Indonezja nie jest demokracją łatwą do zarządzania, co nie zmienia faktu, że jest demokracją bardzo ważną, chociażby z racji bycia trzecią największą na świecie. Po dwóch kadencjach – i dekadzie rządów – przy poparciu społecznym przekraczającym 80% odszedł z urzędu prezydent Joko Widodo,








