Tajne, ściśle jawne

Tajne, ściśle jawne

Są informacje, które mają wielką wartość – polityczną, biznesową… Dlatego tak często się nimi handluje

Polska ewoluuje w kierunku modelu latynoamerykańskiego. Raporty Transparency International nie pozostawiają tu żadnych wątpliwości – w kraju rośnie z roku na rok korupcja, a za 3 mln dolarów można załatwić sobie w Sejmie korzystną ustawę. Za mniejsze sumy można zdobyć potrzebne informacje.
Zresztą bardzo często nie trzeba wydawać na to nawet złotówki. Wystarczy przejrzeć gazety, by znaleźć w nich mniej lub bardziej ważne przecieki. Praktycznie z każdej instytucji.
Mogliśmy to zresztą zaobserwować w ostatnich dniach.

Przeciek
polityczny

I tak w pierwszych dniach lutego mieliśmy przeciek z Kancelarii Premiera. Ten przeciek to list prezesa Gazpromu, Rema Wiachiriewa, skierowany do premiera Buzka, zawierający propozycję uregulowania spornych kwestii, dotyczących przebiegającego przez Polskę gazociągu. List wydrukowała “Rzeczpospolita”. Po czym premier Buzek publicznie polecił zbadanie sprawy przecieku szefowi swojej kancelarii, Maciejowi Musiałowi. A wicepremier Steinhoff oświadczył, że ujawnienie treści listu “znacząco utrudni, o ile nie uniemożliwi” negocjacje z Rosjanami na temat gazu.
Życie dopisało do tego wszystkiego pointę. Komisja Musiała ustaliła, że… list był jawny, więc nie ma o co kruszyć kopii. Dlaczego więc Buzek ze Steinhoffem wcześniej tak rozpaczali?
Innym, głośnym przeciekiem ostatnich dni było, ujawnione przez “Gazetę Wyborczą”, nasze nowe stanowisko negocjacyjne w rozmowach z Unią Europejską. Polska poważnie rozważa wycofanie się z części stawianych UE warunków, licząc w zamian, że Unia szybciej przyjmie nas do swego grona – informowała “Wyborcza”, wprawiając w zakłopotanie polski rząd i prowadzących negocjacje.
Z areny międzynarodowej szybko ściągnięci zostaliśmy na krajowe podwórko. Tu było głośno w związku z informacją, że Lech Wałęsa, jako urzędujący prezydent, ułaskawił znanego pruszkowskiego gangstera o pseudonimie “Słowik”. “Trybuna” napisała, że świadek koronny przeciwko mafii pruszkowskiej, “Masa”, w śledztwie oskarża Lecha Falandysza i Mieczysława Wachowskiego o to, że wzięli po 150 tys. dolarów w zamian za załatwienie ułaskawienia dla “Słowika”. Po tych informacjach natychmiast ripostował Lech Falandysz, zapowiadając wytoczenie Kaczyńskiemu dwóch procesów – karnego o zniesławienie i cywilnego o ochronę dóbr osobistych. – Mam dowód na to, że owa wiadomość ze słynnego śledztwa ministra Kaczyńskiego została umyślnie skierowana do mediów – mówił Falandysz. – Człowiek, który prowadzi i nadzoruje śledztwo, coś mówi o jakichś dowodach i zamiast prowadzić śledztwo, “dowody” – w cudzysłowie – kieruje do mediów. To jest kryminał w tym sensie, że tak nie wolno postępować.
Ze słów Falandysza wynika więc, że całą sprawę z zeznaniami “Masy” puścił do mediów Lech Kaczyński. Z kolei on sam zapowiedział wszczęcie śledztwa w sprawie przecieku do “Trybuny”.
Te kilka przykładów z ostatnich dni to tylko niewielki fragment większej całości. Bo niemniej ważne od przecieków politycznych są też te, które służą sprawom bardziej przyziemnym – walce o pieniądze.

Przeciek
biznesowy

Takie przecieki mają nawet swoje własne nazwy. I tak np. najpoważniejszą kategorią przestępstw giełdowych jest tzw. insiding, czyli przekazywanie i wykorzystywanie informacji poufnych, których wyjście na jaw mogłoby wpłynąć na cenę papierów wartościowych. W tym przypadku przeciek jest adresowany do wąskiej grupy inwestorów, która może w ten sposób zarobić wielkie pieniądze. Przykładem takiego insidingu jest historia sprzed paru lat, związana z akcjami Wedla. Przed południem kosztowały one po 160 zł. Po południu właściciel spółki, koncern PepsiCo, ogłosił wycofanie Wedla z giełdy i wezwał do odsprzedaży jej akcji, oferując za nie po 200 zł. W ciągu kilku godzin dobrze poinformowani zarobili 25%.
W opinii dziennikarzy obserwujących giełdę podobne przypadki nie są rzadkością. Insiderom wiedzie się tym lepiej, że szalenie trudno udowodnić im dokonanie przestępstwa. Z danych, które otrzymaliśmy z Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, wynika, że komisja kieruje do prokuratury kilka zawiadomień rocznie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wykorzystania informacji poufnej. Po czym prokuratura przeważnie umarza postępowania w tej sprawie. Dlaczego? – Najczęstszą przyczyną umarzania postępowań jest brak możliwości udowodnienia przestępstwa – tłumaczy Julita Sobczyk, rzecznik Prokuratury Okręgowej.
Tak więc z kilkudziesięciu spraw związanych z wykorzystaniem informacji poufnej, które prokuratorzy badali, tylko dwie skończyły się wyrokami – osoby, którym udowodniono nieuczciwość, musiały zapłacić grzywnę.
Giełdowe przypadki to jedynie niewielka część przecieków, które mają miejsce w świecie biznesu.
Tu szczególnie w cenie są informacje dotyczące ważnych decyzji w sferze gospodarki. I tak wielką wartość mają wszelkie przecieki dotyczące planów zmian stawek celnych. Oprócz GUC-u bacznie obserwowane są również niektóre ministerstwa, zwłaszcza te, gdzie ustalane są kontyngenty, podejmowane decyzje o zakazie importu itd. Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Rolnictwa – informacje wypływające z tych instytucji są w wielkiej cenie.
W równie wielkiej cenie są poufne informacje, dotyczące zamówień publicznych czy też ogłoszeń o przetargach. Sama wiedza, kiedy jakie ogłoszenie będzie wywieszone na tablicy w urzędzie gminy (np. dotyczy ona atrakcyjnej nieruchomości), jest czasami warta grube dziesiątki tysięcy zł. Większych pieniędzy warte są inne informacje – na przykład te związane z układaniem przetargu. Według naszych rozmówców, znających realia polskiego biznesu, tzw. układanych przetargów jest w naszym kraju coraz więcej, a udowodnienie komukolwiek nieuczciwości jest w tych przypadkach coraz trudniejsze.
Rzecz polega, w najprostszych słowach na tym, że wszystko rozstrzyga się nie podczas przetargu, który prowadzony jest w sposób uczciwy i otwarty, ale wcześniej, na etapie ustalania jego warunków. Wtedy określane jest dokładnie, jaki produkt jest wymagany, o jakich cechach, w jakim terminie ma być dostarczony, i wówczas – mając odpowiednią wiedzę i dojścia – można te warunki określić tak, że tylko jeden produkt będzie im odpowiadał, albo też – to wersja dla ambitniejszych – do przetargu się przygotować. – To jedna z podstawowych technik, która powoduje, że przetarg jest fikcją – mówi nasz rozmówca.

Przeciek sejmowy

Miejscem, gdzie łowcy przecieków mają szczególne pole do popisu, jest Sejm. Tu tworzy się prawo, konstruowane są reguły rządzące naszą gospodarką i życiem publicznym – więc dobrze jest wiedzieć, w którą stronę pójdą zmiany.
Wśród posłów widać więc rozmaitej maści lobbystów, wierzących, że każdą sprawę da się załatwić, a umocnionych w swej wierze, informacją, że ustawa kosztuje 3 mln dolarów.
Skąd lobbyści się rekrutują? Często są to byli pracownicy biur poselskich, asystenci, byli dziennikarze. Gdy są skuteczni, gdy potrafią przynosić dobre informacje i docierać do właściwych ludzi – mogą liczyć na dobre pieniądze – od kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie w górę. Niektórzy z nich mogą też liczyć na częściową refundację restauracyjnych wydatków.
A co załatwiają? Interesują ich głównie sprawy, o których nie mówi się w głównych wydaniach dzienników – przepisy prawne dotyczące naszej gospodarki. Najbardziej znane sprawy tego typu – to prywatyzacja cukrowni, sprawa dopuszczenia kapitału zagranicznego do polskich kasyn, czy też wprowadzenia przepisu o obowiązku stosowania w samochodach aparatów głośnomówiących…

Przeciek
mundurowy

Od przecieków nie są wolne również służby mundurowe czy też te, które mają za zadanie owe przecieki ścigać. Mieliśmy więc przykłady wynoszenia, tak z policji, jak i z UOP oraz z prokuratury informacji o prowadzonych śledztwach. Z reguły trafiały one do zainteresowanych śledztwami przestępców. Według danych Komendy Głównej Policji, w 2000 r. Biuro Spraw Wewnętrznych KG wszczęło osiem spraw przeciwko policjantom z zarzutem ujawnienia tajemnicy państwowej i służbowej. Nie jest to dużo. Ale, pamiętajmy, takie przestępstwo najtrudniej wykryć…
Jeżeli jesteśmy już przy przeciekach “mundurowych”, to nie sposób nie wspomnieć o najsłynniejszych przeciekach III RP – czyli wprost z UOP. W zasadzie przy każdej poważniejszej politycznej awanturze gdzieś w tle widać UOP. Urząd jest albo instytucją dostarczającą informacji, albo też informacje te “puszczającą w świat”. Tak było podczas “sprawy Oleksego”, kiedy to dziennikarze dostarczali czytelnikom całe tony sensacyjnych, rzekomo pewnych informacji, które później okazywały się być wyssane z palca. Przeciek z UOP mieliśmy też podczas ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej, kiedy to próbowano z Aleksandra Kwaśniewskiego zrobić agenta SB. Jeszcze zanim dokumenty Kwaśniewskiego dotarły z UOP do Sądu Lustracyjnego, “Gazeta Polska” na pierwszej stronie informowała, że są materiały mogące obciążyć prezydenta.
Zresztą w ostatnich latach z UOP “cieknie” systematycznie – o czym świadczy chociażby rubryka w tygodniku “NIE” zatytułowana – “Co tam chłopie w UOP-ie”, utrzymana w humorystycznym tonie.
Ale bardziej niebezpieczne są przecieki inspirowane przez szefów UOP, mające spełnić jakiś polityczny cel. Tak było np. z informacją, która ukazała się w “Życiu”, dotyczącą pobytu w Polsce irlandzkiego terrorysty, Garlanda. Artykuł sugerował, że Irlandczyk przyjechał do Warszawy, by spotkać się z Józefem Oleksym, wówczas przewodniczącym SdRP. Opisane zresztą były peregrynacje Irlandczyka po budynku przy ul. Rozbrat.
Rzecz jednak w tym, że o pobycie tak groźnego człowieka w Polsce wiedziały jedynie nasze służby, powiadomione przez sojuszników. Pobyt Garlanda w Warszawie był więc monitorowany przez Polaków i naszych zachodnich partnerów. Była to wspólna, tajna akcja, zresztą nie zakończona. Którą pięknie, po to, by (bezskutecznie) przypiąć łatkę Oleksemu, nasz UOP ujawnił. Zresztą ku wściekłości partnerów.

Przeciek
– fałszywka

Przecieki klasyfikować możemy więc na rozmaite sposoby. W zależności od tego, kto je wypuszcza, jaka instytucja. Czy są efektem świadomej gry szefów danej instytucji, czy też, przeciwnie, ktoś zdecydował się ujawnić jakąś informację, żeby ich pogrążyć. Przecieki można też klasyfikować w zależności od tego, do kogo są adresowane. Czy do wąskiej grupy biznesu (wtedy kryje się za nimi interes materialny), albo też innych zainteresowanych sprawą osób (na przykład przestępców, przeciwko którym prowadzone jest śledztwo), czy do polityków (wiadomo, o co chodzi), czy do dziennikarzy (czyli do opinii publicznej).
Przecieki mogą służyć dobrej sprawie – tu przykładem są niektóre przecieki w dyplomacji, służące lepszemu wyjaśnieniu własnego stanowiska. Lub też przeciwnie – mogą być kamuflażem, mającym zmylić konkurentów. Ostatnim głośnym przykładem takiego przecieku była sprawa Petrochemii Płockiej, czyli Orlenu. Od paru miesięcy w rozmaitych środowiskach puszczane były pogłoski, że Orlen zamierza połączyć się z węgierskim MOL-em, tworząc największą firmę naftową w Europie Środkowej. Tymczasem szefowie Orlenu prowadzili w tajemnicy rozmowy z francuskim Elfem w sprawie odkupienia niemieckiej rafinerii Leuna. Cała sprawa wyszła na jaw na skutek… przecieku. Bo ujawnił ją szef OPZZ, Maciej Manicki. Topiąc tym samym całe przedsięwzięcie.
Manicki zastosował zresztą technikę dość powszechną – przedwczesne poinformowanie o sprawie po prostu ją pali.
W jego metodzie jeszcze jeden element trącił powszechnością – o swych rewelacjach poinformował podczas konferencji prasowej. Tymczasem najlepsi gracze, puszczając przecieki, stosują bardziej skomplikowane techniki. Ciekawym przykładem przecieku była akcja przeciwko Henrykowi Goryszewskiemu, kiedy jeszcze pełnił funkcję szefa sejmowej Komisji Finansów. Akcja polegała na tym, że miano ujawnić informację, iż kancelaria Goryszewskiego pomagała załatwiać, za grube pieniądze, koncesję na prowadzenie funduszy emerytalnych. Informacja kompromitowała posła, zresztą przyczyniła się do jego dymisji. Ale ciekawsze było w tym wszystkim co innego – otóż zanim przeciek poszedł w świat, długo zastanawiano się, do jakich mediów go skierować. Chodziło o to, żeby nie została wrzucona do szuflady, żeby wywołała odpowiedni szum, ale również i o to, żeby nie można było zarzucić, iż jest ona zwykłym politycznym “hakiem”. Ostatecznie wybrano “Super Express” (bo zasięg) i “Życie Warszawy” (bo dodawało sprawie powagi…).

Co zrobić
z przeciekami?

Z jednej strony, mamy w Polsce wręcz rynek przecieków, z drugiej – nawet zakładając, że wśród ujawnianych informacji tylko część to informacje niejawne – znikomą ilość śledztw w prokuraturze w tych sprawach.
W Prokuraturze Okręgowej w Warszawie w roku 2000 toczyło się kilkadziesiąt postępowań w sprawie ujawnienia informacji poufnych, dotyczących giełdy. Natomiast w sprawach dotyczących tajemnicy służbowej takich spraw prowadzono 18, a tajemnicy państwowej – kilka.
Chociaż – jak zastrzegła rzecznik prokuratury, Julita Sobczyk – ta liczba mogła być myląca, bo prokuratorzy bardzo często “wychodzili” na sprawy przecieków, prowadząc postępowania w innych sprawach, na przykład dotyczących prywatyzacji.
Ale i tak nie jest zbyt duża. Czy tylko dlatego, że sprawy dotyczące przecieków należą do najbardziej niewdzięcznych? Jest też i inny powód. – Trudno byłoby nam prowadzić w tych sprawach postępowania z urzędu – mówi Julita Sobczyk, przypominając, że aby wszcząć takie postępowanie, prokuratura musi wpierw otrzymać zawiadomienie od podmiotów, które są zobowiązane taką tajemnice chronić. Od UOP, z MSWiA, z WSI….

Anty-przecieki

Teoretycznie sytuacja, w której żadna ważniejsza tajemnica długo się nie utrzyma, powinna być powodem do zadowolenia. Bo świadczy to o otwartości państwa, o tym, że nikt nic nie może przed obywatelami ukryć.
Ale praktyka temu przeczy. Bo w rzeczywistości tworzy nam się państwo działające w dwóch kręgach. W pewien sposób zawłaszczone przez tych, którzy mają dostęp do jakichś dających się wykorzystać informacji i wykorzystujących to na własny użytek.
W ten sposób tworzy nam się państwo nieprzezroczyste. Dla dwóch kategorii obywateli. Pierwszą stanowią ci wewnątrz, mający dostęp do potrzebnych informacji – czy to z racji stanowiska, znajomości, czy też wyłożonych pieniędzy.
Drugą kategorię, wielokrotnie bardziej liczną, stanowi reszta obywateli. Dla nich instytucje państwa, mechanizmy rządzące przetargami, decyzjami urzędników, są coraz bardziej nieprzejrzyste i niezrozumiałe.
Ten proces następuje tym szybciej, im bardziej urzędnicy otaczają się rozmaitymi klauzulami tajemnic, w większości nie mając ku temu podstaw. – W naszym kraju za często korzysta się z ochrony tajemnicą służbową lub państwową – przypominają prokuratorzy. – Wysokie urzędy często zasłaniają się tajemnicą państwową lub służbową, chociaż nie mają ku temu powodów – przypomina Julita Sobczyk. – Najczęściej w ten sposób chcą ukrywać przed opinią publiczną niewygodne dla siebie decyzje.
Tak więc tajemnica stanowi w tym przypadku mur, za którym urzędnicy chronić mogą swoją niekompetencję lub prywatę. Egzemplifikacją tego stanu rzeczy jest lwia część rządowych i ministerialnych biur prasowych. Większość dziennikarzy omija je, bo z góry wie, że nie dowie się tam niczego istotnego. I tak Centrum Informacyjne Rządu, wciąż rozbudowujące swe struktury, przez trzy dni nie było w stanie udzielić odpowiedzi na kilka prostych pytań. Z kolei w biurze rzecznika ministra gospodarki, gdy pytaliśmy o to, czy wicepremier Steinhoff wciąż uważa, że ujawnienie listu szefa Gazpromu do premiera Buzka było skandalem i sprawę przecieku powinien wyjaśnić UOP, pracująca tam urzędniczka, z rozbrajającą szczerością odpowiedziała: – Przecież to teraz już nie ma znaczenia – jakby nie rozumiejąc, że kompromituje tym swojego szefa.
Z kolei w Komisji Papierów Wartościowych odpowiedzialny za kontakty z mediami, Mirosław Kachniewski, pytany, czy może powiedzieć, jakie sumy można było “zarobić” w wyniku dostępu do informacji poufnej, powiedział, że tego nie zrobi. Bo musiałby wyciągnąć średnią z kilkunastu spraw, które KPWiG przekazała prokuraturze, “a nie ma na to czasu, ani ochoty”.
W tym czasie dziesiątki jego rówieśników, pełnych poświęcenia i dobrej woli, lobbowało i zdobywało potrzebne ich firmom informacje.


Dlaczego w Polsce jest tak dużo przecieków?

Magdalena Kluczyńska,
rzecznik UOP

Naszym zdaniem, nie ma aż tak wiele przypadków bezprawnego ujawnienia tajemnicy państwowej. Należy pamiętać, że zgodnie z polskim prawodawstwem, oprócz tajemnicy państwowej istnieje tajemnica służbowa oraz inne tajemnice prawem chronione np. tajemnica zawodowa. A ich bezprawne ujawnienie powoduje pociągnięcie do odpowiedzialności karnej.

Janusz Wojciechowski,
prezes Najwyższej Izby Kontroli

Powód najprostszy – urzędnicy nie trzymają języka za zębami. Wiadomości poufne wydostają się na zewnątrz, bo istnieje dość duża presja mediów, by takie informacje zdobywać. Wydaje się przy tym, że dziennikarzom uszło z pola widzenia ryzyko, jakie powoduje publikowanie wiadomości z przecieków, bowiem kodeks karny nakłada odpowiedzialność nie tylko na tych, którzy ujawniają, ale też tych, którzy wykorzystują poufne informacje. Przed rokiem 1994 jeszcze takich przecieków nie ścigano. Mam satysfakcję, że w ciągu ostatnich kilku lat nie zdarzały się przecieki z NIK. To świadczy o dobrym zabezpieczeniu systemów informatycznych i o przestrzeganiu procedur. Nie można też wykluczyć, że przyczyną przecieków są wewnętrzne rozgrywki w instytucjach lub konflikty między różnymi instytucjami. Zdarzało się np., że wyniki kontroli NIK w jednej instytucji, jeszcze przed ich oficjalnym upublicznieniem, wydostawały się na zewnątrz i były wykorzystywane przeciwko tej instytucji, a na korzyść innej.

Nadkom. Paweł Biedziak,
rzecznik Komendanta Głównego Policji

Nie sądzę, by w Polsce było więcej przecieków niż w innych krajach. Może w ostatnim czasie było ich więcej, bo dziennikarstwo śledcze w Polsce jest zjawiskiem okresowym, jednak bardzo niewiele redakcji stać na to i ma takich dziennikarzy, którzy będą łowić przecieki. U nas dominuje dziennikarstwo kompilacyjne, polegające na zbieraniu informacji jawnych, tak jak to robi tzw. biały wywiad. Przed włączeniem się w autentyczne dziennikarstwo śledcze odstraszają procesy, choć część redakcji będzie konsekwentnie takie działy śledcze utrzymywać. Inna rzecz, że czasem coś jest przeciekiem tylko z pozoru, a w istocie sprawa wygląda inaczej. Ktoś, kto np. przegrał w przetargu, zawiadamia UOP i policjyjny Wydział Przestępstw Gospodarczych, ale tę samą historię dostarcza też do jakiejś redakcji. Podobnie bywa z kontrolerami z różnych instytucji, którzy wyniki swojej pracy przekazują prasie. Mechanizmy uzyskania poufnych informacji są różne. Często wystarczy, że się o czymś wspomni półsłówkiem na konferencji prasowej, a od razu ten temat jest drążony, rozwijany, ale tak być powinno, nie widziałbym niczego złego w tym, że dziennikarz łapie taki ekstrakawałek na policji, w prokuraturze itd., zaś motywem jego działania jest ogólnie dobro społeczne. Policja raczej nie ściga za działalność tego rodzaju. Trzeba wówczas wzywać dziennikarzy, sprawy rozsupływać, a najczęściej nie chodzi tutaj o groźne przestępstwa np. zabójstwa, terroryzm, w których dziennikarz jest zobowiązany ujawnić swego informatora. W naszej pracy nie mieliśmy większych przecieków, zdarzają się tylko sytuacje irytujące, gdy ujawniona informacja w realny sposób psuje naszą pracę. Jednak powoli leczymy się z nadwrażliwości w tej kwestii.

Piotr Szeliga,
wiceprezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych

Po pierwsze, trzeba stwierdzić, że przecieki są. Po drugie, że je generalnie potępiamy. A po trzecie, trzeba spytać, dlaczego są? Wydaje mi się, że to wynika po trosze z nieszczelności administracji i ogólnej słabości struktur państwowych, po trosze zaś z tego, że na przeciekach można nieźle zarobić. Gdyby to było nieopłacalne, nikt by się tak chętnie za to nie zabierał i nie byłoby przecieków tak dużo. Jeśli chodzi o przecieki występujące, ogólnie biorąc, na rynku kapitałowym, to sądzę, że sytuacja w Polsce nie odbiega od innych rynków. Korzystne jest natomiast to, że np. w funkcjonowaniu Giełdy Papierów Wartościowych istotną rolę odgrywają regulacje zapobiegające i potępiające takie zjawisko. W ogóle rynek kapitałowy jest dobrym przykładem na istnienie takich regulacji, są wyznaczone kary za przecieki, zjawiska te podlegają nie tylko potępieniu, ale są ścigane. Z tym ostatnim jest, co prawda, nie najlepiej.

Jerzy Wierchowicz,
przewodniczący klubu poselskiego UW

Nie wiemy, czy przecieków jest dużo. Źle natomiast, że tajemnica służbowa przecieka do mediów lub określonych osób. Mówi się niekiedy, że decydenci sami je cynicznie powodują, ale sądzę, że powodem jest raczej niska jakość klasy urzędniczej. Im większa liczba osób zdobędzie kwalifikacje służby cywilnej, zda odpowiednie egzaminy itd., tym mniej będzie takich zdarzeń. Sądzę, że na razie korpus urzędniczy jest nie tyle skorumpowany, co nieodpowiedzialny, lekkomyślny. Na prawo i na lewo plecie się wiadomości nie sprawdzone. Nawet jeśli takie przecieki się odwołuje, dementuje, nie naprawia to wyrządzonej szkody. Nie mam takich danych, by twierdzić, że ktoś płaci za ujawnienie lub przekazanie poufnych informacji, dlatego sądzę, że częściej powodem jest nieodpowiedzialność niż korupcja. Ktoś, kto ułatwia upublicznienie tajnych informacji, czuje się sam kimś bardzo ważnym, nie zdaje sobie natomiast sprawy z konsekwencji swego czynu.

Jan Maria Rokita,
lider SKL, b. minister, szef URM

Nie wiem, czy przecieków jest dużo. Sądzę, że względnie mniej niż np. w USA. Tam co tydzień jakaś gazeta ma sensacyjny przeciek ze sfery administracji. W dzisiejszych czasach przenikania się świata polityki i administracji nacisk dziennikarzy polujących na każdy poufny dokument jest bardzo silny i trzeba bardzo sprawnego, nowoczesnego i hermetycznego systemu ochrony niektórych dokumentów, aby one nie przedostawały się do opinii publicznej. W Polsce, niestety, takiego systemu nie ma, jesteśmy zbyt młodą demokracją. Z drugiej strony, za dużo różnych materiałów obejmowanych jest klauzulami poufnymi. Niekiedy biorę do ręki informacje i materiały z nadrukiem tajności i dziwię się, bo to samo można przeczytać w artykule przeciętnego publicysty “Rzeczpospolitej” czy “Gazety Wyborczej”. Demokracja ma to do siebie, że wprowadza bardzo daleko idącą jawność. I to dobrze, że trudno coś schować przed opinią publiczną. Powinna zatem obowiązywać zasada, że trzeba chować mało i bardzo szczelnie, tymczasem w Polsce chowa się dużo i nie dość szczelnie. A w ogóle przecieki to nie jest wcale najpoważniejszy problem, przed którym stoimy w Polsce.

Maciej Musiał,
minister, szef Kancelarii Premiera RP

Gdyby nie było popytu na przecieki, nie byłoby i podaży. A popyt jest bardzo duży, zwłaszcza ze strony mediów. Co innego, gdy na światło dzienne dostają się informacje nie chronione prawem, co innego natomiast, gdy przecieki łamią ustawę o ochronie informacji niejawnych. To nie jest wtedy tylko nielojalność urzędnicza, bo złamanie klauzuli tajności szkodzi Polsce. To jest zarazem wielka nieodpowiedzialność dziennikarzy, którzy ujawniają takie informacje. Zdarza się też, że przeciek jest elementem walki politycznej. Nie wiem, jak ta sprawa wygląda w porównaniu z innymi krajami, uważam jednak, że źle się u nas dzieje, tym bardziej, że władza w Polsce nie ma już generalnie niczego wrednego do ukrycia, nie ma na sumieniu działania przeciwko interesowi ogółu.

Notował BT

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy