Tam się czeka na każdy gest

Tam się czeka na każdy gest

Szpital czy zakład opieki

Zakłady opiekuńcze często mylone są z domami pomocy. Niektórzy próbują tam umieścić np. rodziców z demencją. Zdarzają się i zachowania bardzo przykre, gdy ktoś podrzuca zniedołężniałego rodzica takiemu ośrodkowi. – Kilka dni temu znaleźliśmy na ławeczce pod szpitalem babcię z alzheimerem – mówi Barbara Kołakowska, kierownik medyczny Caritas Archidiecezji Warszawskiej. Lekarze z kolei nie odróżniają szpitali opiekuńczych od hospicjów i kierują tam pacjentów z nowotworami. Tymczasem te placówki nie przyjmują chorych z zaawansowanym rakiem ani innych umierających. – U nas w ogóle nie czeka się na śmierć – mówi Barbara Kaczmarska ze Stołecznego Centrum Opiekuńczo-Leczniczego. – Wręcz przeciwnie, wygląda się każdego przejawu życia.
Ten brak rozeznania powoduje, że do zakładów opiekuńczych kierowani są nie ci chorzy, którzy powinni, ale ludzie w ciężkich stanach, których można by postawić na nogi, leżą w domach. – Są przywożeni do nas zbyt późno. A w wielu przypadkach każdy dzień odpowiedniej rehabilitacji jest dosłownie na wagę złota – mówi dr Kimber-Dziwisz. – Wielu takich pacjentów można by od razu ustabilizować po wylewie czy udarze i w ten sposób dać im większą szansę na wyzdrowienie – dodaje Grażyna Śmiarowska.

Nieraz rodzina ma opory przed umieszczeniem chorego w takim szpitalu, sądząc, że to pójście na łatwiznę. A kiedy na miejscu okazuje się, że szpital nie ma nic wspólnego z „przechowalnią”, a jest po prostu profesjonalną placówką medyczną, gdzie chorzy mają rehabilitację, jakiej nikt nie zapewniłby im w domu, padają słowa: „Jaka szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej”. Szczególnie w przypadku osoby nieprzytomnej to ważne, aby znalazła się jak najszybciej pod opieką fachowca. – Taki chory w warunkach domowych, pożyje znacznie krócej – choćby z powodu odleżyn i zakażenia – tłumaczy dr Lilia Kimber-Dziwisz. – A u mnie nie ma pacjentów z odleżynami – dodaje.

Oczy mówią wiele

Każdy dzień opieki nad pacjentem w takim stanie to mały krok w kierunku wyzdrowienia. A na to pracuje się nieraz wiele lat. Niektórzy przecież leżą w śpiączce po kilkanaście lat. Ale dla pracowników ośrodka oni żyją, tylko inaczej. Wielu z nich, choć nie było z nimi kontaktu, pamięta po wybudzeniu, co się z nimi działo: słyszeli głosy w sali, czuli, jak się zmienia temperatura powietrza, opowiadają rehabilitanci z Caritasu. Dlatego także dla dyr. Grażyny Śmiarowskiej szczególnie ważni są tzw. pacjenci wegetatywni. Aby im pomóc, często w jej ośrodku odstawia się im leki uspokajające. – Przecież wiadomo, że osłabiają one funkcje poznawcze, a nam zależy na tym, aby pobudzić chorego do skontaktowania się z nami, albo przynajmniej w tym nie przeszkadzać.
Zakłady opiekuńcze z reguły mają odpowiedni sprzęt do pielęgnowania i doświadczonych ludzi, a to jest najważniejsze. Do odczytywania informacji o potrzebach chorego służy cyberoko, w które wyposażony jest toruński szpital – urządzenie, które obserwuje w tym celu ruchy gałek ocznych. – Oczy mówią naprawdę wiele – zapewnia Grażyna Śmiarowska.

Z jednym tylko problemem pracownicy szpitali pielęgnacyjnych sobie nie radzą. Są to przykurcze, które utrudniają pielęgnację. – To nasza zmora… Bo przykurcze to ból dla chorego. Nie możemy wtedy zmienić pieluchy, bo są napięcia mięśni, a na siłę – grozi to zwichnięciem stawu… – tłumaczy Grażyna Śmiarowska. – Problem ten dotyczy wszystkich osób z uszkodzeniami mózgu, po wypadkach, a także ludzi najstarszych.

Wolontariusze

Sale szpitalne warszawskiego Caritasu nie robią przytłaczającego wrażenia. Jest tu dużo przestrzeni, światła, a niektórzy chorzy lekko się uśmiechają na widok obcej osoby albo przynajmniej sprawiają wrażenie zaciekawionych. Przy łóżkach krzątają się bliscy, poprawiają poduszkę, dają pić, czytają książkę lub coś opowiadają. – To nie jest smutne miejsce! – potwierdza moje wrażenie Barbara Kołakowska. – Nasi chorzy, nawet ci w śpiączce, żyją w taki sposób, jak to jest możliwe, i cieszą się z tego. Jedni są z bliskimi, drudzy słuchają muzyki lub oglądają telewizję, jeszcze innych wolontariusze wzięli na spacer lub wystawili na taras. Wolontariusze to wspaniali ludzie, Mają czas dla innych. Są albo bardzo młodzi, albo starsi, po pięćdziesiątce. Wielu z nich chce spłacić jakiś dług wdzięczności. Barbara Kołakowska ma za szybą w gablotce zdjęcie jednej z wolontariuszek. To piękna młoda dziewczyna w czerwonym płaszczu, która jest na spacerze w parku ze swoim podopiecznym, siedzącym na wózku. – Bardzo lubię to zdjęcie – wzrusza się pani Barbara. Wielu młodych, jak twierdzi, ma dość internetu, i jak mówią, tej beznadziei, a pragną kontaktu z drugim człowiekiem, chcą zrobić coś dobrego. – Opowiadają mi potem, że więcej dostają, niż dają – mówi Barbara Kołakowska. W jej placówce przy Krakowskim Przedmieściu działa ok. 80 wolontariuszy.

Finansowy bat

Niestety, w opiece nad pacjentami przeszkadzają kłopoty finansowe, z jakimi borykają się szpitale pielęgnacyjne. Na pielęgnację i leczenie dostają 70-76 zł, a dla pacjentów z respiratorem i żywionych dojelitowo – 180 zł. – Powinno się nam płacić za procedury, jak w zwykłych szpitalach, a nie za tzw. osobodni. Widać, że ci, którzy ustalali taki sposób rozliczenia, nigdy u nas nie byli i nie mają pojęcia, jak wygląda opieka nad ludźmi w ciężkich stanach – mówi Barbara Kołakowska. Co prawda, chorzy sami płacą za pobyt i wyżywienie, a jest to 70% ich dochodu, ale w wielu przypadkach to nie wystarcza. W warszawskim zakładzie opiekuńczo-leczniczym Caritas przeciętnie trzeba dopłacić 500 zł za pacjenta miesięcznie.
Jakie są konsekwencje braku środków? – Zadłużamy się… – stwierdza Barbara Kołakowska.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 32/2015

Kategorie: Zdrowie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy