Taplam się w ludzkim bagnie

Taplam się w ludzkim bagnie

Po jednej takiej wizycie mam dość. Wracam do domu i biorę prysznic, a mimo to czuję ten smród. We włosach, na ciele, w gardle
Ona

Matulka, mamusia, mamunia – tak małe dzieci określają swoją rodzicielkę, mając szczęśliwe dzieciństwo. Matka, stara – tak starsze dzieci mówią o swej rodzicielce, która nie pozwala na rzeczy dostępne tylko dorosłym. A jak dzieci mówią na matkę, która wybrała menelstwo? Kurwa, szmata lub po prostu – ona. Bezosobowa postać, której się wstydzą, a jednocześnie tęskniąc za nią, idealizują w rozmowach z obcymi. Zranione, niepogodzone z losem trwają w marazmie życia.
Siedząc w bidulu przez wiele lat, nie mają z nią kontaktu. Przed oczami przewija się wyimaginowany film z dzieciństwa, który z czasem z melodramatu zmienia się w seans familijny. Zapominają o zachlanej mordzie pijaczki, która głodziła je i katowała, a pamiętają cukierka, którego kupiła za resztę pozostałą po zakupach w monopolowym.
Przychodzi taki czas, że mamusię trzeba pozbawić władzy rodzicielskiej. Ot, taka formalność prawna, by nie wtrącała się już w sprawy dziecka. Dla patolki to rzecz nieistotna. Ona nie istnieje już w świadomości ludzkiej, nie jest także konsumentem, o którego trzeba zabiegać, bo żyje instynktownie – żarcie, wino, jebanie, żarcie, wino, jebanie… I tak dzień za dniem. Matrix utrwalany winem, jabolem czy denaturatem. Dno dna.

STOJĘ PRZED KAMIENICĄ. Mam do zrobienia wywiad w sprawie o pozbawienie władzy rodzicielskiej. To tylko dwoje dzieci, nastolatki, które pomału zapominają o jej istnieniu. Ta dwójka ma szczęście – rodzina zastępcza, kochająca, prawdziwe dzieciństwo. Tylko ta przeszłość, kojarząca się ze smrodem, papierosami, wódą i menelstwem.
Klatka odrapana. Drewniane skrzypiące schody. Czuć zapach niemytego ciała, podobny do rozkładającej się w słońcu padliny. Poddasze. Im wyżej, tym, kurwa, smród większy. Nienawidzę tego. Po jednej takiej wizycie mam dość. Wracam do domu i biorę prysznic. Ciuchy do pralki. Myję się, a mimo to czuję ten smród. We włosach, na ciele, w gardle. Wszechogarniający ludzki smród.
Przed mieszkaniem patolki nie ma już poręczy. Pozarywane stopnie i trzeba uważać, żeby nogi nie złamać. Wszędzie niedopałki, butelki po bełtach, denaturacie. Kamienica do wyburzenia, ale kto by się tym przejmował. Gmina nie da innego mieszkania. Wszyscy czekają, aż zachleje się na śmierć. To pewnie kwestia miesięcy, może tygodni.
Staję przed drzwiami. Dykta z dziurami, że zaglądnąć do środka można. Odór coraz większy. Wykręca nos i wywołuje grymas obrzydzenia. Wszystko się lepi, przykleja do butów, powietrze jest tak ciężkie, że mam wrażenie, że przylgnęło do mnie i wchodzi w każdy zakamarek mojego ciała, powodując duszności. Ja pierdolę, to jedyne, co mi w tej chwili przychodzi na myśl. Pcham niedomknięte drzwi i wchodzę do mieszkania.
Przede mną sień. Stary fotel, z którego wyłażą flaki w postaci gąbki. Okienko zasłonięte do połowy szmatą, ledwo przepuszczającą promienie światła. Wszędzie śmieci, butelki, psie gówna. Dalej wejście do pokoju – zasłonięte kocem, którego dotknięcie grozi złapaniem jakiegoś śmiertelnego kurestwa. Odrapane ściany, zmurszałe deski na podłodze, które skrzypią przy każdym kroku. Resztki mebli pod ścianą upstrzone wystawką butelek po kilku bełtach.
Pokój. Meblościanka nieokreślonego koloru. Pourywane drzwiczki, wazoniki, butelki, puszki z niedopałkami. Znowu fotel. Brudny i śmierdzący, na którym leży pies. Mały kundelek, zabiedzony i wychudzony, podnosi swe ślepia i na mój widok merda ogonem. Nie ma siły szczekać.

HRRR, UGHRRR – TO ODGŁOS dobiegający z wersalki stojącej przy oknie. Podchodzę bliżej. W panującym półmroku nie zauważyłem, że ktoś na niej leży. To kobieta – ona. Lat około 40. Matka dwójki dzieci.
Pierwszy raz widzę człowieka ważącego jakieś 30 kilo. Klatka piersiowa kobiety jednostajnie unosi się pod śmierdzącym barłogiem, którym została przykryta. Rzężenie i świst. Otwiera oczy i patrzy na mnie. Obok łóżka na taborecie stoi herbata. Tylko tyle. Nikogo, kto by jej pomógł, zrobił cokolwiek. Zapadnięte policzki i blade usta – trup. Żywy trup.
Zaczynam z nią rozmawiać. Ona próbuje wyartykułować jakieś słowa, lecz co chwilę przerywa je atak kaszlu. Spazmy powodują, że podskakuje na łóżku jak piłeczka pingpongowa.
Gruźlica. Choroba, która wykańcza meneli szybciej niż cokolwiek innego. Choroba, która jest ich przeznaczeniem. Choroba, którą hodują w swych wyjałowionych alkoholem organizmach, rozsiewając i zarażając się jeden od drugiego. Choroba, która istnieje, choć wydaje się nam, że nas nie dotyczy. Gruźlica – powolna śmierć w męczarniach i dusznościach.
Ona jest sama. Żaden menel jej nie pomaga. Nie ma już kolegów, przyjaciół od jabola. Nikt nie przychodzi. Boją się. Boją się trupa, który wciąż żyje. To trup bezużyteczny, niepotrzebny nikomu, nie napije się, nie załatwi flachy. To trup, którym nikt się nie interesuje. Żywy trup, którego tlące się jeszcze procesy życiowe próbują utrzymać na tym świecie. Biorę telefon. Pogotowie. Zaraz przyjadą. W międzyczasie próbuję jeszcze porozmawiać. Kaszel się uspokoił. Ona bierze łyk herbaty. Siada nawet. Rozmawiam z nią z grzeczności. Czy jej współczuję? Nie. Uczucia zostawiłem na zewnątrz. Nie potrafię współczuć komuś, kto zmarnował dzieciństwo własnym dzieciom.
Pytam ją o dzieci. Pamięta je. Uśmiecha się nawet. Moje milutkie dzieciaczki – przypływ matczynych uczuć. Zupełnie bez znaczenia. Wypłukane przez alkohol, który strawił jej wnętrzności.
Znowu spazmatyczny kaszel targa jej ciałem. Przykłada do ust jakąś szmatę. Krew. Dużo krwi. Prątkuje, myślę. Czas stąd spierdalać. Wychodzę, uciekam wręcz na sam dół. Jebana patolka – tylko tyle mi przychodzi do głowy. Mam ją w dupie, nie chcę się zarazić, niech tam czeka sama. Instynkt przetrwania każe mi myśleć o sobie.

PRZYJEŻDŻA KARETKA. Pytam lekarza, czy mogła mnie w jakiś sposób zarazić. W końcu tam byłem, rozmawiałem, patrzyłem. Zaśmiał się tylko – chyba że przez pocałunek. Młody facet, w porządku gość. Wyjaśniam mu co i jak. Wchodzi i za chwilę wraca. Nie weźmie jej do karetki. Za czysto ma, wysterylizowane wszystko, czyściutkie. Trupa, nawet żywego, nikt nie chce. Wołają jakąś karetkę sanitarną. Z obrzydzeniem ją załadowują i wywożą do szpitala dla gruźlików. Pies. Jedyna żywa istota, która była przy niej aż do końca. Pies nikogo nie interesował. Poszedłem na górę i zabrałem go. Mały, wystraszony kundelek. Można mu było policzyć żebra. I wiecie co? Najbardziej szkoda mi było tego psa.
Piesek żyje i ma się dobrze. Ona żyła jeszcze rok. Znaleźli ją martwą na poddaszu. Tym razem była sama.

Krycha

Krychę poznałem na początku swojej pracy, czyli kilka lat temu, kiedy jeszcze robiłem aplikację kuratorską. Zajmowała mieszkanie w kamienicy wraz ze swoimi synami, pełnoletnimi ćpunami na rentach, i dwójką małych dzieci – Justynką i Adasiem, wtedy pięciolatkami.
Krycha była typowym kurwiszonem, który na szczęście w ogóle nie spożywał alkoholu. Po prostu była głupia i naiwna, co wykorzystywali menele i rżnęli ją, ile się dało. Ogólnie była dobrą kobietą, tylko czasem odzywała się u niej wścieklizna pochwy, która potrafiła zapędzić ją nawet na skraj powiatu czy województwa.
Większy problem był z jej synalkami, zdegenerowanymi ćpunami z zanikiem mózgu. Urządzali w chacie popijawy, grupowe ćpanie i wąchanie Bóg wie czego z foliowych worków. Przyłaziły tam wszelkiej maści labadziary, jeszcze nastoletnie, i przeróżni menele czy bandziory.
Czego to ja z Krychą nie robiłem, żeby choć trochę przemówić jej do resztek rozsądku. A to z dzielnicowym, a to w gminie, a to w opiece społecznej – wszyscy truliśmy jej, żeby wymeldowała synków i wyjebała na zbity łeb, bo jak nie, to młodsze dzieciaki również straci. Krycha zawsze mówiła, że to zrobi, że już była, że nie pozwoli skrzywdzić dzieci i takie tam zwykłe pierdolenie. Nawet psycholog w poradni rodzinnej nie mógł nic poradzić, bo Krycha, co by nie mówić, była całkiem sprytną pozorantką. Bujała wszystkich przez jakieś trzy lata. Co prawda, Krystyna miała ograniczoną władzę rodzicielską poprzez nadzór kuratora, dzięki temu dzieciaki miały wszystko, co trzeba – oprócz spokoju. Do tego nie było ojca, bo szwendał się gdzieś po Polsce, lump jebany. Ale może to i lepiej? W każdym razie sielsko, kurwa, i anielsko mieli.

WPADAM KIEDYŚ DO KRYCHY, bo dawno jej nie odwiedzałem, i jestem coraz bardziej zdesperowany, żeby zrobić z nią porządek, bo jeszcze trochę i dzieci zaczną brać przykład z głąbów braciszków. Wieczorem pukam do drzwi, zza których napierdala muza i słychać śmiechy zaćpanych mord.
Otwiera mi menel, jej starszy synalek. Rzut oka i jeb mi przed nosem drzwiami. Mamrocze, że matki nie ma. Przez chwilę w drzwiach miga mi tylko Adaś, wtedy już ośmiolatek, który smutny patrzy w moją stronę. Ty chuju jebany – myślę sobie. Walę w drzwi. Śmiechy ucichły, ale nikt już, kurwa, nie raczy mi otworzyć.
Wychodzę z kamienicy. Łapię za telefon. Policja. Po około dziesięciu minutach przyjeżdżają. Na szczęście jak usłyszą na centrali, że kurator sądowy, to się nie ociągają. Jako zwykły obywatel czekałbym pewnie ze dwie godziny.
Stawia się patrol mieszany. Młoda policjantka i stary gliniarz. Młoda patrzy na mnie i nie wie za bardzo, co się dzieje. Rozmawiam ze starym. Mówię mu krótko, o co chodzi. Młoda słucha i patrzy zdziwiona. Oczy zrobiła, gdy powiedziałem, że jak nie otworzą, to wypierdolę te drzwi z kopa – mam w dupie nakazy i tym podobne bzdety. Jak jest sytuacja zagrażająca życiu i zdrowiu dzieciaka, pierdolę protokoły i przepisy, niech mnie wyjebią z roboty, przynajmniej poszukam sobie czegoś normalnego.
Gliniarz wali do drzwi. Krzyczy: „Policja!” i takie tam. W końcu drzwi się otwierają i wygląda zachlana i zaćpana gęba synalka.
– Ale o co chodzi, co się dzieje? – gówniarz cedzi słowa, jakby naprawdę był jebanym aniołkiem ze świecącą aureolką wokół pustej łepetyny.
– Przyszliśmy sprawdzić, pod czyją opieką są dzieci.
Gliniarz też już nieźle wkurwiony. Jak nic chętnie by mu przyjebał tą swoją czarną pałą.
– Ale ja nikogo nie wpuszczę – rzuca krótko menel i próbuje zamknąć drzwi.
Nie tak łatwo. Blokuje je policyjny but. Bardzo spodobała mi się ta stara „milicyjna” szkoła. Przychodzi kolej na mnie. Podchodzę do drzwi i lekko je pcham. Menel patrzy na mnie i traci rezon. Zna mnie od kilku lat i nigdy się nie zdarzyło, żeby jego matka mnie nie wpuściła. Wchodzimy do mieszkania, w którym znajduje się jakieś osiem osób i dwoje dzieciaków – Adaś i Justynka. Kurwa, jaki zajebisty przekrój społeczny i na dodatek wszystkich znam. Dwaj synowie Krychy. Agnieszka – 20-latka, która miała nadzór kuratora za ćpanie. Kamil – 18-latek, drobny złodziejaszek bez szkoły i pracy. Zofia – stara, gruba, rubensowska labadziara koło pięćdziesiątki, która przyjmuje młodych chłopców u siebie w domu lub szwenda się po melinach w poszukiwaniu „okazów”. I Kasia – nielatka, 17-letnia, ale z nadzorem kuratorskim. Na stole piwo, wóda i bibułki do skrętów. Ta 17-latka chciała się wymigać tekstem, że mama kazała jej być w domu o 20 – ależ oni są czasem głupi, myśląc, że nabiorę się na takie gadki.
– Siadaj tu i czekaj – rozkazuję, a ona przestraszona siada w fotelu.
– Gdzie Krystyna? – pytam.
Cisza.
– Gdzie wasza mama? – zwracam się do wystraszonych dzieciaków.
Patrzą na siebie i nie wiedzą, co odpowiedzieć. – No gdzie jest? – pytam.
– Pojechała – nieśmiało odpowiada Adaś.
– Gdzie pojechała? Kiedy? – pytam.
– Za granicę.
O kurwa.

CO TAM. „Kurwa” to mało powiedziane. Przejebane mam teraz jak chuj. Żegnaj spokojny powrocie do domu.
– Jak to pojechała za granicę? – zaciskam zęby ze złości i patrzę na tych dwóch pojebów, zastanawiając się, na ile są zaćpani, a na ile zachlani.
– Tydzień temu – odpowiada jeden i w tym samym czasie dopada go jakiś tik nerwowy, bo dziwnie zaczyna mu oko skakać.
Najpierw trzeba zrobić porządek z tymi szanownymi gośćmi, raczącymi się wspaniałą atmosferą rodzinnego spotkania.
Zofia – rubensowska labadziara z wywalonymi na wierzch cycami – dziękuje grzecznie za gościnę i idzie szukać kolejnej hołoty do zabawy. Tak w ogóle to byłem kiedyś u Zofii. Starała się o kontakty z wnukiem. Jej jedyny syn, w wieku 19 lat, uciekł do rodziców dziewczyny, z którą ma dziecko, i żyją na szczęście całkiem normalnie. Wstydził się matki, która sprowadzała sobie do wyra jego kolegów.
Druga zwija się Agnieszka. Po prostu wstaje i wychodzi, bezczelnie uśmiechając się w moją stronę. Jest pełnoletnia i nikt jej nie zabroni pić. Nie znam jej zbyt dobrze, bo nie jest pod moją kuratelą, ale sporo o niej słyszałem od kolegów – ćpa bez przerwy. Póki co jeszcze się trzyma. Póki co.
18-latka wywalam prawie na zbity pysk, rzucając na odchodne grzeczne: „Spierdalaj!”. Gnój żeruje na matce, która zapierdala w fabryce na dwie zmiany.
No i 17-latka – ogólnie niegłupia dziewucha, ale czasem ma zaskoki. Potrafi przez kilka miesięcy nic nie odpierdolić, ale ciągnie ją do menelstwa jak muchy do gówna. Wychowywana przez matkę, bo ojciec odszedł jakieś dziesięć lat temu. Kiedyś nawet z czerwonym paskiem zdawała, teraz lewo na miernych przechodzi.
Wypierdoliwszy całe to towarzystwo, zajmuję się dzieciakami i ich braciszkami. Pierwsze co, to test na trzeźwość. Dmuchają. Każdy ponad 1,5  promila. Zajebiście. Próbuję ustalić, co z matką. Okazuje się, że pojechała do Anglii. Jakim, kurwa, cudem taka stara baba, traktowana przez wszystkich jak śmieć, jedzie do Anglii do pracy? Wątpliwości rozwiewa jeden z synalków:
– Pojechała się kurwić, dziwka jedna – cóż za wspaniały szacunek dla rodzicielki, przeogromna miłość panuje w tej rodzinie, nie ma co.
Pewnie ma rację. Są alfonsi, którzy ściągają do różnych hoteli robotniczych takie patolki, umalują je, ubiorą i rzucają do takiego kołchozu, gdzie za 50 zł goście mają używanie. Burdele to nie tylko młode i piękne panienki. Te nie pierwszej młodości też wyrwą coś dla siebie.
Ale co, kurwa, z Adasiem i Justynką? Siedzą na tapczanie i patrzą przestraszone to na mnie, to na policjantów. Gliniarz zaczyna drapać się po głowie, bo sytuacja przerasta jego możliwości intelektualne. Podchodzi do mnie i pyta:
– To co robimy?
Młoda stoi z boku i nadal ma minę, jakby straciła kontakt z rzeczywistością. Tak, kurwa, moja droga. To jest prawdziwa rzeczywistość.
– Zabieramy dzieciaki do pogotowia opiekuńczego – postanawiam szybko. – Oni nie zapewnią im należytej opieki. Wytrzeźwieją, a za dwa dni znowu urządzą libację. Pogotowie opiekuńcze jest jakieś kilkaset metrów od ich domu. Dzwonię do nich, że mam interwencję i przywiozę dwoje dzieci. Pierdolę zasady i zabieram je do swojego samochodu, razem z policjantką, żeby mi podczas jazdy nie uciekły. Gliniarz jedzie za nami radiowozem. Dwa starsze zjeby w ogóle nie oponują, chyba cieszą się, że mają problem z głowy. Każę im tylko spakować trochę rzeczy, podręczniki szkolne i adiós.
W pogotowiu załatwiam formalności. Następnego dnia wniosek do sędzi o wydanie decyzji, by w trybie pilnym umieścić dzieci w placówce, i czekam, co będzie dalej.

PO OKOŁO DWÓCH TYGODNIACH stawia się u mnie Krycha. Co za, kurwa, niespodzianka. Matka Polka we własnej osobie.
– Dzień dobry pani Krystyno – aż mi uśmiech zagościł na twarzy. – Co panią do mnie sprowadza? – cynicznie pytam.
– Dzieci – odpowiada krótko.
– To pani ma jeszcze jakieś dzieci? – ciągnę szopkę dalej. – O ile pamiętam, są teraz w odpowiedniej placówce?
– Wiem.
– Powinna być pani zadowolona. Mniej problemów, cisza, spokój w domu, same plusy – niech sobie kurwa nie myśli, że nic się takiego nie stało.
– Chcę je odzyskać – prawie płacze.
– Była pani u nich? – pytam.
– Nie, bo wczoraj przyjechałam, nie zdążyłam.
– To niech pani jedzie do nich, a potem porozmawiamy. Dziękuję. Do widzenia.

MIJA KILKA TYGODNI. Krycha nie uraczyła mnie jak do tej pory żadną wizytą, z czego, nie powiem, niezmiernie się cieszę. Niepotrzebna mi tu na razie nawrócona Matka Polka, która jak na zawołanie potrafi mdleć przed kamerami. U mnie obowiązuje zasada trzech miesięcy – jeśli patol, któremu zabieram dzieciaki, w tym czasie nie zrobi wszystkiego, by dzieciaki odzyskać – to chuj bombki strzelił, jest mu wygodnie i ma w dupie wszystko i wszystkich.
Pewnego pięknego dnia byłem w okolicy i stwierdziłem, że odwiedzę Krychę. Niech wie, że nie zapomniałem. Pukam do drzwi. Otwiera mi jakiś facet, na oko 60-letni, cały upierdolony farbą. O kurwa, co tu się dzieje, bo przez uchylone drzwi zobaczyłem remont korytarza i kuchni.
– Szukam Krystyny – mówię zdziwiony, patrząc na nie mniej zdziwionego malarza.
– Nie mieszka tu – odpowiada.
Jak to, do kurwy nędzy, nie mieszka? W chuja sobie gość leci czy co?
– Jak to nie mieszka? Gdzie ona jest? – wkurwiam się lekko, aż mi ciśnienie znowu skacze – co jak co, ale żaden menel nie będzie mnie robił w chuja. – Pan wie, kim ja jestem? – sięgam po legitymację.
– Panie, eksmitowali ją. Ja to mieszkanie z gminy dostałem – cedzi wystraszony.
Z patolami tak to już jest – wystarczy na chwilę z oka spuścić, a w ich życiu rewolucja. Zmiana mieszkania, konkubenta, zaraz w ciąży albo już rodzi i chce w szpitalu zostawić. Normalnie karuzela. Ty zapierdalasz na kredyt hipoteczny przez 30 lat i nie ruszysz się z miejsca, a tu proszę – w tym czasie patol pół świata zwiedzi i jeszcze ile przygodnych stosunków nawiąże.
– Gdzie ją eksmitowali – dopytuję gościa, lecz ten nic więcej nie wie. No i chuj. Na dobrą sprawę powinienem mieć to w dupie, w końcu do moich obowiązków nie należy poszukiwanie zaginionych w akcji patoli. Ale ciekawość zwycięża. W ewidencji ludności czy w innym wydziale mieszkaniowym w gminie jakaś młoda stażystka nie chce mi podać jej adresu zamieszkania. Bo ona pismo potrzebuje. Na chuj ci pismo, dziewczyno? Legitymacja powinna ci wystarczyć, gdzie jasno jest napisane, jakie mam uprawnienia. Czy w tym kraju każdy musi robić jakiś problem i do wszystkiego potrzebuje „pisma”? W końcu zdobywam adres.

KRYCHA DOSTAŁA LOKAL w bloku socjalnym. Jakiś 20-rodzinny budynek, gdzie policja powinna otworzyć posterunek. Tylko dla mieszkańców, a i tak byłoby roboty co niemiara. Kiedyś był to pałacyk, który po upadku pegeeru został zamieniony na zsyp dla ludzkiego śmiecia. Odnajduję mieszkanie i tu pierwsze zdziwienie. Drzwi wymienione, całkiem ładne. Pukam.
– Dzień dobry – otwiera mi facet, czysty i nieśmierdzący, choć już nie pierwszej młodości.
– Dobry, dobry. Szukam Krystyny, mieszka tu?
Kurwa. Coś mi tu wybitnie nie pasuje.
– Mieszka, wyszła na zakupy. Proszę wejść.
Jaki, kurwa, miły. Kim on jest, do kurwy nędzy? Krycha i zakupy? Ja pierdolę, ukryta kamera czy jaki chuj.
Wchodzę. Mieszkanie czyste, zadbane. Meble, choć nie najnowsze, to jednak niezniszczone. W kuchni halogenki, mebelki kuchenne choć najtańsze z jakiegoś marketu, to jednak przyzwoite. Nie no, kurwa, nie wierzę.
Rozmawiam z facetem. To jej konkubent. Poznali się jakiś czas temu. On siedział, ale wyszedł i chce ułożyć sobie życie na nowo. Krycha to jego była miłość i jak dowiedział się, że została eksmitowana, to zaproponował wspólne życie. Warunkiem było jednak wyjebanie na zbity pysk dwóch synalków, którzy zamieszkali w jakiejś altanie na działce. Jako że jest budowlańcem, odremontował mieszkanie. Ma swój samochód, pracę na czarno, ale stałą, i twierdzi, że kocha Krysię i będzie dbał, by nie stoczyła się na dno. Zobaczymy, zobaczymy. Sceptycyzm mnie nie opuszczał. Za, kurwa, wspaniale to wygląda.
Niedługo potem został wyznaczony termin rozprawy, w celu wydania postanowienia końcowego, co dalej z dzieciakami. Oczywiście zostałem zobligowany do wydania opinii, czy dzieci po kilkumiesięcznym pobycie w placówce mogą wrócić do matki. Zaryzykowałem, biorąc oczywiście nadzór nad sprawą, bym mógł szybko zainterweniować, gdyby jednak Krysia uznała, że woli dawne życie.
Od dwóch lat jest w miarę spokojnie. Krycha ma dalej tego samego faceta, w którego jest zapatrzona jak w obrazek. On trzyma ją i dzieciaki krótko. Mają dbać o mieszkanie, chodzić do szkoły, a Krycha pracować – choćby dorywczo. Normalnie sielsko i anielsko. Happy end? Nie do końca. Adaś od jakiegoś czasu wariuje w szkole, jest wulgarny, agresywny, wyzywa matkę od szmat i kurew. Bije siostrę. Znęca się nad zwierzętami.


„Taplam się w ludzkim bagnie. W ekskrementach ludzkiego życia. W gnoju. W patologii. W ludzkim syfie. Codziennie bywam na marginesach życia. Jestem księdzem. Powiernikiem. Katem. Osobą znienawidzoną i jedyną szansą wielu. Jestem kuratorem sądowym, zawodowym, do spraw rodzinnych i nieletnich”, pisze Piotr Matysiak, autor książki „Na marginesach życia. Zapiski kuratora sądowego” (Wydawnictwo NAKOM, Poznań 2014). To pierwsza publikacja ukazująca pracę kuratora sądowego i prawdziwą twarz polskiej patologii. Powstała na podstawie kontrowersyjnego bloga „Na marginesie życia”, który zwyciężył w konkursie na Blog Roku 2012 w kategorii „Polityka i Społeczeństwo” organizowanym przez portal Onet.pl.

Wydanie: 24/2014

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy