Teatralna pułapka

Teatralna pułapka

Jak zostałem zainstalowany na festiwalu Teatro a Corte w Turynie

Korespondencja z Turynu

Festiwal w Turynie i okolicach, Teatro a Corte, w niewielkim stopniu przypomina festiwal teatralny. Najmniej można się tu spodziewać pluszowych foteli i dusznych sal teatralnych. Większość zdarzeń rozgrywa się w plenerze, w często w kapiących od złota i ozdób dworskich siedzibach niegdysiejszego domu panującego. Twórca festiwalu, Beppe Navello, łączy tu ogień z wodą – stare siedziby rodu Savoy z bardzo współczesnymi formami przestawania ze sztuką.
Jedną z takich form są coraz modniejsze w ostatnich latach instalacje – to rodzaj sztuki uprawianej na skrzyżowaniu sztuk pięknych i teatru postdramatycznego. W Turynie taką instalację przygotowała holenderska wideoartystka i performerka Judith Nab. Na początku lat 90. założyła z dwoma niezależnymi technikami, specjalistami od budowania stron w sieci, Théâtre Espace (Teatr Przestrzeni) w Paryżu. Wspólnie tworzyli teatr wizualny, posługując się rozmaicie łączonymi mediami, ruchomymi obiektami i złudzeniami optycznymi, filmem, wideo, samplami, zastosowaniem światła, projekcji. Żartobliwie nazywa swój teatr „teatrem martwych”, bo

nie pracuje z żywymi aktorami,

nie używa też zazwyczaj tekstu ani scenariusza.
– W moich performance’ach – mówi Judith – realne obrazy mają się odwoływać do pamięci i wyobraźni widza. Codzienne obiekty i zdarzenia zostają wyizolowane w ciemnej przestrzeni, gdzie mają miejsce performance’y i instalacje. To właśnie potęguje dezorientację widzów w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu.
Instalacje Judith Nab są mocno związane z miejscem, gdzie są realizowane, ważny jest wybór takiego miejsca, aby zyskać kontakt z odbiorcami. Judith żongluje starymi i nowymi mediami, umiejętnie je miksuje, chętnie posługuje się black-boksami, i dlatego łatwo tu wpaść w pułapkę, co zresztą stało się także moim udziałem.
W Turynie Judith przygotowała instalację pułapkę „All The People I Didn’t Meet” („Wszyscy ludzie, których nie spotkałam/łem”), w samym sercu miasta, w siedzibie Teatro a Corte, w Cavallerizza Reale, czyli dawnej Ujeżdżalni Królewskiej. W pokazie uczestniczy zwykle od kilkunastu do 40 osób, ale dla mnie poczyniono wyjątek, sam jestem grupą, a wiec spotkam się z instalacją „sam na sam”. Przed wejściem otrzymuję instrukcję wraz z cytatem z powieści Pirandella „Jeden, nikt i sto tysięcy”: „Każdy ma specyficzne miejsce w wyobraźni, przeznaczone dla innego”.
Instrukcja zawiera przestrogę, że ta

instalacja nie ma ani początku, ani końca,

że brak w niej aktorów, zapisanych i zatwierdzonych tekstów, scenariusza, a nawet nie ma tu żadnego przedstawienia. Wszystko zależy od wchodzącego.
A oto i instrukcja obsługi instalacji:
1. Otrzymujesz numerek i wchodzisz. Zostaw torbę przed wejściem, pozwoli ci to łatwiej się poruszać. Wyłącz telefon.
2. Zapisz swoje nazwisko na kartce papieru, którą ci dadzą.
3. Kiedy twój numer zostanie wyświetlony, wchodź do środka.
4. Obróć się w lewo, otwórz CZARNE drzwi i odbierz telefon.
5. Po zakończeniu rozmowy wejdź do wielkiego pomieszczenia.
6. W wielkim pomieszczeniu zobaczysz wyspy krzeseł i stołów. Wybierz krzesło, siądź, gdzie możesz obserwować, słuchać, czytać, odbierać telefony albo nie robić nic.
7. Po 25 minutach instalacja się powtórzy, ale możesz zostać dłużej, jeśli tylko zechcesz.
8. Drzwi wyjściowe znajdują się w środkowej części pomieszczenia po lewej stronie.
Rozpoczyna się procedura. Oddaję swoje rzeczy na przechowanie. Otrzymuję numerek „839”. Na karteczce wypisuję nazwisko. Wkrótce numer pojawia się na „liczniku”. Wchodzę, skręcam w lewo. Jest ciemno, prawie nic nie widać. Kiedy wzrok się przyzwyczaja, widzę telefon i cztery monitory obok. Telefon dzwoni, podnoszę słuchawkę. Mówi coś do mnie po włosku, tak miało być, uprzedzano mnie, włoski znam bardzo słabo, a poza tym okazuje się, że to głuchy telefon, bo tylko w jedną stronę, mówi do mnie natarczywie, ale nie oczekuje odpowiedzi.
Spoglądam na monitory: na każdym widzę siebie, śledzonego przez kamerę z innej strony, i nieco od góry, z lewej strony, z prawego profilu, od tyłu i od przodu. Najlepiej widać łysinę. Trochę się zaczynam wiercić przy telefonie, zwłaszcza że ktoś ciągle coś mówi, ale nie słucha. Nagle dostrzegam kogoś

majaczącego w ciemności.

Przygląda mi się, jakby dybał. Kto to, u diabła? Telefon milknie, odkładam słuchawkę i kieruję się w stronę dziwnej postaci. To ja, chyba w lustrze. Chociaż nie, bo postać jest jakby trochę większa ode mnie i rusza się z opóźnieniem w stosunku do mnie, a więc to też projekcja, widmo. Skręcam ku drzwiom i po chwili wchodzę do dużej, tonącej we mgle przestrzeni. Na dużym ekranie jakaś grupa ludzi przemyka brzegiem morza. Po chwili widzę wynurzające się z ciemności biurka, monitory, komputery, krzesła, fotele, jakieś papiery, małe lampki, zabawki, kredki. Idę do najbliższego biurka, żeby usiąść i oswoić się z „terenem”. Ktoś tu jeszcze jest, przy którymś monitorze pracowicie wystukuje jakieś teksty. Zanim dochodzę do fotela, słychać syk, bucha nowa porcja mgły, żarówki na wężowatych ramionach podrygują w dziwacznym tańcu. Siadam. We wnętrzu biurka zagłębienie, a u jego spodu malutki ekran. Na nim również jakaś grupa, może rodzina, mknie brzegiem morza, słychać szum fal. Monitor o coś pyta, ale widzę kiepsko, nie mam okularów. Siedzę, wiercę się. Dziewczyna, która przed chwilą tu była, już wyszła. Jestem sam. Zmieniam biurko. Na nim rysunki dzieci z napisami: „To jest mój dom w Turynie”, „Tu mieszkam”, „Tu chcę zamieszkać”. Nie, nie, rysować nie będę. Przechodzę do następnego biurka. Monitor lekko migoce, zachęca do współpracy. „Napisz do mnie”, zachęca. „Czy ktoś tam jest?”, pytam. Maszyna otwiera linijkę odpowiedzi, ale to ja mam sobie sam odpowiedzieć, maszyna ze mną nie rozmawia. Przez chwilę wypisuję jakieś mało znaczące kawałki, a że nie mam okularów, pewnie robię mnóstwo błędów itp. Zmieniam biurko. Mnożę się, skoro nikogo tu więcej nie ma. Jak Winnetou, który udawał cały oddział Siuksów, wyłaniając się zza kolejnych wzgórz, przeskakuję od biurka do biurka. Znowu

bucha porcja mgły,

żarówka chwieje się, jakby chciała mi pogrozić, że za dużo robię tu hałasu. Siedzę więc już spokojny i oglądam film. Morze, jakaś cicha rozmowa, ślady stóp. Niewiele widać. Kim są ci ludzie? Kogo tu miałem poznać?
W ulotce zapraszającej do zwiedzania instalacji Judith Nab obiecywała odnajdywanie związków z innymi. No tak, ale wówczas, kiedy wchodziło tu 40 osób. A skoro jestem sam… To już koniec, nic więcej się nie wydarza. Tuż za drzwiami zalewa mnie południowe słońce i wesołe rytmy z ustawionego przy wyjściu radia. Z ciemności w jasność?
Nazajutrz rozmawiam z Judith Nab. – Nie spotkałem ludzi, których nie znam – mówię. – Spotkałem tylko jednego. Siebie. I rzeczywiście, nie wiedziałem, jak się zachowam, co zrobię, czy przekroczę granice chłodnego obserwatora. Okazało się, że tym, kogo nie znam, jestem ja. Czy o to ci chodziło?
– Tak naprawdę jestem bardzo sentymentalna – mówi Judith. – Ta instalacja to taka mapa znaków, które mają otwierać szufladki w moich, twoich wspomnieniach.
Nie myślałem, że to będzie sposób na poznanie siebie, ale, jak zwykle, na tym się kończy. Od siebie nie uciekniesz.

Wydanie: 36/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy