Telewizja do śniadania

Starowieyski w szlafroku, Stańko w gipsie, Kutz zgubiony w korytarzach, czyli dziesięć lat „Kawy czy herbaty?”

Życie w telewizyjnym bufecie przy studiu S-3 zaczyna się około 4.30. Czuć aromat kawy. Pierwsi w studiu pojawiają się realizatorzy dźwięku i światła. Zapalają telewizyjne jupitery. Po nich do pracy przychodzą prezenterzy. Muszą się zastanowić, jak poprowadzić rozmowę, omówić ostatnie szczegóły programu. Później schodzą do charakteryzatorni. Telewizja jest bezlitosna, wyłapie najmniejszy ślad zdenerwowania czy braku snu, więc twarz trzeba przykryć grubą warstwą makijażu.
Godzina upływa szybko. Punktualnie o szóstej, gdy większość Warszawy pogrążona jest jeszcze we śnie, zaczyna się „Kawa czy herbata?”. Czwartkowe wydanie prowadzą Anna Pawłowska i Jerzy Kisielewski.

Na wysokich obrotach

Studio utrzymane w beżowo-zielonej tonacji w rzeczywistości jest o wiele mniejsze, niż wydaje się na ekranie. Na wizji panuje spokój, za to w studiu poza kamerami i w reżyserce – harmider. Goście wchodzą i wychodzą, biegają kamerzyści, dźwiękowcy, charakteryzatorki, kierownik produkcji, prezenterzy i przygrywający na fortepianie Włodzimierz Nahorny. Zmiana tematów i rozmówców jest błyskawiczna.
Nagle obraz na ekranie zaczyna skakać. – Co się tam dzieje? – krzyczy jeden z realizatorów. – Jedynka jest permanentnie zielona, czy nikt tego nie widzi? – złości się pięć minut później.
Kolejna chwila konsternacji. Jeszcze nie przyszedł Tadeusz Strugała, dyrygent współpracujący z Romanem Polańskim przy „Pianiście”. Ekipa denerwuje się, bo zgubił się już drugi raz. Tydzień wcześniej w drodze do telewizji złapał gumę. Ponieważ nie używa telefonu komórkowego, nie mógł nikogo zawiadomić o pechowym wydarzeniu. W takich przypadkach w scenariuszu powstaje czasowa dziura. A tego szklany ekran nie toleruje. – Włodek Nahorny będzie dłużej grał. Potem Ania i Jurek podejdą do niego i porozmawiają kilka minut – proponuje wydawca, Grażyna Domańska, przez współpracowników pieszczotliwie nazywana „Gucią”.
Na szczęście Tadeusz Strugała odnajduje się na kilkanaście sekund przed wejściem na plan. Trzeba wyczuć moment, by wpuścić go do studia. – Kiedy kamera się zatrzyma, Włodek przestanie grać. Zobaczycie, ma wyczucie – mówi jeden z realizatorów obecnych w reżyserce. I rzeczywiście tak się dzieje. Gdy kamera przestaje pokazywać całe studio, obraz zatrzymuje się na rękach Nahornego. W tej samej chwili z fortepianu wydobywa się ostatni dźwięk, a palce muzyka zawisają nad klawiaturą. – Po prostu kino – z uznaniem kiwa głowami ekipa. Jeszcze ostatni gość, prof. Janusz Tazbir, i program się kończy.
Przez tydzień nad dwugodzinnym programem pracuje dwóch wydawców, dwóch prezenterów, dwóch kierowników produkcji i współpracownicy. Wszystko po to, by w ciągu zaledwie 120 minut przez studio przewinęło się 12 gości.

Telewizja do zerkania

Pierwsza emisja programu „Kawa czy herbata?” odbyła się 31 sierpnia 1992 r. Autorem tytułu był ówczesny prezes TVP, Janusz Zaorski. Co prawda decyzja o realizacji programu zapadła wcześniej, ale wszyscy rozjechali się na urlopy i szefowa Halszka Wasilewska mijała się z tymi, którzy mogliby cokolwiek zrobić. W końcu wspólnie z garstką ludzi przygotowała trzygodzinny blok.
Tuż po powstaniu program nadawano tylko raz w tygodniu. Dwóch prezenterów po prostu rozmawiało z zaproszonymi gośćmi. Teraz to magazyn rozmaitości złożony z rozmów, spotkań, teledysków, bloków informacyjnych i prognozy pogody. Mówi się w nim niemal o wszystkim w lekkiej i przyjemnej formie.
– Jesteśmy telewizją do zerkania. Nie możemy zakładać, że ogląda się nas od początku do końca. Nawet gdy ktoś włączył telewizor w danej chwili, wiedzę na omawiany temat musimy przekazywać od początku. Jeżeli ktoś stwierdzi, że coś go nie interesuje, może pójść do kuchni i zrobić sobie kawę – tłumaczy Grażyna Domańska, wydawca programu. – Trzon naszej pracy to ciekawi ludzie i ciekawe tematy. Rozmowy nie są dłuższe niż 4-5 minut. Chętnie mówimy o wydarzeniach z całego kraju. Nie jesteśmy przecież telewizją warszawską. Nie uprawiamy publicystki, raczej informację. Unikamy polityki. Musimy być wrażliwi na rzeczywistość, nie może się wydarzyć nic, o czym nie wiemy. Cały czas polujemy, nasłuchujemy. Jeżeli dzieje się coś ważnego, odwołujemy umówione wcześniej spotkania.
I to przynosi efekty. Spośród wszystkich widzów oglądających polskojęzyczną telewizję między 6.00 a 8.15 rano średnio połowa wybiera „Kawę czy herbatę?”. – Dziesięć lat temu twierdzono, że taki program nie będzie miał widzów, bo jest nadawany zbyt wcześnie. W końcu ruszył eksperymentalnie. Okazało się jednak, że ludzie naprawdę wstają rano. Zwłaszcza teraz, gdy praca stała się wartością – mówi Anna Pawłowska. Sama też już nie ma problemów z wczesnym wstawaniem, choć, jak mówi, przed programem na żywo śpi powierzchownie.
Jerzy Kisielewski zazwyczaj otwiera wtedy oczy o 4.15. – Chyba że muszę jeszcze coś przygotować. Wtedy wstaję o 3.40. Nastawiam dwa budziki – śmieje się. – Kiedyś prześladował mnie lęk, że samochód zepsuje się po drodze. Pewnego dnia tak się stało. Wziąłem taksówkę. Taksówkarz nie miał drobnych, żeby wydać resztę ze stu złotych. Powiedziałem, że odda mi przy okazji. W trakcie programu przyszedł strażnik. Okazało się, że kierowca rozmienił pieniądze i zgodnie z umową przyniósł resztę.
Z powodu konieczności pojawienia się w studiu przed 6 rano nikt nie marudzi. Nie odmawiają gwiazdy kultury, polityki czy biznesu. Nawet jeżeli mają przysypiać przed wejściem na antenę. Barbara Krafftówna przed wizytą w „Kawie czy herbacie?” wstaje dużo wcześniej, by mieć czas na dojście do siebie. Pije kawę, robi sobie okład na oczy. Franciszek Starowieyski, zgodnie z wczesną porą, przyszedł do studia w szlafroku i kapciach.

Adrenalina lepsza niż kawa

Prowadzącym pomaga adrenalina. Działa lepiej niż kawa. – To rodzaj napięcia, pełnej mobilizacji. Mamy świadomość potęgi telewizji na żywo. Jeżeli popełnimy błąd, musimy go szybko naprawić. W sytuacjach kryzysowych mamy w głowie taki dzwonek, znak, że trzeba się ratować – mówią Anna Pawłowska i Jerzy Kisielewski.
Ale od wpadek nie sposób się uchronić. Przytrafiają się zarówno prezenterom, jak i gościom. Kiedyś prezenterka chciała poczęstować gościa herbatą, ale urwało się ucho w porcelanowym dzbanku. Gorący płyn oblał spódnicę dziennikarski. Parzyło, lecz profesjonalizm nie pozwolił jej na grymas bólu. Innym razem w programie występowała warszawska kapela Staśka Wielanka. Ktoś omyłkowo wyemitował góralski podkład muzyczny. Jednak widzom i tak się podobało. Maryla Rodowicz spóźniła się, przyszła bez makijażu. Malowała się w biegu, przeglądając się w szklanych drzwiach telewizyjnego korytarza. Tomasz Stańko zjawił się z nogą w gipsie i krótkich spodenkach. Na antenie wypadł świetnie. Jerzy Kryszak wpadł do studia 30 sekund przed końcem programu. Kazimierz Kutz zabłądził w labiryncie telewizyjnych korytarzy i biegał po siedzibie TVP w poszukiwaniu studia. Pewien dyrektor departamentu MSWiA miał opowiedzieć o nowych dowodach osobistych. Stawił się punktualnie, o 6, ale przesiedział na korytarzu 45 minut, bo zapomniano po niego pójść. W efekcie musiał biec do studia przez długie korytarze, by zdążyć na czas, zaś rozmowa była próbą złapania oddechu. W dodatku urzędnik na wizji grzebał w aktówce w poszukiwaniu wzorów nowych dowodów.
Jacek Lej, znawca chińskiej kultury, stwierdził, że meble w studiu są źle ustawione i przestawił je zgodnie z chińskimi regułami. Rewolucja miała poprawić koncentrację u prowadzących. Jak na złość, zaczęli się mylić. W dodatku nagle rozległ się huk. Okazało się, że operator przewrócił scenografię do góry nogami.
– Kiedyś naszym gościem była pani profesor Anna Świderkówna. Opowiada pasjonująco. Wtedy mówiła o apokalipsie. Zamiast planowanych pięciu minut rozmowa przedłużyła się do siedmiu. Po dziesięciu próbowałam przerwać jej na różne sposoby, a pani profesor mówi: „Chcę dodać jeszcze jedno zdanie”. Po 17 minutach zakończyłam rozmowę, pani profesor stwierdziła: „No nie może mnie pani tak popędzać”. Po programie dostała kwiaty od widza za to, że tak sobie poradziła z dziennikarzami – zdradza Anna Pawłowska. – Rozmowy są tak krótkie, że mamy poczucie bezczelności. W końcu wyciągamy kogoś z domu o nieprzyzwoitej porze i poświęcamy mu tak mało czasu.

Narozrabiały strusie

– Byliśmy z wizytą u Niny Andrycz w domu. Pani Nina, profesjonalistka w każdym calu, mówi: „Ten pokój jest już ograny, wszystko zrobimy w drugim”. Patrzymy, a tam stoi zdjęcie Cyrankiewicza. Nie wiemy, czy mamy je pokazać, czy nie. Wreszcie decydujemy, że tak. I tuż przed startem Nina Andrycz mówi: „A Józefa odwrócimy” – opowiada Jerzy Kisielewski.
Nietypowymi i niezdyscyplinowanymi gośćmi są zwierzęta. Strusie tak rozrabiały, że obsługa studia odmówiła współpracy. Kucyka cztery osoby wpychały z powrotem na wyznaczone mu miejsce, bo uparł się, że za wszelką cenę chce wystąpić przed kamerami. Ale właśnie na naturalności polega cały urok „Kawy czy herbaty?”. W redakcji panuje atmosfera sympatii i koleżeństwa. – Mam skłonność do przedłużania rozmów. Pewnego dnia zdesperowany kierownik produkcji wziął wędkę (długą tyczkę od mikrofonu) i przyczepił do niej kartkę z czasem rozmowy. Trzymał mi ją przed oczami – wspomina Jerzy Kisielewski.
Miły nastrój dociera nawet za ocean. Gdy w Polsce świta, za oceanem jest 12 w nocy. Jednak Polacy i tak oglądają. Ostatnio do „Kawy czy herbaty?” napisał nawet wierny widz. Włoch, zakochany w Polce, pilotce wycieczek, ogląda TV Polonia, by poduczyć się polskiego. Poprosił, żeby gorąco pozdrowić wybrankę w trakcie programu. – Normalnie tego nie robimy, ale tym razem zrobiliśmy wyjątek – śmieją się redaktorzy.
– Przez lata zmieniła się scenografia, ale nie zmienił się styl. Robimy to po to, by obudzić ludzi, przygotować ich do spraw, które mają załatwić tego dnia. Chcemy, by nadal tak było – zapewnia szefowa programu Halszka Wasilewska.


Tydzień ma pięć dni
Poniedziałek: Kawa? Tak, herbata też. Budzisz się rano i wiesz, czego chcesz.
Wtorek: Dla mamy, siostry, taty i brata najlepszy program… „Kawa czy herbata?”.
Środa: Kawa czy herbata? Herbata czy kawa? Bez względu na wybór wspaniała zabawa.
Czwartek: Program „Kawa czy herbata?” ogląda ta i tamta strona świata.
Piątek: Przez pięć dni tygodnia „Kawa czy herbata?”, najlepsza jest w piątek, tuż przed końcem lata.
(hasła wymyślili widzowie).


Każdy dzień jest inny
W każdy dzień tygodnia program prowadzi inna para prezenterów. W poniedziałki Magda Olszewska z Marcinem Zimochem, we wtorki – Anna Popek i Tadeusz Mosz, w środy – Agnieszka Rosłoniak i Piotr Gembarowski, w czwartek autorką programu jest Anna Pawłowska i prowadzi go wspólnie z Jerzym Kisielewskim. W piątki w domach widzów goszczą Iwona Schymalla i Paweł Pochwała.

 

Kategorie Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy