Tenor jajek nie pije

Tenor jajek nie pije

Kiedyś teatry operowe były świątyniami muzykowania, teraz artyści po prostu idą tam do pracy

Wiesław Ochman – tenor, malarz i reżyser operowy

Tenorzy zawsze byli w centrum uwagi publiczności, a kiedy pojawiły się koncerty trzech tenorów (Pavarottiego, Dominga i Carrerasa), zapotrzebowanie na tego typu imprezy wzrosło. Teraz organizuje się turnieje licznych tenorów. Cieszy to pana?
– Tak, jeśli takie turnieje łączy się z jakością głosu, z wrażliwością i rzetelnością w śpiewaniu tego, co się znajduje pod nutami, które napisał kompozytor. Wiadomo, że technika śpiewania w XVIII w. była inna niż w XXI w. Zasady ogólne są te same, ale w XVIII w. w operze nie śpiewano przez mikrofon, a teraz sale są nagłaśniane, bo mimo wspaniałych urządzeń technicznych akustyka wciąż jest niedoskonała. Czasem zdumienie budzi fakt, że np. w starożytnym amfiteatrze we francuskim Orange akustyka jest idealna i każdy z 6 tys. słuchaczy słyszy wszystko w dowolnym miejscu znakomicie, bo tam jest 100-metrowy mur wysokości 16 m. Rola tenorów w operze jest nadal bardzo ważna, ale w wielu wypadkach popularność zastąpiła jakość i właściwie to jest sprawą decydującą.

Kilku dobrych tenorów jeździ po kraju i śpiewa te same role operowe, inni nie mają takich szans i czasem się buntują. Może należałoby założyć związek zawodowy, który stałby na straży tenorowych interesów?
– Nie jest to dobry pomysł. By taki związek powstał, trzeba w statucie napisać, że tenor powinien śpiewać czysto, pięknie i przyzwoicie. Z tym byłby kłopot. Podejrzewam, że powstałby kanapowy związek zawodowy.

Może deficyty są powodowane niewłaściwą dietą i stylem życia? Kiedyś uważano, że dobry głos powinien przed występem wypijać kilka surowych jaj.
– Nie wydaje mi się, by picie surowych jajek było doskonałym sposobem na podreperowanie formy, bo istnieje obawa, że przełoży się to na głosy kur i kogutów wydobywające się z tenorowych gardeł. Tenor powinien prowadzić normalne życie, z wyjątkiem picia alkoholu i palenia papierosów. Choć i tu są wyjątki. Spotykałem na scenie śpiewaków występujących po alkoholu, a słynny Enrico Caruso namiętnie palił cygara. Trzeba też uważać, ile się je, bo np. Cavaradossi z wielkim brzuchem nie przekonuje, że mogła w nim się zakochać szczupła i piękna Tosca. Dobra kondycja fizyczna czyni amanta bardziej wiarygodnym, a właśnie tenorom twórcy oper powierzali role bohaterskich lub nieszczęśliwych kochanków.

Nie martwi pana stan polskiej piosenki? Nie miałby pan ochoty zapracować na popularność, śpiewając np. „Miłość ci wszystko wybaczy”? Mieczysław Fogg ma dzisiaj nawet skwer w Warszawie.
– Nagrałem tego typu piosenkę z Eleni i jest ona często oglądana na YouTube, dokonałem też rejestracji utworów Krzysztofa Logana Tomaszewskiego, ale nie czuję tęsknoty za piosenkami w stylu Miecia Fogga, którego znałem i byliśmy w przyjacielskich stosunkach. Chyba nie pociągałoby mnie wejście w taką przestrzeń, zwłaszcza że polska piosenka to nie jest już standard, który mógłby zadowolić człowieka więcej wymagającego od melodii i słów. Kiedy dziś wychodzi na scenę piosenkarka, często pokazuje wszystko z wyjątkiem talentu, a co zadziwiające, jeśli jej występ ma ileś odsłonięć czy lajków, uznaje się, że artystka jest gwiazdą. Dla mnie gwiazdy to German, Demarczyk, Santor, Kunicka, Rodowicz, Steczkowska, Górniak. Kiedyś jednak panie prezentowały sztukę śpiewu, a dziś jest to tylko towar. Podobnie dzieje się w teatrach operowych. Kiedyś to były świątynie wspólnego istnienia i muzykowania, teraz artyści po prostu idą tam do pracy.

Pan śpiewał w największych i najważniejszych teatrach operowych świata, a dziś pańskimi śladami podąża Piotr Beczała.
– Beczała ma znakomite wykształcenie wokalne i jest doskonale przygotowany do zawodu. Uczył się u świetnego pedagoga Jana Ballarina. Potrafi wyzyskać zalety wspaniałego głosu, w dodatku ma zdrowy dystans do tego, co robi i jak prowadzi swoją karierę, jaki wybiera repertuar. Jedyna rada, jaką mam dla niego, to niech śpiewa pięknie jak najdłużej.

Czy dyplom inżyniera pomaga w śpiewaniu i reżyserowaniu? Czy jako człowiek również świetnie malujący nie powinien pan także projektować scenografii i kostiumów do swoich spektakli?
– Może powinienem, ale do tej pory w oferowanych mi przedstawieniach miałem do czynienia ze scenografami najwyższej, międzynarodowej klasy. Dekoracje do moich przedstawień przygotowywali Jerzy Duda-Gracz, Jadwiga Maria Jarosiewicz, Jan Polewka, Allan Rzepka, Jan Bernaś. Ich znakomite prace były związane z moim widzeniem całości spektaklu. Zresztą inaczej być nie może – opera to wysiłek wielu osób. Reżyser sam tego nie zrobi. Mój dyplom Akademii Górniczo-Hutniczej nigdy mi nie przeszkadzał, nawet bardzo pomagał. Zdarzało się, że gdy realizacja przedstawienia wymagała większego wysiłku, a brygadier sceny rutynowo oceniał, że czegoś nie da się zrobić, robiłem rysunek techniczny dokładnie tłumaczący zagadnienie. Kiedyś na odchodnym usłyszałem pytanie: skąd on to wie, przecież to tenor? Ale kolega go zaraz poprawił, mówiąc, że to tenor, który skończył AGH w Krakowie. A w ogóle tytuł magistra inżyniera pozwala mi zachować dystans do tego, co się robi w sztuce.

Dał się pan poznać także jako organizator akcji charytatywnych, z których dochód przeznaczano na cele ważne dla polskiej kultury, również za granicą – mowa o sfinansowaniu remontu Muzeum Mickiewicza w Wilnie. Czy tytuł: tenor patriota byłby dobry do pańskiej kolekcji nagród i wyróżnień?
– Nie. To byłaby plakietka, a sądzę, że nie trzeba uzewnętrzniać swoich uczuć za pomocą manifestacji. Nigdy na świecie nie ukrywałem, że jestem Polakiem, i zawsze wracałem do kraju, choć w trudnych czasach mogłem z powodzeniem zostać za granicą. Patriotyzm podobnie jak wiara są osobistym przekonaniem i mówią, jak człowiek powinien się zachowywać w danych sytuacjach. Działalność charytatywna to rozmowa z własnym sumieniem. Nie bardzo tym się chwalę w mediach, bo to niemal prywatna sprawa. Robiłem aukcję dzieł sztuki dla dobra polskiej kultury, nie zastanawiając się nad tym, czy to dotrze do opinii publicznej. Nagrodą za taką pracę był jej wynik, chociaż dzięki takiej działalności nawet nazwano moim imieniem rondo w Zawierciu. Kiedy dzięki zebranym finansom odrestaurowano Muzeum Mickiewicza w Wilnie, to jego dyrektor Rimantas Šalna zwrócił uwagę, że przydałoby się jeszcze mieszkanie dla dozorcy tej placówki. Poszliśmy z konsulem Lipką-Chudzikiem do dozorcy, a on śpiewną polszczyzną wileńską powiedział: „Dobrodzieju, zrób coś, by ja się stąd wyprowadził, bo tu ani się napić, ani pospać, bo tu ciągle wycieczków i wycieczków”.

Pochodzi pan ze śpiewającej rodziny?
– Mama dużo śpiewała, nie zawodowo, ale dla przyjemności. Dzięki niej poznałem w wieku czterech-pięciu lat operę „Straszny dwór”, bo mama śpiewała najważniejsze fragmenty, z arią Skołuby włącznie. Mój brat też bardzo ładnie śpiewał, a obecnie nasz wnuk Krystian studiuje w Akademii Muzycznej w Katowicach u znakomitego pedagoga Jana Ballarina – tego od Beczały. I co mnie szczególnie cieszy, chociaż też niepokoi, wnuk jest tenorem.


Wiesław Ochman to jeden z najwybitniejszych polskich śpiewaków operowych, który już kilka lat po debiucie rozpoczął karierę międzynarodową. Regularnie występował na największych scenach operowych i estradach świata, m.in. w mediolańskiej La Scali, Metropolitan Opera w Nowym Jorku, operach w Barcelonie, Berlinie, Buenos Aires, Madrycie, Moskwie, Paryżu, Rzymie, Sewilli czy Wiedniu.

5 czerwca będzie gościem i bohaterem ostatniego w tym sezonie spotkania z cyklu Kod Mistrzów w Teatrze Groteska w Krakowie. Podczas spotkania szerzej przedstawi wspomnienia związane z Krakowem i opowie o doświadczeniach artysty, pedagoga, filantropa, a także… malarza. Szczegóły: www.groteska.pl.

Wydanie: 23/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy