To już nie jest żart

To już nie jest żart

Podobno teraz Episkopat będzie się zajmował bezrobociem w skali ogólnej, no zobaczymy, co się tam wymyśli

Adam Małysz właśnie przestał fruwać po skoczniach i udał się na zasłużone wakacje, mnie załadowano do szpitala i w tej sytuacji człowiek ma ochotę zadawać sobie pytania nieco abstrakcyjne. Na przykład, w jakiej właściwie kondycji jest Rzeczpospolita Polska? Kondycji znaczy się psychicznej, bo o gospodarczej wszyscy wszystko wiedzą.
To, co się ostatnio wydarzyło, raczej kiepsko rokuje. Zaskoczyła Polaków sprawa mordu w Jedwabnem i mordu w okolicach, bo to jest całe zagłębie mordów w województwie łomżyńskim. To szczególny teren, jednocześnie wielkiej nędzy i wielkich triumfów Stronnictwa Narodowego. Sprawa została wywołana od razu na najwyższym diapazonie. Potrzebne byłoby pojednanie, pogodzenie, przebaczenie. Ferowała o tym “Gazeta Wyborcza”, choć Adam Michnik w dość zresztą wzruszającym artykule wyznał sam, że właściwie nie wie, co z tym zrobić, bo poczuwa się do solidarności z każdą ze stron. Ale tak naprawdę, po co nam właściwie organizowanie pojednań, przebaczeń, wspólnych nabożeństw, modlitw, chodzenia w kółko przed ołtarzami. Kto sobie wyobraża, że może nastąpić pojednanie inaczej niż z upływem czasu? Wyłącznie czas może spowodować jakąkolwiek autentyczną

zmianę w nastawieniach ludzi.

Myślę, że od dziś za trzy pokolenia z tej problematyki nie pozostanie nic poza podręcznikami historii. Mam nadzieję, że wtedy podręczniki historii będą pisane uczciwiej niż to, co obecnie wypisuje prof. Tomasz Strzembosz i jemu podobni, ale tak czy inaczej ta sprawa musi wyschnąć z czasem. Tymczasem jedni chcą się jednać, a drudzy szczują (Jan Tomasz Gross miałby być podobno sądzony za znieważenie narodu). Kuracja czasem, swoją drogą, ale teraz sprawa narobiła oczywiście bardzo dużo złego w samopoczuciu Polaków, bo to nie jest tak przyjemnie nagle się dowiedzieć, że myśmy też mordowali. Kraj, który był przecież przyzwyczajony, że to on zawsze był ofiarą. Ofiary są zawsze szlachetne i zawsze niesłuszni, źle pokrzywdzone i oto nagle dowiadują się, że bywało inaczej. Czy z tego ciosu można wyjść inaczej niż przez owe trzy pokolenia oczekiwań? W pewnym sensie można. Trzeba przepatrzeć własną samoocenę i to właśnie intelektualiści winni są swemu społeczeństwu. To się oczywiście łatwo mówi. Mnie tutaj, to znaczy w szpitalnym łóżku, jednej nocy śniły się te dzieciaki w Jedwabnem, pędzone przez Anioła Śmierci do płonącej stodoły: piekło czeka na najmniej winnych.
Teraz przejdźmy do spraw bliższych codzienności.
Biskup Damian Zimoń, którego osobiście cenię, bo jest to jeden z niewielu proletariackich biskupów w Polsce, wygłosił cały tekst na temat walki z bezrobociem. Tekst ten był zdumiewający, ponieważ pokazywał, że od czasów Korfantego

biskup Zimoń nie nauczył się

niczego, jeśli chodzi o zagadnienia socjalne. Jest to ta sama stara chadecja jeszcze sprzed I wojny światowej, to wszystko, jak wiadomo, nazywa się katolicką nauką społeczną, co oznacza – wszystko i nic, i wynika z tego, że, aby polepszyć sprawę bezrobotnych, związkowcy muszą ustąpić ze swego. Otóż jest to jedno z najbardziej perfidnych kłamstw, które krąży w polskim myśleniu społecznym. Że to związkowcy są winni temu, że jest tak wielu bezrobotnych. Jak byście się z bezrobotnym podzielili pracą, to byłoby mniej bezrobotnych, jakbyście odstąpili od swoich przywilejów, to znaczy uprawnień, któreście wywalczyli przez 150 lat walki klasowej, to wtedy będzie łatwiej znaleźć pracę.
To jest nieprawda. To jest nieprawda, ponieważ pracodawcy ustępują, idą na kompromis, ułatwiają życie pracownikom wyłącznie pod naciskiem. Nie ma żadnych innych przykładów. A jest jeszcze druga sprawa. Podobno teraz Episkopat będzie się zajmował bezrobociem w skali ogólnej, no zobaczymy, co się tam wymyśli. Od prof. Rycharda dowiedziałem się tymczasem, że on ma już niejasne wątpliwości, czy SLD nie doszedł do apogeum swojej popularności i czy wkrótce nie będzie musiał zacząć zastanawiać się, co to znaczy być Sojuszem Lewicy Demokratycznej w latach dwutysięcznych. Prof. Rychard ma taki sposób wysławiania się, że on ma zawsze niejasne wątpliwości wtedy, gdy wszyscy już wiedzą na pewno. Więc to przypuszczam taka figura stylistyczna, ale oczywiście ma rację. SLD będzie musiał zastanawiać się, co to znaczy być Sojuszem Lewicy Demokratycznej w latach dwutysięcznych. Wszystkie inne partie próbowały się zastanawiać, co to znaczy być tym, czym są; tym, czym chciały być. I o ile mi wiadomo, żadnej z nich to nie wyszło.

Jesteśmy na rumowisku partii,

które się rozlatują i rozleciały. Czy SLD też to czeka? Myślę, że jej się uda przetrwać, pod warunkiem że jądrem myślenia tej partii będzie uporządkowanie stanu spraw w Polsce, gdzie efektem 11 lat transformacji jest dżungla społeczna. To nie jest bardzo wielki postulat, nie sięga bardzo głęboko, ale jest on absolutnie nieodzowny. To nie chodzi o zorganizowanie władzy dla kogoś, w czyimś interesie. To chodzi o zorganizowanie państwa dla wszystkich. I zapewnienie tej strukturze państwowej odpowiedniej siły, bo ona będzie w nadchodzących latach narażona na niejeden cios, niejeden ciężar. Samo wstępowanie do Unii Europejskiej to będzie ładowanie państwu polskiemu ciężkich ładunków na plecy. Można uważać, i nie bez sensu, że jest to nieuchronne, że tak trzeba, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że to będzie kosztować, że to będzie ciężki proces. To państwo nie może się pod tym procesem załamywać. A przecież my już dzisiaj obserwujemy, jak pod ciężarem otwartych bram na świat załamują się struktury moralne w Polsce i zewsząd prześwieca korupcja. A zatem SLD ma przed sobą bardzo duże zadanie. I być może, że prof. Rychard ma rację, iż mówi – tak to się kończy ten szczyt popularności. Ale myślę, że jednak wystarczy tego szczytu popularności do wyborów we wrześniu i że mimo wszystko SLD z Unią Pracy dojdą do władzy, ponieważ jak się tak patrzy na polską sytuację, to jest jedyna szansa tego kraju w tej chwili. I to już nie jest żart.

Wydanie: 15/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy