Inflacja z nami zostanie

Inflacja z nami zostanie

Przyczyny inflacji są głównie zewnętrzne, ale zaniedbania rządzących zwiększają jej negatywne skutki społeczne

Czy galopująca inflacja to wina rządu PiS? Czy zje nasze pensje, czy premier Morawiecki ze swoją tarczą inflacyjną je obroni? Żeby odpowiedzieć na te pytania, trzeba spojrzeć trochę szerzej niż tylko na własne podwórko i ostatnie pięć lat polskiej polityki.

W minionych miesiącach czołowi politycy częściej samodzielnie robili zakupy niż przez kilka wcześniejszych lat. Wszystko po to, by pokazać wyborcom, że ich dochody także zżera „galopująca inflacja”. „Drożyzna”, obok „długu” i „danin”, to największe przewiny rządu Mateusza Morawieckiego według Donalda Tuska. Większość liberalnych dziennikarzy ekonomicznych podkreśla odpowiedzialność Rady Polityki Pieniężnej i jej przewodniczącego – prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego. Już w październiku trójka byłych prezesów NBP: Leszek Balcerowicz, Marek Belka i Hanna Gronkiewicz-Waltz, wraz z innymi ekonomistami podpisała się pod listem otwartym wskazującym, że zwłoka RPP w podnoszeniu stóp procentowych jest łamaniem ustawy o NBP i polskiej konstytucji.

Jednak o ile inflacja jest faktycznie dość wysoka – w listopadzie według GUS wyniosła aż 7,7% – o tyle działania Morawieckiego i zaniedbania Glapińskiego wcale nie są podstawowym tego powodem.

Drożyzna na całym świecie

Inflacja jest najwyższa od ponad 20 lat, ale problem ten nie dotyczy jedynie Polski. W Niemczech i Stanach Zjednoczonych tak wysokiej inflacji (odpowiednio 5,2% i 6,2% w październiku 2021 r.) nie widziano od ok. 30 lat. W strefie euro również dobija ona do 5%, czego nie doświadczano od początku lat 90. XX w.

Głównym składnikiem rosnącej inflacji, w Polsce i na świecie, są podwyżki cen energii i paliw. Ceny paliw przez rok skoczyły aż o 36,6%, ceny energii wzrosły o 13,4%, jeszcze szybszy – ponad 16% – jest wzrost cen gazu. Przyczyn takiej sytuacji należy szukać zarówno we wzroście zapotrzebowania na energię i paliwa gospodarek wychodzących z lockdownów, a także ograniczonym wydobyciu, jak i w działaniach spekulacyjnych. Swoją rolę odgrywają eksporterzy tacy jak Rosja (gaz ziemny) czy państwa wydobywające ropę naftową, mające swoje interesy.

Wskaźnik inflacji podawany przez Główny Urząd Statystyczny odnosi się do średniej cen koszyka dóbr. Najważniejsza kategoria w tym koszyku to żywność i napoje bezalkoholowe, stanowiące ok. 27% wydatków konsumpcyjnych przeciętnego polskiego gospodarstwa domowego. I chociaż ceny żywności też rosną, to wolniej niż ogólny wskaźnik inflacji – w listopadzie wzrost ten wyniósł 6,4% rok do roku. Znacząco drożeją niektóre warzywa, takie jak kapusta (o 53%), ziemniaki (o 34%) czy cebula (27%). Wzrosły ponadto ceny oleju rzepakowego (z ok. 4-6 zł do nawet 10 zł). Ceny 10 jajek w ciągu kilku dni we wrześniu wzrosły z niecałych 6 zł do 7,50 zł.

Istotny jest tutaj wpływ czynników sezonowych, ale kluczowe i długotrwałe skutki wiążą się z globalnymi zmianami klimatycznymi prowadzącymi do częstszych i powracających susz i powodzi. Te zmiany będą postępować, więc do drożejących płodów rolnych musimy się przyzwyczaić. Niestety, sytuację pogarszają działania eksporterów gazu (Rosja) czy fosforanów (Chiny). Państwa te wykorzystują swoją monopolistyczną pozycję i przez zawyżanie ceny surowców wpływają na znaczący wzrost cen nawozów, niezbędnych do uprawy roślin. Wysokie ceny w sklepach nie oznaczają jednak koniecznie wysokich cen skupu, na co zwraca regularnie uwagę choćby Agrounia. Z sytuacji korzystają bowiem kolejni duzi gracze, czyli wielkie sieci handlowe, narzucające wysokie marże kosztem rolników i klientów.

Trzecią istotną przyczyną rosnących cen są naruszone lub zerwane łańcuchy dostaw. Pandemia COVID-19 wymusiła wyłączanie przez rządy całych sektorów globalnej gospodarki, co wpłynęło na ograniczenie produkcji wielu ważnych półproduktów. Szczególnie wyraźnie widać to w ogromnym niedoborze mikroprocesorów, wytwarzanych przez firmy mające fabryki głównie w Azji. Ten niedobór wywołał kryzys w globalnej produkcji zarówno samochodów, jak i sprzętu RTV i AGD. Przy rosnącym popycie i ograniczeniach podaży wzrost cen jest nieunikniony. Co więcej, poza inflacją występuje tu dodatkowy problem – wiele firm produkcyjnych, m.in. w Polsce, decyduje się na zwalnianie istotnej części pracowników.

Brakuje nie tylko mikroprocesorów, ale także wolnych statków i kontenerów, co powoduje ogromny wzrost cen transportu morskiego, szczególnie z portów azjatyckich do europejskich. Lockdowny w Europie i Ameryce Północnej uniemożliwiały wydawanie pieniędzy na miejscowe usługi i zwiększyły wydatki na towary importowane. Za rosnącym popytem nie nastąpiła możliwość odpowiedniego zwiększenia transportu – wręcz przeciwnie, ograniczyły go zatory komunikacyjne i dłuższy czas użytkowania kontenera. Potrzeba zatem znacznie więcej kontenerów, a ich produkcja, zamiast rosnąć, spadła w trakcie pandemii i wolno wraca do stanu sprzed niej.

Polskie błędy i zaniedbania

Szalejące ceny energii i paliw na rynkach światowych, zmiany klimatyczne, zerwane łańcuchy dostaw i kosmiczne koszty transportu morskiego – to główne globalne przyczyny wysokiej inflacji. Czy to oznacza, że odpowiedzialność za wysokie ceny leży całkowicie poza naszymi granicami? Nie do końca, ale rozciąga się nie tylko na aktualnie rządzących, obciąża bowiem konto wszystkich decydentów niemal od początku transformacji.


Dr Maciej Szlinder jest filozofem, socjologiem i ekonomistą, prezesem Polskiej Sieci Dochodu Podstawowego, członkiem Zarządu Krajowego partii Razem, redaktorem pisma „Praktyka Teoretyczna”


Fot. East News

Wydanie: 51/2021

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy