Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

Nie zdążyłem jeszcze dobrze opuścić hali przylotów na Okęciu, a już czekał na mnie „duet śmierci” z PZPS: Wspaniały i Witek Roman. „Andrzej, jutro jest Wydział Szkolenia PZPS i chcemy, żebyś się na nim pojawił. Mamy sporo do wyjaśnienia i ustalenia”, powiedzieli. Nie zamierzałem dyskutować. Oczywiście potwierdziłem, że się stawię, i pojechałem do hotelu, bo czułem się fatalnie. Moje samopoczucie wynikało głownie stąd, że od tygodnia nie miałem już tabletek na nadciśnienie. (…)

W NOCY POCZUŁEM SIĘ tragicznie. Przeszło mi przez myśl, że powoli kończy się moja misja na Ziemi… Zdołałem zadzwonić do prywatnego lekarza, który od jakiegoś czasu się mną zajmował. Przyjechał do mnie najszybciej, jak mógł, zabrał do swojego domu w Konstancinie, zbadał. Gdy zobaczył ciśnienie (220 na 180), to aż złapał się za głowę. Podał mi lekarstwa i powiedział: „Oddaj mi telefon komórkowy. Przez kilka dni leżysz u mnie w domu, nigdzie nie dzwonisz, nic nie załatwiasz, nie włączasz nawet telewizora. Pełen relaks i spokój. W przeciwnym razie możesz się przekręcić”. „Okej – zgodziłem się, bo na drugi świat jeszcze się nie wybierałem. – Muszę jednak wykonać tylko jeden telefon”. „Teraz? W nocy?”, zdziwił się. Jednak pozwolił. Bez chwili namysłu Zadzwoniłem do Wspaniałego. Z perspektywy czasu już wiem – to był jeden z największych błędów w moim życiu. (…) Sam wepchałem się w ręce tego człowieka. Wyjaśniłem mu, że jestem poważnie chory, że muszę kilka dni poleżeć i że gdy tylko wyzdrowieję, to zawitam do związku. Wspaniały wysłuchał, przyznał mi rację, powiedział: „Nie ma sprawy, zdrowie najważniejsze”. (…)

Nie mam pojęcia, czy Wspaniały kogokolwiek poinformował o naszej rozmowie. Fakt jest jednak taki, że dziennikarze pisali, iż Niemczyk pewnie gdzieś zapił, a PZPS nie wziął mnie w obronę. Oficjalnie zaginąłem, choć byłem poinformowany o spot­kaniu zarządu. Najprawdopodobniej więc specjalnie zaszyłem się przed całym światem, aby tylko nie rozmawiać na temat mojej pracy w kadrze narodowej. (…)

Zgodnie z deklaracją, którą złożyłem Wspaniałemu podczas naszej nocnej rozmowy telefonicznej, stawiłem się w związku na prezydium zarządu. Wiedziałem już wtedy o doniesieniach medialnych. W sali pełnej najważniejszych ludzi w polskiej siatkówce doszło do bardzo ostrej wymiany zdań między mną a Wspaniałym. W końcu usłyszałem, że problemem jest… nadużywanie przeze mnie alkoholu.

Ręce mi opadły. Rzeczywiście, zawsze otwarcie mówiłem o mojej miłości do whisky, ale właśnie dlatego, aby uniknąć domysłów i podobnych scen. A teraz mnie tym załatwiono. (…) „Do tej pory nie przeszkadzało wam, że piję alkohol. Wiecie też, że oddzielam picie od roboty i nigdy nie przychodzę do pracy pod wpływem. Do tej pory…”, wydusiłem bardzo powoli, aby każdy z siedzących w sali miał czas na przemyślenie sprawy.

Moja sytuacja była przesądzona jeszcze zanim pojawiłem się w sali, więc dalsza dyskusja nie miała sensu. Ustaliliśmy, że dojdzie do rozwiązania kontraktu na moją prośbę (co za bezsens!). Tuż przed opuszczeniem tego sądu kapturowego rzuciłem do zgromadzonych: „Prawda jest taka, że to nie ja was potrzebuję, ale wy mnie. Mam nadzieję, że w końcu do was to dotrze”. (…)

Jako bezrobotny poszedłem do szpitala, aby w końcu doprowadzić się do stanu używalności. Codziennie dzwonił do mnie Irek Kłos i prosił o radę. Rozmawialiśmy po kilkadziesiąt minut, czasem i ponad godzinę. Ja pomagałem mu w ustaleniu planu treningu na kolejny dzień, on informował mnie o wynikach badań wydolnościowych, obaj zastanawialiśmy się nad taktyką. W końcu za kilka tygodni moje byłe zawodniczki czekała największa impreza w ich dotychczasowej karierze.

KIEDY DZIEWUCHY fajnie zagrały na turnieju kwalifikacyjnym do World Grand Prix w Bułgarii, tuż przed mundialem, Irek poczuł się mocny. Postanowił więc odciąć pępowinę. Zadzwonił do mnie do szpitala, podziękował za rady i zadeklarował, że od tego momentu sam poprowadzi reprezentację. Ostrzegłem go, że jeszcze jest na to za wcześnie. Nie miałem nic przeciwko, aby kontaktował się ze mną podczas mundialu. Wspólnie poprowadzilibyśmy dziewczyny do medalu mistrzostw świata. Nic z tego – powiedział, że to on jest selekcjonerem i on bierze odpowiedzialność za wynik. Cóż, jego wybór.

Ze smutkiem obserwowałem mundial w telewizji. Tam naprawdę była wielka szansa na medal! W czołowej czwórce znalazły się Serbki, które przecież regularnie ogrywałem. Były też Włoszki i Rosjanki, które pokonaliśmy rok wcześniej w Zagrzebiu. Gdyby jednak nie kłótnia z Gośką, mogliśmy przywieźć do kraju medal, po 44 latach przerwy. (…)

Strony: 1 2 3

Wydanie: 2/2016

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy