Triada podwórkowa

Triada podwórkowa

Ma być młodo, wesoło i bogato. A z bólem i smutkiem jakoś nikt nie chce się spotykać


Krzysztof Majchrzak – aktor filmowy i teatralny, zagrał w ponad 90 filmach fabularnych, ponad 40 sztukach teatralnych. Doktor sztuki, pedagog w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza. Także znakomity muzyk. Niedawno otrzymał Złotego Anioła, nagrodę specjalną Tofifest, 19. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toruniu, dla wybitnego artysty kina europejskiego za „twórczą niepokorność”.


 

Jak ci minął rok pandemiczny, czy jakoś cię odmienił?
– Nie. Zawsze mamy jakiś covid, ptasią grypę albo afrykański pomór świń. A tak w ogóle myślę, że w ludziach od dawna zachodzi jakaś negatywna zmiana. I to z zupełnie innego powodu. Oto homo sapiens zamienił się w homo tabletus. I małolaty, i starzy nieustannie patrzą w szkło swoich tabletów, smartfonów i komputerów. Rozmawiając z bliskimi, patrzą w ekran! Dotyka nas atrofia międzyludzkiej bliskości. Ten nowy gatunek człowieka – homo tabletus – wyznaje maksymę, którą kiedyś wygłosił mój przyjaciel: „Wszyscy myślą tylko o sobie i o sobie, tylko ja jeden myślę o mnie”. Ta gruntowna zmiana nastąpiła chyba z powodu dynamicznego rozwoju tzw. środków komunikacji elektronicznej. Jej istotę najlepiej określił Stanisław Lem: „Gdyby nie Internet, nie wiedziałbym, że na świecie żyje jednocześnie tylu idiotów”. Oto banda influencerów i influencerek usiłuje błyskawicznie zrobić światową karierę i z pozycji guru decydować o ludzkim losie. Tak więc zmienił się Świat, zmieniło się podejście Człowieka do Człowieka. I nie ma to nic wspólnego z tzw. grą pokoleń! Zmieniła się po prostu istota kontaktów międzyludzkich. A covid czy czarna ospa to tylko czynniki towarzyszące!

Cały ten czas pracowałeś ze swoimi studentami aktorstwa warszawskiej Akademii Teatralnej.
– Staraliśmy się – tak jak zresztą wszyscy – w miarę możności nie gasić intensywności pracy. Ale nie w tym rzecz! Studenci, których spotykam, to też w olbrzymiej większości homo tabletus. Nawiasem mówiąc, niektórzy są tą chorobą dotknięci śmiertelnie, a niektórzy jedynie pobieżnie. Tak czy inaczej, często nie są w stanie stawić czoła temu, co niesie Życie! Oto mamy, jak powiedział jeden z moich ulubionych filozofów, „cztery dane egzystencji”: upływ czasu wraz z perspektywą śmierci, nasza ostateczna egzystencjalna samotność podczas ziemskiej wędrówki, brak jednoznacznie narzucającego się sensu życia i wreszcie absolutna wolność i odpowiedzialność za kształtowanie własnego losu. I tego ostatniego, paradoksalnie jedynego optymistycznego składnika tzw. danych egzystencji, człowiek boi się najbardziej! Po prostu nie chce podjąć odpowiedzialności za samego siebie! I na tym właśnie strachu budują swoją karierę influencerzy, pozbawiając człowieka naturalnych mechanizmów rozpoznania tzw. prozy życia, szerząc toksyczny kult powodzenia, sławy, nieustającego zdrowia i bogactwa! A smutek? Zostaje osierocony, choć dawniej był po prostu składową życia. Dlatego w kontakcie ze studentami zależy mi po prostu na ukształtowaniu w nich postawy świadomego rzeczywistości Człowieka, bo to jedynie zapewnia uczciwość porozumienia artysty z tzw. odbiorcą.

Do smutku dorzucę ból, o którym mówiłeś podczas 67. OKFA w Koninie.
– Bo niektóre małolaty przedstawiają siebie jako nieszczęśliwych buntowników, myśląc, że za ścianą mieszka nadzwyczaj szczęśliwy sąsiad. Nie rozumieją tego, że substancja bólu jest wpisana w samą naturę życia. I oto mamy konsumpcyjny charakter podejścia do ludzkiego losu. Ma być młodo, wesoło i bogato. A z bólem i smutkiem jakoś nikt nie chce się spotykać. W tej konsumpcjonistycznej rzeczywistości nikt po prostu nie wyraża zgody na to, żeby było smutno. Bo smutno – znaczy źle! I tak oto smutek przestaje być immanentną częścią rzeczywistości.

Kogo odnajdują w tobie twoi studenci? Mistrza? Przewodnika?
– Mam nadzieję, że kumpla z piaskownicy. Choć nie lubię „poklepywania się po plecach” ze studentami. Nie mam specjalnej ambicji, aby być mistrzem, co więcej, nie czuję się czasem wobec nich żadnym pedagogiem. Czuję się człowiekiem, który chce wspólnie odkrywać nowe rzeczy. Nie lubię też słów mistrz i uczeń. I nie boję się ognistych sporów. Moje podejście do natury sporu jest takie, jakie mają ludzie o duchowości wschodniej. Z argumentów, z kontrargumentów chcę wywieść korzyść, a nie wygraną za wszelką cenę! I to nawet wtedy, gdy na stole pojawi się jedynie protokół rozbieżności.

Zwraca uwagę twoja uważność na rozmówcę.
– Bo staram się nie zabijać w sobie Małego Dzieciaka. A ten dzieciak ma cieszyć się życiem i dziwić na okrągło. Czasami przynosi to łzy i płacz, a czasami – bezkresną radość. Ale jak mówi jedna ze wschodnich myśli: połóż się jak jęczące jagnię, żeby wstać jak ryczący tygrys. Więc często kładę się jak jęczące jagnię i nie udaję tygrysa, ale jak wstanę, będzie naprawdę brzydko. Po prostu przyznaję się do porażki. Owo przyznawanie się do porażki jest także istotą mojego kontaktu ze studentami. Intryguje mnie przenikliwość, wgląd, mindfulness. Więc staram się mieć wgląd, prostotę spojrzenia dziecka. Brzmi to może nieco naiwnie, ale naiwne nie jest, ponieważ tylko dziecko ma umiejętność dostrzegania świeżych impulsów życia. A my zbyt często mówimy dzieciom: „Kiedy ty wreszcie dorośniesz?!”. Odpowiedź brzmi: „Nigdy!”. Chociaż cały świat zdaje się trąbić im do ucha: „Pozbądź się świeżości, wejdź w tragicznie układowy świat dorosłych!”.

Ten świat to także polityka i jej skutki w postaci podziałów, baniek.
– Tak zwany artysta (przez duże czy małe a) ma jeden jedyny obowiązek: opowiadać o charakterze wędrówki człowieka przez świat. A stawanie po jakiejś konkretnej stronie politycznego sporu po prostu niszczy szansę na zaistnienie takiego komunikatu. Niedawno byłem jurorem na Festiwalu Sztuki Reżyserskiej w Katowicach. Oglądając spektakle, zauważyłem, że prawie wszystkie wykazują znamiona zakażenia pewną chorobą weneryczną, którą nazwałem „bieżączka”. To materiał do pism satyrycznych i do kabaretów, a nie do teatru.

W jaki sposób budujesz swój spokój, co daje ci siłę?
– Po prostu ruch. Kiedy miałem osiem lat, zobaczyłem na szkolnym korytarzu podstawówki muzycznej portrety Bacha, Schuberta i Chopina, które mnie tak przeraziły, że zacząłem się bać, że jeśli będę się uczył muzyki, tak właśnie będę wyglądał! A ja chciałem być podobny do Winnetou, więc w tajemnicy przed rodzicami zapisałem się do klubu na boks i ciężary. Jednocześnie grałem na fortepianie…

Przeraziły cię?
– Przeraziło mnie, że będę wyglądał jak Schubert z trzema podbródkami, jak gruby Bach w groteskowej peruce albo jak Fryderyk, chudy, z jabłkiem Adama, z włoskami uciętymi „na pazia”. Nie kojarzyłem ich z genialnością ich muzyki, po prostu bałem się ich wyglądu.

Ruch jest podstawowym lekarstwem człowieka. Bez ruchu istota ludzka umiera. Także procesy myślowe są uzależnione od ruchu. Bardzo dobrze rozumie to Wschód, z kendo, karate, jogą. Niebywałą siłę daje mi także znalezienie relacji dialogicznej, jak chcą Levinas i Buber: z trawą, z drzewem, z zakolem rzeki. Z tym wszystkim możesz toczyć dialog! No i oczywiście nie staraj się być ustawicznie „najmądrzejszym we wsi”.

Słuchać, nie być „najmądrzejszym we wsi” to nieczęsta postawa.
– Tak jak mówisz, nieczęsta. Niestety, również w Akademii Teatralnej, gdzie jest potrzebna aktorom jak tlen. Zastanówmy się… na czym polega tzw. intensywne bycie aktora? Jest ono po prostu wypadkową uważnego kontaktu z Drugim. Bo dzięki czemu istniejemy? Dzięki sobie wzajemnie. Tylko tyle i aż tyle. Wiesz, że studenci nie chcą w to uwierzyć? Boją się, że jeśli poświęcą się Całości, kosmosowi istnienia drugiej osoby, to będzie ich sto razy mniej! Wolą grać, grać i jeszcze raz grać! Nawet będą grać, że słuchają. To jest straszne. Nie umieją słuchać, a więc nie umieją być! Umieją jedynie grać. „Jak się, profesorze, podobało?”. Odpowiadam: wygłupiasz się i „świrujesz kozę w rajtuzach”. Mylisz bycie z graniem, mylisz czarne z białym. Co mnie obchodzi twoja piątka minus z robienia min! Człowieka na widowni nie oszukasz, będzie patrzył na ciebie jak na idiotę!

Zresztą David Lynch powiedział: wystarczająco to genialnie, a genialnie to wystarczająco. I to wszystko. Ale, niestety, nie chcą w to uwierzyć.

Na pewno nie wszyscy.
– Niektórzy to rozumieją i chcą robić ze mną swoje prywatne projekty. Zgłaszamy je do dziekanatu i robimy coś poza zajęciami, coś „offowego”, co sprawia, że czas jakby przestaje istnieć…

Masz specyficzne podejście do czasu.
– To prawda. Nie orientuję się w objętości sekundy, godziny, chwili. Liczy się dla mnie jedynie to, odkąd mam wykupiony karnet na narty czy też kiedy startuje samolot. Jeżeli nie mam do czynienia z taką sytuacją, to każda chwila jest dla mnie podobna do wieczności, a wieczność staje się chwilą. Zauważyłem, że tego typu podejście do czasu mają dzieciaki. Ludzie mi mówią: „To było 15 lat temu”, a ja pamiętam, jakby to było w zeszłym tygodniu! Powinniśmy pozbyć się obiektywnego poczucia czasu. Niech ono właśnie będzie skrajnie subiektywne. Niech będzie namiętne, naiwne. Jestem za totalnym dekonstruowaniem czynnika czasu.

Czy dzielisz swoje życie na jakieś fazy, momenty?
– Nie, po prostu obracam w dłoniach każdą chwilkę, niczym drogi kamień, który nawlekam na sznurek; mówię: „Teraz tu posiedzę, bo te wiewiórki po tym drzewie tak latają”. No i schodzi mi czasem na to dwie godziny, czasem noc. I to jest właśnie obracanie w palcach każdej chwili. Wtedy czujesz, że żyjesz, a nie że wypełniasz jakiś „czasowy program”.

Jesteś uważny wobec ludzi, ale czy lubisz z nimi rozmawiać?
– Bardzo… Uwielbiam… A rozmawiać – znaczy słuchać. Rozmawiać to nie to samo, co w kółko mówić. To jest nieustanna gra słuchania i odpowiedzi. I nie musimy koniecznie dojść do porozumienia, ale ten zaczyn sporu między nami, jeśli potraktować go poważnie, będzie w nas pracował. Tak więc: „Przemyślę twój punkt widzenia i za kilka dni podniosę się jak ryczący tygrys, rozwinę się”. Na tym właśnie polega rozwój. Za to natychmiast przerywam rozmowę, jeżeli ktoś „wieszczy”, bo czuję, że tego kogoś po prostu nie interesuje Drugi Człowiek.

Czy chodzi także o szacunek?
– Tak, o zwykły szacunek. Na podwórku, które od najmłodszych lat jest mi bliskie, jeśli nie szanujesz Drugiego – dostajesz w japę! Zresztą moją pierwszą „lekcję etyki” przeżyłem właśnie na podwórku, mając dziewięć i pół roku. Do Łodzi przychodziły wtedy maszyny z Manchesteru, przywożone w takich jakby „kioskach” z pięknego, jasnego drewna. Na moim podwórku przy Piotrkowskiej tych „kiosków” były dziesiątki, ustawione jeden na drugim, a myśmy budowali drabiny i łazili jak po jaskiniach, na różnych poziomach. Tam się bawiliśmy, czasem ktoś spadł… Pewnego dnia do takiego właśnie kiosku wezwał mnie nasz „herszt”. Odkorkował butelkę wódki, postawił na skrzynce dwie szklanki po 250 gramów, wypełnił je wódką – 40-procentowym alkoholem z czerwoną kartką – i powiedział: „Wypijmy”. Pierwszy raz w życiu piłem alkohol, ale chciałem być dzielny i wypiłem całą szklankę duszkiem. Poczułem, że umieram. A on mówi: „Napiliśmy się i słuchaj, ty jesteś fajny chłopak, ja cię lubię, ale nie pożyjesz długo, matka będzie płakać po tobie. Bo ty, kurwa, jesteś taki diabełek… Inteligentny, cwany i tak dokuczasz ludziom, że chłopaki się na ciebie szykują”. Byłem przerażony: „To co mam robić?”. A on, podkładając mi potężną pięść pod nos, wyliczał kolejno na palcach: „Pamiętaj, że na ulicy nie żartuje się, po pierwsze – z wyglądu, po drugie – z nazwiska, po trzecie – z wiary. Będziesz tego słuchał – zachowasz wszystkie zęby”. I poszedł. To była moja pierwsza i ostatnia, najlepsza lekcja etyki. Bardziej czytelna od praw Dekalogu czy aktów wiary wszystkich religii świata. Ktoś np. ma tatuaż, kitkę, podgoloną głowę? To jego sprawa, to jego osobista decyzja. To kwestia jego ludzkiej godności. Nazwisko, z kolei, to po prostu nic innego jak honor babci, mamy, taty. Żartujesz z nazwiska – możesz dostać nożem pod żebra. A co do wiary… Babcia Ola zaprowadziła mnie kiedyś do kościoła, żeby pokazać mi, jak wygląda msza. Było strasznie gorąco, ścisk, zaduch, a zawodzące w religijnym uniesieniu baby, chcąc nie chcąc, ciągle na mnie pluły… Miałem tego dosyć, ale Babcia Ola spojrzała na mnie z miłością, pogłaskała po głowie i zapytała: „Podoba ci się, wnusiu, co?”. Więc niezależnie od światopoglądu uprzejmie proszę, żeby nie żartować sobie z mojej Babci Oli, bo to, niczym skok z pędzącego pociągu, „grozi śmiercią lub kalectwem”.

Tak czy inaczej – tamtego dnia ten chłopak powiedział mi trzy rzeczy, które dotąd jasno mi mówią, co mam robić. Nazywam to „triadą podwórkową”.

Nie każdy ma takiego kumpla z dzielnicy. A z czym do ciebie przychodziła filmowa młodzież w czasie tych paru festiwalowych dni?
– Różnie, jak to na szlaku. Z drugiej strony to przedziwne, ale wiek ludzi wybitnie uzdolnionych czy wręcz genialnych coraz bardziej się obniża. Kiedy byłem w ich wieku, to bawiłem się w Indian, a tutaj przychodzi 17-letni chłopak, który pisze wspaniały, kompletny scenariusz! Budzi to we mnie podziw. Ja, żeby osiągnąć ten poziom, potrzebowałem dodatkowych 10, 15 lat. To niesamowite istoty, jakby z innej stajni, pełne refleksji i intensywnej obserwacji życia; inny gatunek człowieka. Mam nadzieję, że ci genialni amatorzy nigdy nie staną się zawodowcami…

Fot. Maciej Sypniewski


Rozmowa odbyła się w czerwcu, na 67. Ogólnopolskim Konkursie Filmów Niezależnych OKFA w Koninie, gdzie Krzysztof Majchrzak był przewodniczącym jury.

Wydanie: 28/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy