Trochę odwagi, trochę wyobraźni

Kuchnia polska

Prasę wypełniają rozważania na temat „planu Hausnera”, który jest – mówiąc szczerze – po prostu planem rozmaitych cięć budżetowych, przez jednych uważanych za zbyt mało radykalne, przez innych zaś za mordercze, zwłaszcza w sferze wydatków socjalnych. Wszystko to razem zaś służyć ma uratowaniu finansów publicznych, które według obliczeń rządowych bez radykalnych oszczędności mogą popaść w nieodwracalne zadłużenie.
Jest to zapewne szczera prawda i nie chcę jej kwestionować. Chodzą mi jednak po głowie rozmaite oderwane myśli, którymi pragnę się podzielić. Otóż 20 lat temu z okładem Finlandia, kraj wówczas niezbyt zamożny, wpadł w tarapaty gospodarcze, lecz przystępując do radykalnych cięć budżetowych, nie tylko nie zmniejszył, lecz wręcz zwiększył wydatki na naukę i badania, zakładając w dodatku, że będą one rosły o 20% rocznie. Wyglądało to na szaleństwo, ale już wkrótce okazało się, że rezultatem tej polityki jest Nokia, wielkie innowacyjne przedsiębiorstwo elektroniczne, panujące dziś na obu półkulach, dzięki któremu Finlandia staje się obecnie krajem mlekiem i miodem płynącym.
Wynika z tego, że Finowie po prostu mieli plan, wiedzieli, gdzie obciąć, ale i gdzie dołożyć, żeby nie tylko uratować jakoś to, co jest, ale stworzyć także perspektywę na przyszłość.
Na czym polega nasz plan? Na co stawiamy jako na naszą szansę gospodarczą i społeczną, na rzecz której warto obecnie zacisnąć pasa (niestety, głównie na najchudszych brzuchach), aby z czasem zacząć go popuszczać?
Rządząca partia, SLD, mówi heroicznie, że „plan Hausnera” jest dobry dla Polski, ale niedobry dla SLD jako partii wrażliwej społecznie, lecz gotowa jest ponieść tę ofiarę. Ale czy nie stać jej naprawdę na strategię i plan, który można by pokazać społeczeństwu jako wyjście nie tylko z kryzysu finansów w roku 2005, lecz również w sytuacji kraju balansującego stale na krawędzi katastrofy? Na jakie przyszłościowe perspektywy stawiamy? Czy ma to sprawić radosna twórczość krajowego biznesu, uwolnionego od ciężarów fiskalnych, który nagle rzuci się do wspomagania i zatrudniania najuboższych i bezrobotnych, czy też dopłaty europejskie, po które w większości wypadków nie umiemy nawet sięgnąć?
Być może, „plan Hausnera” jest bez zarzutu jako dokument księgowy, nie jestem jednak pewien, czy jest on naprawdę planem w tym znaczeniu, w jakim był nim na przykład New Deal Roosevelta po kryzysie 1929 r., powojenny niemiecki plan Ercharda czy też, owszem, powojenny polski Plan Trzyletni. Cała dyskusja wokół „planu Hausnera” toczy się w przekonaniu, że jedziemy po słusznym torze, a sprawa polega na tym jedynie, żeby się z niego nie wykoleić.
Tymczasem to właśnie jest najmniej pewne. Nie tylko dlatego, że na Zachodzie – czego uporczywie staramy się nie zauważać – opada już fala adoracji dla neoliberalnej recepty amerykańskiej, której uległy także tamtejsze socjaldemokracje, ale również dlatego, że i u nas nie brakuje głosów mówiących uczciwie, że gdzieś po drodze naszej transformacji popełniliśmy błąd, który trzeba teraz wyprostować. I te głosy rymują się dzisiaj z nastrojami społecznymi.
Nie są to głosy byle jakie. Wypowiadają je bowiem także, choć nie tylko, ludzie, którzy 14 lat temu mieli prawo uchodzić za strategów dokonującej się przemiany. Nie mówię tu już o dawnej książce Bujaka, który „przepraszał za „Solidarność””, ale o tym, co pisze dzisiaj Jacek Kuroń, w końcu minister pracy w rządzie Mazowieckiego, lub o czym mówi nam teraz co tydzień w „Przeglądzie” Aleksander Małachowski, jeden z proroków przemiany.
Otóż do głosów tych doszedł jeszcze jeden, na który chciałbym zwrócić uwagę. Jest to głos-książka prof. Karola Modzelewskiego „Życiodajny impuls chuligaństwa”, obejmująca jego wypowiedzi, artykuły i felietony z lat 1993-2002.
Karol Modzelewski jest człowiekiem najmniej na świecie kojarzącym mi się z chuligaństwem, chyba że chuligaństwem jest odwaga przeciwstawienia się ogólnie przyjętej „poprawności”, co Modzelewski robił jako autor głośnego „listu do partii”, jako działacz opozycji, wynalazca nazwy „Solidarność” i nie tylko samej nazwy.
Teksty z jego książki, drukowane w sporej części w „Gazecie Robotniczej”, odbijają się od konkretnych zdarzeń politycznych ostatniego dziesięciolecia, ale układają się w konsekwentny wywód, który wydawca (Universitas) nazywa nauką demokracji. Tak, zapewne jest to nauka demokracji, ponieważ dla Modzelewskiego sejm jest sejmem, a rząd rządem niezależnie od tego, kto aktualnie ma w nich władzę. Ale maksymą przewodnią tej książki, jak sam pisze, jest „lojalność wobec nieznajomych”, a więc tych, którzy 14 lat temu poparli także i jego działania, teraz zaś „trzeba zobaczyć, jak wyglądają umierające gminy województwa koszalińskiego, a także wałbrzyskiego lub zielonogórskiego, gdzie nie było nic prócz PGR-ów, których już nie ma, a zamknięto właśnie jedyny zakład przemysłowy”.
Ta książka nie jest wszak jedynie jeremiadą nad dramatem marginalizacji ogromnych i stale rosnących grup społecznych. Jest także trzeźwą polemiką z obecną „poprawnością polityczną”, rozciągającą się u nas od prawicy aż po SLD. „Gdy bogaci więcej zyskają – pisze autor – to biedniejsi łatwiej znajdą pracę i zarobek. Te proste, łatwo wpadające w ucho twierdzenia nie są jednak prawami nauki, lecz propagandowymi sloganami. Służą wyrażaniu ideologicznych przekonań i urabianiu opinii, są więc odporne na doświadczenie”.
A doświadczenie w oczach Modzelewskiego – historyka – jest takie, że dzisiejszy dobrobyt Europy stworzony został nie na gruncie liberalizmu, ale na gruncie państwa solidarności społecznej, gdzie m.in. „zamożniejsi nie są tak uzależnieni od publicznych wydatków, mogą kształcić dzieci i leczyć się za własne pieniądze”, co niedostępne jest biednym. A więc „budżet bierze więcej od bogatszych, a daje dużo więcej biedniejszym”, co w opinii naszych neoliberałów jest polityką janosikową.
Nie będę tu, rzecz jasna, streszczał książki Karola Modzelewskiego, choć czasami mam na to ochotę. Ważne wydaje mi się jednak to, że autor nie tylko przypomina ową „lojalność wobec nieznajomych” jako azymut, który straciliśmy z oczu, ale nawiązuje do coraz żywszego obecnie i szerszego nurtu myśli społecznej, który dowodzi, że rzeczywistość, w której tkwimy, i koleina, po której się toczymy, nie jest jedyną możliwą. Że możemy, a nawet powinniśmy z niej skręcić.
Potrzebne jest do tego trochę odwagi i trochę wyobraźni, a nie tylko zdolność rachunkowa, która oczywiście także jest niezmiernie przydatna.

 

Wydanie: 45/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy