Boże, chroń królową

Podobno wszechświat wciąż się rozszerza i rozszerza, w koło Macieju, i tak w nieskończoność, nie ma więc powodu, żebyśmy i my, ludzie, nie poszerzali własnych horyzontów. Oczywiście oprócz tych niechętnych, co chów wsobny w hodowli preferują. Tylko między sobą, ze sobą i w sobie, w ksenofobicznym kurniku, iście po gombrowiczowsku, w sosie własnym się duszą. A co tam, niech sobie, kurczę pieczone, siedzą, kukuryku pieją, sejmiki urządzają, dorobiliśmy się w końcu demokracji, a ona nie takie skanseny widziała.
Cała Europa bawiła się z powodu rozszerzenia. Fajerwerki, tańce, roześmiane twarze Pepiczków, Niemiaszków, żabojadów, Angoli. Widzicie, jak pogardliwie ich nazywamy? Już dziś nie wypada. To teraz nasi bracia i siostry. Przyjęli nas do rodziny. Musimy więc się cieszyć. Może nie aż tak bardzo jak w starym dowcipie: – Pan to musi kochać swoją żonę! – Oj, muszę, muszę. Ani też nie tak, jak kochał Wałęsa: Nie chcem, ale muszem. Miłość bywa ślepa, wydaje mi się, że dobrze byłoby, żeby widziała na jedno oko, ale przecież nie jak Cyklop.
Część rodaków źdźbło w oku bliźniego europejskiego widzi, ale belki w swoim polskim oczku nie dostrzega. Bez aluzji, choć Belka premier byłby ze wszech miar korzystny. Musimy doszlusować do Europy pod względem poziomu. Dochodu na głowę.
W tę pamiętną majową noc kolorowe eurobaloniki w różnych krajach i miastach unosiły się w powietrzu. Natomiast nasze warszawskie były nadęte. Napełnione zgniłym gazem, siarkowodorem ponuractwa. Stolice i wielkie miasta tętniły i pulsowały życiem. Tak się mówi, odnosząc sytuację do obiegu krwi żywego człowieka. My przyjęliśmy radosny fakt z nadęciem i zadęciem, z niskim pulsem i słabo wyczuwalnym tętnem pacjenta naszej służby zdrowia. Mówiąc MY, mam na myśli nieokreślony ogół reprezentowany przez naszych przedstawicieli, a nie nas, bo my, Koftowie, z pomocą przyjaciół obecnych na europejskiej kolacji, z nutką narodową w postaci śledzi, uroniliśmy łezkę szczęścia, obśmialiśmy eurokoncerty w scenografii wołającej o pomstę do piekła, pełne kmieciów oraz aniołów w powłóczystych szatach. Opiliśmy wejście solidnie i wesoło, będąc w stałym kontakcie SMS-owym z zaproszonymi na plac, jak i z niezaproszonymi na Mazurach.
Niestraszne okazały się strachy na Lachy, ale na wszelki wypadek okopaliśmy się w domu, z odpowiednią ilością żywności oraz napojów. Jak wspaniałe jest wyludnione miasto! Zabite dechami okna wystaw, zasłonięte reklamy monstrualnej buły z sałatą, mielonym kotletem, z sosem czerwonym jak niegdysiejsza robotnicza krew.
Gdy na placu Piłsudskiego przemawiał prezydent Kwaśniewski, dało się słyszeć gwizdy. Pseudokibice chyba zachowywali się lepiej w takim ważnym dla narodu momencie. Grupa gwiżdżących stanowiła margines denerwujący, choć było w tej garstce coś krzepiącego. Zobaczyliśmy mianowicie, jakim marginesem jest Liga Polskich Rodzin. Ta nazwa to uzurpacja.
Polskie rodziny w większości mają nadzieję na lepsze życie, choć trochę się boją, bo media straszą, że wszystko zdrożeje. Cieszą się ze względu na karierę dzieci, wyjazdy bez wiz, pracę, dopłaty bezpośrednie… Liczą na dostosowanie naszego prawa do prawa unijnego. Na siłę i wspólnotę.
Telewizja pokazała także Papieża w oknie. Mówił swoim słabym, chorym głosem o wejściu do Unii, ale ludożerka go nie słuchała, aż musiał huknąć: Przestań! Bo wciąż śpiewali i wiwatowali, zamiast słuchać. Pokazał to TVN, publiczna nie chciała psuć nastroju. A przecież Papież krzyknął na tych, co zagłuszają radość.
My wywiesiliśmy w oknie dwie flagi. Nie tylko europejską, jak na placu, ale i prawdziwą narodową, nie czerwono-białą flagę Malty, jak na uroczystościach w euromieście. Dobrze, że nowy marszałek o wyglądzie biskupa to zauważył. Kakaja fopa! – jak mawiali starożytni Słowianie. Optymizmem napawa też łeb do interesów niektórych rodaków. Pewien rzemieślnik był w Pradze w czasie szczytu i wyciągnął wnioski. Rozdał ulotki w sklepach, że zabija płytami wiórowymi okna na trasie marszu alterglobalistów, którymi straszono jak Babą Jagą. Dostał furę zamówień i wzbogacił się uczciwie.
A skąd mieliśmy flagi? Przed szczytowaniem małe harcerki chodziły po osiedlu z naręczem flag biało-czerwonych. Kupiliśmy za jedne 20 zetów, bo nasza była już stara i wypłowiała jak PRL. Następnego dnia przyszedł chłopiec z europejską na ramieniu. Doszło do transakcji, tym razem za 25 zł. Co prawda, była krótsza i mniejsza niż narodowa – jakieś proporcje muszą być zachowane – ale miała złote gwiazdy maryjne na niebieskim ortalionie. Płaci się też za dostawę do domu. Te dzieciaki już są w Europie, mają świadomość narodową większą niż hałaśliwi posłowie. Wiedzą, że na Europie można będzie także zarobić. Uczciwie.
Nadymali się politycy, zarówno ci za, jak i przeciw. Były przemówienia świeckie – choć całkiem świeckich nie było. Każdy polityk zahaczał o wartości chrześcijańskie. W sondażach na temat tego, co wniesiemy do Europy, królowała opinia, że my wnosimy im wartości moralne! Boże, chroń królową, angielską, bo car Putin, na razie poza Europą, sam się ochroni.
Ludzie, naprawdę nie mam złudzeń co do struktur europejskich, nie jawią mi się one jako Arkadia szczęśliwa, bez patologii, ale przekonanie większości rodaków badanych na tę okoliczność, że nasze morale, wniesione tam, uzdrowi staruszkę, powoduje – że zacytuję Biblię – płacz i zgrzytanie zębów. Chociaż pociecha w tym, że pewnie to pobożne życzenie lub ankietowani mówią cynicznie, wcale w to nie wierząc. Tak samo jak wybiórczo wierzą, nie wierząc.

Wydanie: 20/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy