Czy Trump kocha Polskę?

Czy Trump kocha Polskę?

Niedługo minie pół roku od wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie. Przez ekipę rządzącą jego pobyt był traktowany jako wielkie wydarzenie, zapowiedź polsko-amerykańskiego sojuszu, coś znacznie ważniejszego niż NATO, no i gwarancja bezpieczeństwa.

Co z tego zostało? Chyba niewiele. Polska miała kupować skroplony gaz z USA, ale sprawa się zatrzymała. Okazało się bowiem, że gaz ze Stanów byłby najdroższym gazem na rynku. Mieliśmy też zamówić tarczę antyrakietową, lecz i ta sprawa jest odkładana (może to dobrze…). W każdym razie trudno dziś znaleźć kogokolwiek w amerykańskiej administracji, kto pamiętałby jeszcze wizytę w Warszawie. I wiązał z Polską jakieś plany.

Owszem, ludziom Trumpa mogą się podobać poglądy PiS dotyczące aborcji, globalizacji, Unii Europejskiej, globalnego ocieplenia, ale na tym koniec. Zwłaszcza że z wpływowych think tanków czy Departamentu Stanu dochodzą głosy, że Ameryka jest Polską rozczarowana i przesuwa ją na dalszy plan.

Po pierwsze, z powodu wewnętrznej niestabilności. Na przykład Robert Kagan, jeden z najbardziej wpływowych neokonserwatystów, członek Council on Foreign Relations, prywatnie mąż Victorii Nuland, otwarcie pisze, że USA i UE popełniły błąd, zbyt długo śledząc bezczynnie posunięcia PiS, „w nadziei, że jego ataki na demokratyczne państwo prawa osłabną”.

Po drugie, notowania Polski w administracji Trumpa spadają dlatego, że spada znaczenie naszego kraju w regionie. Ma on – to opinia z Departamentu Stanu – „mniejszy wpływ na politykę międzynarodową, niż mógłby mieć”. Co bowiem można poprzez Polskę załatwić na Wschodzie albo w Unii Europejskiej?

Stosunek USA do Polski zawsze był funkcją amerykańskich interesów. Nie miejmy złudzeń. Tak jest teraz, tak było i w czasie II wojny światowej. Na długo przed Jałtą. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem konferencji w Teheranie, w listopadzie 1943 r., prezydent USA Franklin D. Roosevelt spotkał się z Józefem Stalinem, by oświadczyć mu, że popiera projekt Stalina przesunięcia granicy polsko-rosyjskiej na linię Curzona. Prosił jedynie o dyskrecję, bo ze względu na zbliżające się wybory nie chciał ryzykować utraty głosów amerykańskiej Polonii.

Wiosną 1944 r. poinformował swojego ambasadora w Moskwie Averella Harrimana, że „nie dba o to, czy kraje sąsiadujące z Rosją zostaną skomunizowane”. A po powstaniu warszawskim wysłał do Stalina list, w którym pisał m.in.: „Mam nadzieję, że nie muszę zapewniać Pana, iż Stany Zjednoczone nigdy nie porą żadnego tymczasowego rządu w Polsce, sprzecznego z Pana interesami”.

Tak też było. Podobnie działo się w latach następnych, gdy polityka wobec Warszawy była funkcją polityki wobec Moskwy i Berlina. Od Trumana, poprzez Cartera, Nixona, Busha (ojca i syna), Clintona, po Obamę.

Oni nas doceniali nie dlatego, że ich kochaliśmy, ale dlatego, że mieliśmy im coś do zaoferowania. Uśmiech za uśmiech, biznes za biznes. A na razie w tych sprawach kieszenie obecnej władzy są puste.

Wydanie: 46/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy