W Parlamencie Europejskim dałbym sobie radę lepiej niż niejeden jego były i obecny poseł Prof. Adam Koseski – rektor Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, prowadzi badania w zakresie najnowszych dziejów powszechnych, zwłaszcza problematyki bałkańskiej oraz losów Polaków na Wschodzie. Jest też tłumaczem literatury naukowej i pięknej z języka bułgarskiego. Kandyduje do Parlamentu Europejskiego z Mazowsza, z listy SLD-UP. Czy mało ma pan obowiązków, że jeszcze chce wziąć sobie na głowę problemy i zadania europosła? – Obowiązków mam dużo, ale nie narzekam. Porządkują one moje życie zawodowe i osobiste, pozwalają utrzymać dobrą formę psychiczną i fizyczną. Nie wyobrażam sobie egzystencji bez pracy, bo jeśli praca uczłowieczyła małpy… Żywot emeryta jest może poczciwy, ale nie może być gnuśny. Parlament Europejski… Mam dość dobrze wyrobione poczucie rzeczywistości i wiem, że szanse na wybór z listy SLD-UP są umiarkowane, choć na Mazowszu jestem znany jako rektor Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora, profesor tej uczelni, historyk i politolog, społecznik i organizator życia oświatowo-kulturalnego. Przewodniczę radom naukowym Muzeum Mazowieckiego w Płocku i Muzeum Szlachty w Ciechanowie. Znajduję jeszcze czas na sport i rozrywki, ale trochę za mało interesuję się wnukami: Ignasiem (pięciolatkiem) i Jasiem (dwuletnim). Za pracę i działalność na rzecz rozwoju regionu otrzymałem odznaczenie Zasłużony dla Mazowsza, a także Złoty Medal Akademii Polskiego Sukcesu. Sądzę, że zadania europosła nie przekraczają moich umiejętności i wiedzy ani doświadczenia w kontaktach międzynarodowych. Nie tylko wierzę, ale jestem pewny, że dałbym sobie radę w PE lepiej niż niejeden były poseł albo obecny, niekiedy dość „egzotyczny” kandydat. Krótko mówiąc, trzeba dać sobie szansę. Niech decydują wyborcy, w tym absolwenci i studenci Akademii Humanistycznej, a jest ich ponad 50 tys. Problemów polskiej nauki nie da się rozwiązać w kraju, trzeba szukać pomocy w Brukseli? – Trudno o jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Problemy polskiej nauki i szkolnictwa wszystkich szczebli można i trzeba rozwiązywać w kraju. Rozwiązania takie muszą być dostosowane do realiów zmienionej i zmieniającej się Polski, lecz autarkia w żadnej dziedzinie nie przyniosła ani nie przyniesie zadowalających rezultatów. Mamy przyzwoite tradycje edukacyjne i sławne uniwersytety w Krakowie, Wilnie, we Lwowie, w Warszawie… Warto jednak sięgać po dobre wzory międzynarodowe, a Bruksela jest właściwym miejscem do wymiany myśli, poglądów uczonych. Na naukę i edukację Unia Europejska przeznaczy do 2020 r. niebagatelne środki finansowe, w tym wiele dla Mazowsza. Środki te powinny być rozsądnie i rzetelnie wydawane i rozliczane. Co wcale nie oznacza, że dzieleniem i rozdawaniem unijnych funduszy ma się zajmować wiele instytucji. Tych instytucji jest u nas stanowczo za dużo. Nie od rzeczy byłoby również zerwanie, ostateczne i nieodwołalne, z pewnego rodzaju zaściankowością w nauce i edukacji, z tzw. polityką historyczną, zwłaszcza w naukach humanistycznych i społecznych, promującą postawy zachowawcze. JAKI POZIOM NAUCZANIA Czy system boloński się sprawdza? Jak pan go ocenia? Czy może za wcześnie mówić, że poziom nauczania w szkołach wyższych podniósł się albo obniżył? – System boloński pozwolił polskiej nauce i szkolnictwu na otwarcie, wypłynięcie na „przestwór oceanu”. Miał on i ma zalety, ale jak każde dzieło ludzkie ma też wady. Przede wszystkim niemal bezkrytycznie przyjęliśmy wszystkie zalecenia i rozwiązania tego systemu. Trzystopniowe kształcenie, tj. licencjat-magisterium-doktorat, nie sprawdziło się w odniesieniu do doktoratu. Na niektórych kierunkach, np. na prawie czy psychologii, nie sposób wykształcić dobrego specjalisty w ciągu trzech lat (licencjat). Wykluczone jest także przygotowanie w tym czasie do wykonywania zawodu lekarza czy psychiatry, jeśli wymagamy, by pielęgniarki legitymowały się dyplomem ukończenia studiów zawodowych. Do systemu bolońskiego, mówiąc żartobliwie, trzeba dodać odpowiednie metody. System boloński otworzył polskie szkolnictwo na kształcenie niemal masowe. Przypomnę tylko, że w PRL studiowało ok. 500 tys. studentów, wyłącznie – jeśli nie liczyć KUL – na uczelniach publicznych. W minionym 25-leciu w pewnym okresie mieliśmy w RP ponad 2 mln studentów, a liczba nauczycieli akademickich nie zwiększyła się w równym stopniu. Powstały uczelnie niepubliczne, na których zakładanie, podobnie jak na utworzenie państwowych wyższych szkół zawodowych (PWSZ), nader ochoczo wydawano zgodę. Rozpoczęła się rywalizacja o studenta, co spowodowało obniżenie poziomu nauczania. Pogoń za zyskiem doprowadziła do bagatelizowania, a nawet lekceważenia jakości, także na renomowanych uczelniach
Tagi:
Paweł Dybicz







