Polska w granicach PRL

Polska w granicach PRL

Za moich szkolnych czasów było oczywiste, że Olsztyn, Wrocław i Szczecin to już Niemcy

Prof. Andrzej Werblan – historyk, autor książek, m.in. „Władysław Gomułka. Sekretarz generalny PPR” i „Stalinizm w Polsce”.

Panie profesorze, urodził się pan i dorastał w Polsce międzywojennej, w Tarnopolu. Czy pańskie wyobrażenie o Polsce było zgodne z ówczesnymi granicami państwowymi?
– Jak najbardziej. Polska międzywojenna była moją Polską.
A Olsztyn?
– To już były Niemcy.
Podobnie jak Koszalin, Szczecin, Wrocław, Opole, Gorzów, Zielona Góra, Legnica?
– Oczywiście.
A co z Gdańskiem?
– Gdańsk był dla mnie miastem polskim pod niemieckimi wpływami. Dobrze znałem historię, nasiąkłem nią od dziecka, bo historia była głównym przedmiotem, którego nauczał mój ojciec – profesor gimnazjalny.
W PRL dzieci nasiąkały historią, która przedstawiała Szczecin i Wrocław jako odwieczne piastowskie ziemie.
– Ja też wiedziałem, że w odległej przeszłości mieszkali na nich Słowianie, ale za moich szkolnych czasów było oczywiste, że tam są Niemcy. Wiedzieliśmy też, że na Śląsku oraz na pograniczu Pomorza i Warmii pozostały w Niemczech obszary zamieszkane przez ludność polską, jednak świadomość tego faktu była silniejsza w zachodnich regionach kraju niż na Kresach.

Kres Kresów

A przynależność Tarnopola do Polski była oczywista?
– Tak, choć wciąż żywa była pamięć walk polsko-ukraińskich w 1919 r.
W ukraińskim haśle o Tarnopolu w Wikipedii rozdział poświęcony międzywojennej historii miasta został nazwany „Polska okupacja”.
– Teraz tak się pisze. Tarnopol, który ja pamiętam, był w większym stopniu miastem żydowskim niż ukraińskim czy polskim, Żydzi stanowili około połowy jego mieszkańców. Ukraińców i Polaków było mniej więcej po równo. Ukraiński nacjonalizm nie był silny, polski zresztą też, zwłaszcza wśród ludności od dawna tam osiadłej. Liczne były małżeństwa mieszane. W miasteczku Mikulińce nad Seretem, skąd wywodziła się moja rodzina ze strony matki, boczny ołtarz kościoła katolickiego ufundowała moja prababka, dzwon zaś w miejscowej cerkwi unickiej – pradziadek.
Czyli w końcu lat 30. przebieg ówczesnych granic był dla pana naturalny i trwały?
– Tak, nie sądzę, żebym przewidywał, że może być inaczej. W 1939 r. miałem jednak dopiero 14 lat, choć z drugiej strony czytałem gazety, słuchałem radia…
W ciągu zaledwie kilku tygodni pod naporem Niemiec i ZSRR państwo, w którym pan się urodził i dorastał, znikło. Jak to wyglądało w Tarnopolu?
– Późnym popołudniem 17 września do Tarnopola wjechały radzieckie czołgi. W naszym mieście nie było radosnego powitania „wyzwolicieli”, żadna ze społeczności etnicznych nie wznosiła łuków triumfalnych na cześć Armii Czerwonej. Owszem, wielu mieszkańców – głównie młodzież – wybiegło oglądać żołnierzy radzieckich, ale kierowała nimi głównie ciekawość. W nocy w mieście wybuchła strzelanina, podobno grupa wojskowych broniła się w okolicy jednego z kościołów, który spłonął. Miesiąc później NKWD aresztowało ojca, a w kwietniu 1940 r. wraz z matką i rodzeństwem zostałem wywieziony do sowchozu w obwodzie pawłodarskim nad Irtyszem. Nie podlegałem już radzieckiemu obowiązkowi szkolnemu, imałem się różnych zajęć, m.in. pasłem owce.

Wojna z widokiem na Polskę

Był pan – podobnie jak wszyscy mieszkańcy ziem II RP włączonych do ZSRR – obywatelem radzieckim. Czy między wrześniem 1939 r. a czerwcem 1941 r. miał pan poczucie, że Polski nie ma i nie będzie?
– Upadek Polski wiązałem z wojną, która przecież trwała. Byłem przekonany, że los Polski zależeć będzie od końca wojny, od jej wyniku. Tak samo myśleli inni zesłańcy, z którymi miałem kontakt. We wsi, w której nas osiedlono, było 12 rodzin wywiezionych z Tarnopola. Bez przerwy dyskutowaliśmy, czytaliśmy radziecką prasę. Otrzymywaliśmy też listy z Tarnopola, w których rodziny przemycały informacje pochodzące m.in. z radia londyńskiego.
Jaki obraz z tego się wyłaniał?
– Sytuacja jest zła, ale nie beznadziejna, bo choć Niemcy wygrywają, wojna się jeszcze nie skończyła. Było dla nas jasne, że tylko klęska Niemiec stworzy szansę odbudowy Polski. Od połowy 1940 r. zaczęły docierać sygnały, że w stosunkach radziecko-niemieckich coś się psuje. Bardzo szybko posiedliśmy umiejętność czytania między wierszami radzieckich gazet. Pojęliśmy, że prawdziwe są przede wszystkim informacje zaprzeczone i sprostowania. Komunikaty po wizycie Wiaczesława Mołotowa w Berlinie w listopadzie 1940 r. świadczyły, że nie zakończyła się ona po myśli Związku Radzieckiego. Gdy pojawiały się oświadczenia, że nie jest prawdą, jakoby ZSRR koncentrował wojska na granicy z Niemcami, domyślaliśmy się, że te wojska są koncentrowane. Potwierdzały to aluzje zawarte w listach z Tarnopola.
Komunikat o agresji Niemiec na Związek Radziecki był dla pana wiadomością oczekiwaną i radosną?
– Z całą pewnością była to wiadomość pomyślna. Mniej więcej miesiąc później do naszej wsi przyjechał oficer NKWD, zebrał 12 rodzin z Tarnopola i zakomunikował, że zostaliśmy amnestionowani jako obywatele polscy i w związku z tym nie jesteśmy już tzw. specprzesiedleńcami. Odebrano nam radzieckie dowody osobiste zawierające klauzulę, że nie mamy prawa opuszczać miejsca pobytu. Otrzymaliśmy zaświadczenia, z których wynikało, że jesteśmy obywatelami Polski i mamy prawo zamieszkania na całym terytorium ZSRR z wyjątkiem – tu następowała lista zajmująca całą drugą stronę dokumentu. Mimo to zakres naszej swobody znacznie się powiększył.
Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan, że Polska może się odrodzić?
– Nadziei na to nie straciliśmy nigdy. A po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej ona się umocniła. Wiedzieliśmy z gazet o wizycie Władysława Sikorskiego w Moskwie, o podpisaniu układu Majski-Sikorski, w którym stwierdzono, że umowy radziecko-niemieckie z 1939 r. tracą moc. Późną jesienią wraz z kilkoma innymi rodzinami przenieśliśmy się do miasta Pawłodar, w sowchozie bowiem nastały głodowe czasy. Po kilku miesiącach w Pawłodarze zjawił się stały przedstawiciel ambasady Polski w ZSRR, zaczęła napływać z państw zachodnich jakaś pomoc dla uchodźców, głównie żywność. W marcu 1942 r. zostałem powołany z grupą rówieśników do armii Andersa. W czasie podróży sanitariuszki chodziły po pociągu, świecąc nam w oczy latarkami. Na tej podstawie rozpoznawały, kto ma gorączkę i może być chory na tyfus. Zostałem wyprowadzony z transportu w rejonie Ałma Aty jako potencjalny „tyfuśny”. Gdy wyszedłem ze szpitala, zakomunikowano mi: waszej armii już nie ma. Odesłano mnie do Pawłodaru. Pogarszały się stosunki między rządem londyńskim a władzami ZSRR, rozgorzał spór o przyszłą granicę wschodnią, a później o Katyń. Jeszcze przed zerwaniem stosunków polsko-radzieckich delegaturę ambasady w Pawłodarze zlikwidowano, a nas wysiedlono z miasta. Trafiliśmy do odległego kołchozu, który – przypadek sprawił – nosił imię Róży Luksemburg. Niedługo potem wezwano nas – podobnie jak innych obywateli polskich – do rejonowego NKWD i zakomunikowano, że ponownie jesteśmy obywatelami radzieckimi. Zabrano nam zaświadczenia i wydano radzieckie dowody osobiste. Zapytałem, co będzie, gdy nie przyjmę dokumentu. Usłyszałem: jak stąd wyjdziecie, zostaniecie aresztowani za przebywanie bez ważnego dokumentu tożsamości, grozi za to pięć lat. Spojrzałem na matkę, uznaliśmy, że nie warto ryzykować.
To musiało być przygnębiające.
– Nie do końca, bo faktycznie nadal byliśmy traktowani jako obywatele Polski. Minęło parę miesięcy i zostałem wezwany przed komisję wojskową. Zakomunikowano, że organizuje się polska armia i mogę być do niej powołany. Badająca mnie lekarka, polska Żydówka z Tarnopola, dopatrzyła się jakiejś wady serca, czym bardzo zmartwiła szefa komendy uzupełnień, dla którego byłem cennym nabytkiem – miałem małą maturę i nadawałem się do szkoły oficerskiej. Zapewniłem go jednak, że dobrze się czuję i chcę iść do wojska.

Szlakiem Piastów

Do Riazania pojechał pan z radzieckim dowodem osobistym?
– Nie, dowód zatrzymano mi w komendzie uzupełnień w Szczerbatkach, gdzie otrzymałem skierowanie do wojska. Do Riazania dotarłem pod koniec sierpnia 1943 r. Kurs w szkole oficerskiej zaczął się dokładnie 1 września, w czwartą rocznicę wybuchu wojny.
Kuratelę polityczną nad armią sprawował Związek Patriotów Polskich związany z ruchem komunistycznym. Komunistyczna Partia Polski przed wojną wyrzekała się ziem wschodnich, a w 1932 r. gotowa była zrezygnować nawet z przynależności do Polski Śląska i Pomorza. O jakim powojennym kształcie terytorialnym mówiono w Riazaniu?
– Oficerowie polityczni, dawni KPP-owcy, mówili o powrocie na ziemie piastowskie, oparciu Polski o Odrę i Bałtyk, ale unikali szczegółów. Nie pozostawiali natomiast wątpliwości co do tego, że zachodnia Ukraina i zachodnia Białoruś pozostaną przy Związku Radzieckim.
Czyli także pana Tarnopol miał pozostać poza granicami przyszłej Polski.
– W bardzo nieoficjalnych dyskusjach tliła się nadzieja, że może Lwów zostanie polski, ale co do Tarnopola nikt nie miał wątpliwości. Jednak my – środowisko wojskowe, które niemal w całości pochodziło z Kresów – przyjmowaliśmy utratę ziem wschodnich z trudem, boleśnie, stopniowo. Perspektywa powrotu nie do Tarnopola, lecz np. do Lublina, nie nastrajała najlepiej, ale najważniejsze było to, że kończy się zesłanie, wyrywamy się ze Związku Radzieckiego, wrócimy do kraju. Nie było jasne, jaka to będzie Polska, ale naszej, do niedawna zesłańczej braci kojarzyła się jednoznacznie ze swojskością i wolnością.
Gdzie pan był na przełomie listopada i grudnia 1943 r.?
– Po miesiącu pobytu w Riazaniu dostałem zapalenia płuc. Po czterech tygodniach spędzonych w szpitalu nie mogłem już wrócić do szkoły, bo cały kurs trwał jedynie trzy miesiące. Skierowano mnie do regularnego wojska – do 1. brygady pancernej.
Słyszał pan o Teheranie?
– Byliśmy na wojnie, mało interesowaliśmy się konferencjami. Zresztą informacje oficjalne były ogólnikowe, a do innych nie mieliśmy dostępu. O tym, co Wielka Trójka postanowiła w Teheranie w sprawie granic Polski, nie wiedział nawet rząd londyński. Z drugiej strony w propagandzie wojskowej szykowano nas na rezygnację z Kresów Wschodnich, więc ustalenia z Teheranu w sprawie linii Curzona nie byłyby dla nas zaskoczeniem.
W deklaracji „O co walczymy?” napisanej przez Władysława Gomułkę w okupowanej Polsce, w listopadzie 1943 r. – podobnie jak w dokumentach programowych ZPP – jest mowa o rezygnacji z ziem wschodnich i zdobyczach terytorialnych na zachodzie, ale bez szczegółów.
– Wtedy w ogóle nie wiedziałem o istnieniu tej deklaracji. Dziś wiem, że Władysław Gomułka, pracując nad nią, jesienią 1943 r. i wiosną 1944 r., nie przypuszczał, że Związek Radziecki opowie się za tak dalekim przesunięciem Polski na zachód. Sądził, że nadział terytorialny będzie skromniejszy. Gomułka nie miał pojęcia o ustaleniach z Teheranu, jednak jego wyobraźnia w sprawie powojennego kształtu terytorialnego Polski okazała się zdumiewająco zbieżna z tym, o czym mówiono na spotkaniu Wielkiej Trójki. Tam, przyklepując linię Curzona, jednocześnie w istocie zgodzono się z Winstonem Churchillem, który przeprowadził następującą kalkulację: w wyniku przesunięcia granicy wschodniej do Polski zostanie przesiedlonych ok. 3 mln Polaków i trzeba będzie przeznaczyć dla nich odpowiedni obszar ziem poniemieckich. Do tego – jak sądził – wystarczy Górny Śląsk, Śląsk Opolski i część Pomorza Zachodniego. Oznaczałoby to pozostanie Dolnego Śląska i części Pomorza Zachodniego ze Szczecinem w Niemczech. Gomułka właśnie takich granic się spodziewał. Ostateczne decyzje w sprawie granicy zachodniej uznał za wyjątkowo korzystne dla Polski.

Stalin wytycza granicę

Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego zawierał wezwanie: „Stawajcie do walki o wolność Polski, o powrót do Matki-Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego, o Prusy Wschodnie, o szeroki dostęp do morza, o polskie słupy graniczne nad Odrą!”. Tu też brakuje szczegółów.
– Pojawiły się one kilka dni później. W podpisanym 26 lipca przez przewodniczącego PKWN Edwarda Osóbkę-Morawskiego i Wiaczesława Mołotowa porozumieniu o polsko-radzieckiej granicy państwowej jest już mowa nie tylko o Odrze, ale i o Nysie. W tym czasie władze ZSRR zdecydowały się faktycznie na znaczne przesunięcie Polski na zachód, choć jeszcze nie brały pod uwagę tego, że istnieją dwie Nysy, ani faktu, że Szczecin znajduje się na zachodnim brzegu Odry. Lato 1944 r. miało dla kwestii granicy zachodniej znaczenie przełomowe.
Wielkość rekompensaty za utracone ziemie wschodnie zależała głównie od ZSRR. Czy na stanowisko Moskwy wpływał fakt istnienia wielotysięcznej armii polskiej oraz związanej z nią reprezentacji politycznej zorientowanej na ZSRR?
– Zanim odpowiem na to pytanie, przytoczę pewien niedoceniany przez polską historiografię dokument ujawniony w Rosji i opublikowany w 1994 r. w fachowym czasopiśmie „Istocznik”. Chodzi o kilkudziesięciostronicowy memoriał „Rozważania o pożądanych podstawach przyszłego pokoju” skierowany 11 stycznia 1944 r. przez Iwana Majskiego, wówczas jednego z kilku „pierwszych” zastępców komisarza ludowego spraw zagranicznych, do Mołotowa. Majski był uczestnikiem konferencji w Teheranie. Z listu przewodniego wynika, że memoriał nie był jego autorskim poglądem, lecz raczej uporządkowaniem stanowiska wyrażanego w czasie rozmaitych narad i dyskusji. W kwestii Polski Majski pisał m.in.: „Celem ZSRR powinno być utworzenie niepodległej i zdolnej do życia Polski, jednakże nie jesteśmy zainteresowani w powstaniu jej jako zbyt dużej i zbyt silnej. W przeszłości Polska prawie zawsze była wrogiem Rosji i nikt nie może powiedzieć nic pewnego, jaka stanie się w przyszłości (…). Należy więc (…) ostrożnie kształtować powojenną Polskę, jako kraj w możliwie niewielkich rozmiarach, stosując konsekwentnie zasadę granic etnograficznych. Mówiąc konkretnie, wschodnia granica Polski powinna być wytyczona zgodnie z granicą z 1941 r. lub jako zbliżona do niej (np. zgodnie z »linią Curzona«), przy czym Lwów i Wilno powinny pozostać w granicach ZSRR. Na zachodzie można do Polski przyłączyć całe Prusy Wschodnie lub, co byłoby lepszym rozwiązaniem, ich część oraz pewne części Śląska, lecz w połączeniu z wysiedleniem stamtąd Niemców. Cieszyn mógłby zostać zwrócony Czechosłowacji”.
Gdyby zrealizowano tę koncepcję, Polska uzyskałaby mniej więcej połowę powojennych zdobyczy terytorialnych na zachodzie i północy.
– Tak. I, co warto podkreślić, byłoby to zgodne z oczekiwaniami Churchilla i Roosevelta, którzy z jednej strony godzili się na linię Curzona, a z drugiej nie byli skłonni zbytnio okroić terytorium Niemiec. Gdyby Stalin działał zgodnie z memorandum Majskiego, nie mielibyśmy Wrocławia, Szczecina, Zielonej Góry, Legnicy, Gorzowa itd. Tymczasem uzyskaliśmy jedną piątą obszaru przedwojennych Niemiec, na którym mieszkało 8 mln Niemców.
Czym pan tłumaczy tak korzystną dla Polski zmianę stanowiska ZSRR?
– Nie ma w tej sprawie wystarczających źródeł, można więc jedynie gdybać. Sądzę, że polska armia na Wschodzie, ta berlingowska, miała pewne, ale chyba ograniczone, znaczenie dla kształtu granic, bo nie była ona ZSRR niezbędna do zwycięstwa w wojnie. Większe znaczenie z punktu widzenia interesów Moskwy miało powstanie lojalnego wobec niej rządu. W Teheranie Stalin nie mógł być pewien, że taki rząd się pojawi i zdoła uzyskać oparcie w części społeczeństwa polskiego. Ponadto wraz z sukcesami na froncie Stalin nabierał pewności, że tereny, które zajmie jego armia, pozostaną pod wpływem Związku Radzieckiego. To, czy administracyjnie wejdą w skład Polski czy nie, miało mniejsze znaczenie.

Gomułka się stawia

Nadchodzi luty 1945 r., gdzie jest Andrzej Werblan?
– Gdzieś na Wale Pomorskim.
Polskie oddziały krwawią, a w Jałcie trwa konferencja ustalająca przyszły porządek europejski.
– Sprawę granicy zachodniej Jałta odłożyła do następnej konferencji pokojowej. Wtedy jednak mało o niej wiedzieliśmy. Za to zauważyliśmy, że na zajętych przez nas terenach zamieszkanych przez Niemców instaluje się – za zgodą radziecką – polska administracja. To była wyraźna wskazówka, że te ziemie przechodzą do Polski. W marcu przeczytaliśmy w gazecie wojskowej, że prezydentem Wrocławia został Bolesław Drobner. To oznaczało, że władze w Warszawie mianują prezydenta Wrocławia. Linia Odry i Nysy Łużyckiej stała się dla nas oczywistą granicą zachodnią. Niejasna pozostawała jeszcze sprawa Szczecina. W tym okresie Gomułka zaczął już się spierać z ZSRR o majątek na ziemiach zachodnich. Władze radzieckie uznały bowiem, że przekażą Polsce terytorium, ale wszystko, co na nim cenne – zakłady przemysłowe, maszyny, lokomotywy, trakcję kolejową i energetyczną – przejmą jako łup wojenny. W tych sprawach bardzo często pertraktował w Moskwie wiceminister przemysłu Henryk Różański (opisał to w książce „Śladem wspomnień i dokumentów”). Ostatecznie po Poczdamie udało się zahamować apetyt ZSRR.
Konferencja w Poczdamie miała kluczowe znaczenie dla zachodniej granicy i przyłączenia do Polski Szczecina.
– Tak, choć Gomułka zawsze uważał, że Stalin nas oszukał w Poczdamie. Włączenie do ZSRR części Prus Wschodnich z Królewcem załatwił definitywnie, natomiast granica zachodnia Polski miała być ostatecznie rozstrzygnięta w czasie konferencji pokojowej.
Niepewność o granicę sprawiała, że Polska stawała się zakładniczką ZSRR.
– Stalin nie tylko chciał trzymać Polskę w niepewności, ale także zachować możliwość manewru na korzyść Niemiec. W 1946 r. na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej doszło do zjednoczenia – pod dyktando ZSRR – tamtejszej Komunistycznej Partii Niemiec i SPD w SED. W tym czasie w gazetach pojawiły się artykuły liderów nowej partii, Wilhelma Piecka i Ottona Grotewohla, przekonujących, że jeśli naród niemiecki będzie przyjaźnie nastawiony do Związku Radzieckiego, to ZSRR skoryguje niemiecką granicę wschodnią. Takie teksty w radzieckiej strefie okupacyjnej mogły się ukazać jedynie za zgodą strony radzieckiej. Co się za tym kryło? Czy tylko propaganda? W każdym razie Gomułka wpadł w popłoch i zaproponował wystąpienie do ZSRR o uzupełnienie polsko-radzieckiego układu z kwietnia 1945 r. tajnym aneksem, w którym Moskwa zobowiązywałaby się do popierania polskiej granicy zachodniej ustalonej w Poczdamie – nawet jeśli w Niemczech zwyciężyłby socjalizm. Projekt takiego dokumentu na zlecenie Gomułki przygotował minister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski. Rosjanie odrzucili pomysł Gomułki z oburzeniem, uznali go za wyraz braku zaufania. Na sierpniowym plenum KC PPR w 1948 r. stało się to zarzutem wobec Gomułki.
Gomułka został usunięty, tajnego protokołu nie podpisano, za to w 1950 r. NRD i Polska podpisały w Zgorzelcu umowę o granicy. Tego dokumentu, który tworzył fundament formalnoprawny trwałości granicy, bez zgody ZSRR zapewne by nie było?
– Z całą pewnością, NRD w tej sprawie nie mogła prowadzić samodzielnej polityki. Rosjanie najwyraźniej machnęli ręką na Niemcy Zachodnie, bo manewr graniczny mógłby być marchewką głównie dla nich. To był szczyt zimnej wojny i ZSRR uznał za sprawę najważniejszą cementowanie obozu socjalistycznego. Umowa zgorzelecka miała dla Polski duże znaczenie, ale nie czyniła granicy pewną. To było porozumienie z mniejszą częścią Niemiec, której legitymacja była w dodatku słaba. Granica zachodnia nadal opierała się na ZSRR, nie uznawał jej nikt na Zachodzie. Po śmierci Stalina Beria zaczął sondować w RFN, co ZSRR mógłby dostać w zamian za NRD i zgodę na korektę zachodniej granicy Polski. Chruszczow i inni, obalając Berię, zapisali mu to jako grzech zdrady. Nie przeszkodziło to jednak Chruszczowowi wysłać w 1963 r. do Niemiec Zachodnich swojego zięcia, Aleksieja Adżubeja, który zasugerował, że sprawy zjednoczenia Niemiec oraz zachodniej granicy Polski są wciąż otwarte.
Jak na to zareagował Gomułka?
– Bardzo się zdenerwował. W tym czasie zatrzymał się w Warszawie powracający z NRD Jurij Andropow, ówczesny sekretarz KC KPZR do spraw kontaktów z krajami socjalistycznymi. Zenon Kliszko przekazał mu stanowisko Gomułki w sprawie wizyty i wypowiedzi Adżubeja. To było niedługo przed upadkiem Chruszczowa. Andropow uważnie wysłuchał Kliszki, zapewnił, że poinformuje o sprawie kierownictwo partii. Potem okazało się, że poinformował Leonida Breżniewa, a nie Chruszczowa, a zatem tych, którzy szykowali się go obalić. Sprawę Adżubeja wykorzystano przeciwko Chruszczowowi. Mimo to Gomułka wciąż nie był pewny trwałości poparcia ZSRR dla zachodniej granicy.

Pojednanie z Brandtem

Tymczasem w Polsce, w okresie konfrontacji między władzą a Kościołem związanej z tysiącleciem chrztu, pojawia się list biskupów polskich do biskupów niemieckich, w którym poruszono m.in. kwestię granicy zachodniej.
– Moim zdaniem, awantura o ten list była dużym błędem Gomułki; wynikała z jego przewrażliwienia i przekonania, że Kościół wchodzi w kompetencje państwa. Jednak intencja hierarchów była inna. Już wcześniej ze strony niemieckich Kościołów ewangelickich pojawiły się pojednawcze gesty wobec Polski, deklaracje gotowości uznania zachodniej granicy. Kościół katolicki w Polsce, który na przesunięciu granic na zachód ogromnie skorzystał, przejmując majątek Kościołów niemieckich, odczuwał spory dyskomfort z powodu sztywnego i niechętnego Polsce stanowiska niemieckiej hierarchii katolickiej.
Stąd w liście słowa, że to nie Polska decydowała o zmianie granicy zachodniej?
– Wyszyński chciał poprawić stosunki między katolikami polskimi i niemieckimi, a przy okazji odebrać niemieckim ewangelikom inicjatywę w budowie polsko-niemieckiego pojednania.
To się jednak nie udało, co przyznał sam prymas Wyszyński. Odpowiedź biskupów niemieckich w sprawie granicy zachodniej była rozczarowująca.
– Tak, ale to nie jego wina. Gomułka niepotrzebnie wdał się w awanturę, z której zresztą potem się wycofywał, przyznając, że biskupi wcale nie chcą oddawać ziem zachodnich. List nie nabrałby takiego rozgłosu, gdyby nie propagandowa nagonka ze strony władz.
Państwowym obchodom tysiąclecia towarzyszyły nastroje antyniemieckie. Gomułka nie wierzył w możliwość dialogu z RFN?
– Nie widział na niego szansy w okresie władzy Konrada Adenauera i jego chadeckich następców. Dopiero gdy kanclerzem został Willy Brandt, poczuł, że może mieć w nim partnera do rozmów o uznaniu zachodniej granicy przez RFN. Brandtowi – tak jak ja to odczytuję – zależało przede wszystkim na normalizacji stosunków z NRD. Uważał to za niezbędne do utrzymania poczucia jedności narodowej Niemców i szans na zjednoczenie w przyszłości. Wiedział jednak, że nie da się tego osiągnąć bez wcześniejszego ułożenia stosunków ze Związkiem Radzieckim i Polską. A to z kolei wymagało uznania powojennych granic. Gomułka w podejściu Brandta widział szansę dla Polski, ale jednocześnie obawiał się, że ZSRR zechce znormalizować stosunki z RFN niejako w imieniu całego obozu socjalistycznego. Wówczas sprawa granicy nadal opierałaby się na Związku Radzieckim. Gomułce zależało na układzie dwustronnym. I nad tym pracował.
Miał atut – układ zgorzelecki.
– Jak najbardziej, ten dokument pokazywał, że można dalej iść tą drogą, podpisując analogiczną umowę z RFN. Moskwie dążenie Gomułki do podpisania odrębnego dwustronnego układu się nie podobało, on jednak nie dał za wygraną, bo widział szansę umocnienia trwałości granicy zachodniej.
Te starania o granicę wpisywały się w szerszą strategię Gomułki zwiększania niezależności od ZSRR.
– Po objęciu władzy w 1956 r. Gomułka skoncentrował się na autonomii w polityce wewnętrznej. W stosunkach międzynarodowych – z powodu granicy zachodniej – zachowywał dużą ostrożność . Gdy w 1956 r. zaniepokojony wydarzeniami w Polsce Chruszczow pojawił się nagle w Polsce, Gomułka powiedział mu: „Czemu się tu zlecieliście? Boicie się, że zerwiemy z wami sojusz? Przecież jedna trzecia terytorium naszego kraju trzyma się na tym sojuszu”. Dopiero gdy w 1969 r. kanclerzem został Brandt, Gomułka zdecydował się na aktywną politykę wobec Bonn. Jej ukoronowaniem był układ z 7 grudnia 1970 r., w którym RFN uznała zachodnią granicę Polski. Otworzył on drogę do pełnej normalizacji stosunków z RFN, co nastąpiło już za Edwarda Gierka, po ratyfikacji układu z grudnia 1970 r.
Ten układ powoływał się na układ zgorzelecki. Na oba dokumenty powołuje się z kolei wzorujący się na nich i nadal obowiązujący układ polsko-niemiecki z listopada 1990 r. III RP korzystała z dorobku PRL.
– Bez Poczdamu, Zgorzelca i układu z 1970 r. nie byłoby układu z 1990 r. To oczywiste. Warto przypomnieć, że podpisanie układu w 1990 r. poprzedziło zwołanie konferencji 2 plus 4, która miała zastąpić zaanonsowaną jeszcze w Poczdamie konferencję pokojową. Zjednoczenie Niemiec obwarowano wieloma warunkami, bo Francja i Wielka Brytania nie były do niego nastawione entuzjastycznie. Jednym z warunków było uznanie istniejących granic.
Latem w Görlitz widziałem napis: Keine Grenzen (Żadnych granic). Teraz okazuje się, że granice znowu mają znaczenie. Zaprzeczając ciągłości polskiej historii, delegalizując PRL, zapomina się o dorobku poprzednich pokoleń.
– Tu chodzi nie tylko o wysiłki dyplomatyczne, ale także o zbrojny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem, zasiedlenie i zagospodarowanie ziem zachodnich.
Nasi zachodni sąsiedzi co roku, 3 października, obchodzą bardzo uroczyście Dzień Jedności Niemiec…
– …a my każdego dnia obchodzimy święto walki.


III RP korzystała z dorobku PRL
„Umawiające się Strony potwierdzają istniejącą między nimi granicę, której przebieg określony jest w Układzie z 6 lipca 1950 r. między Rzecząpospolitą Polską a Niemiecką Republiką Demokratyczną o wytyczeniu ustalonej i istniejącej polsko-niemieckiej granicy państwowej oraz w umowach zawartych w celu jego wykonania i uzupełnienia (Akt z 27 stycznia 1951 r. o wykonaniu wytyczenia państwowej granicy między Polską a Niemcami; Umowa z 22 maja 1989 r. między Polską Rzecząpospolitą Ludową a Niemiecką Republiką Demokratyczną w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich w Zatoce Pomorskiej), jak również w Układzie z 7 grudnia 1970 r. między Polską Rzecząpospolitą Ludową a Republiką Federalną Niemiec o podstawach normalizacji ich wzajemnych stosunków”.
Art. 1. Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec
o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy z 14 listopada 1990 r.

 

Wydanie: 51/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy