Trzeba nam demokracji. Ale innej demokracji

Trzeba nam demokracji. Ale innej demokracji

Pandemia może nasilać tendencje odśrodkowe. Ale skuteczna walka z kryzysem wymaga wspólnego działania

Prof. Janusz Reykowski – psycholog społeczny, Instytut Psychologii PAN. W latach 2003-2005 prezydent Międzynarodowego Towarzystwa Psychologii Politycznej. Podczas obrad Okrągłego Stołu współprzewodniczący (z Bronisławem Geremkiem) zespołu ds. reform politycznych. Autor licznych książek i opracowań naukowych, ostatnio opublikował „Rozczarowanie demokracją. Perspektywa psychologiczna”.

Co z tą demokracją, panie profesorze?
– Niedobrze. Od kilkunastu lat w Europie mamy do czynienia z takimi zjawiskami jak systematyczne obniżanie poziomu zaufania do instytucji demokratycznych (do rządów, parlamentów, partii politycznych) i systematyczny wzrost poparcia dla formacji politycznych kwestionujących pewne podstawowe zasady ładu demokratycznego. Są to ruchy i partie określane jako radykalna, autorytarna, populistyczna prawica. W różnych krajach w drodze demokratycznych wyborów władzę uzyskują przywódcy, których polityka jest pod wieloma względami sprzeczna z zasadami demokracji (to m.in. Turcja, Węgry, Polska, Stany Zjednoczone, Brazylia, Filipiny). Demokracja, jak pisze Richard Rorty, wybitny amerykański filozof końca XX i początku XXI w., jest pożądana, „ponieważ daje ludziom nadzieję, że ich życie może być uwolnione od przekleństwa przemocy i okrucieństwa. Perswazja zamiast brutalnej siły; kompromis i reformy zamiast krwawej rewolucji; swobodne, otwarte interakcje zamiast zastraszania i rozkazywania; pełen nadziei, badawczy stan umysłu”. Tymczasem obserwujemy właśnie wzrost znaczenia przemocy jako sposobu realizacji celów politycznych. Na razie w Europie jest to głównie przemoc o charakterze politycznym. Przemoc fizyczna, np. ataki na „obcych”, pobicia na ulicach, podpalanie domów – to zjawiska niezbyt częste. Natomiast w Polsce wykluczanie, np. ogłaszanie, że dany obszar jest „wolny od LGBT”, i przemoc symboliczna (hejt) bardzo się rozpowszechniły. Przemoc jest sprzeczna z wartościami demokratycznymi.

Ale demokracja ma narzędzia przemocowe.
– Państwo demokratyczne jest jedynym prawomocnym dysponentem przemocy, w tym przemocy fizycznej, ale jej użycie jest ściśle regulowane przez prawo (np. użycie broni przez policję albo pozbawienie kogoś wolności). Można się nią posłużyć tylko w obronie prawa i w granicach prawa. W demokracji możemy mieć do czynienia z innymi rodzajami przemocy, np. z przemocą polityczną. Polega ona na użyciu posiadanej władzy lub przewagi politycznej do wymuszenia określonych zachowań lub do wprowadzenia zmian sprzecznych z interesami i wartościami pewnych grup społecznych. Przemoc polityczna, np. w formie wymiany kadr albo narzucenia określonych zachowań (choćby pozostawania w domu w trakcie epidemii), może być użyta do obrony ważnych interesów społecznych. Ale bywa też używana do realizacji celów partyjnych – zwiększania własnej władzy czy osiągania korzyści materialnych. Ta forma przemocy w demokracjach jest szczególnie jaskrawa tam, gdzie władzę przejęła autorytarna prawica.

Posługiwanie się przemocą polityczną wiąże się z pewnym szczególnym rozumieniem demokratycznej polityki jako walki o władzę, w rezultacie której zwycięska większość panuje nad przegraną mniejszością. Zdobytą przewagę wykorzystuje do promowania własnych interesów, w tym interesów popierających ją grup („swoich”). Odbywa się to kosztem innych grup. Tak uprawiana demokracja określana bywa jako demokracja adwersaryjna. Co prawda, bardziej zaawansowane demokracje mają różne zabezpieczenia interesów mniejszości, z których najważniejszymi są konstytucyjne gwarancje praw obywatelskich (w niektórych krajach są inne niż konstytucja sposoby ochrony praw obywatelskich – przyp. JR), ale nie są one wystarczające. Nie naruszając tych praw, można prowadzić politykę sprzeczną z żywotnymi interesami i ważnymi wartościami różnych grup.

Demokracja może być jednak rozumiana inaczej. Jak ujął to Seymour Lipset, wybitny amerykański socjolog, „w stabilnej demokracji muszą się ujawniać konflikty i podziały, (…) ale bez konsensusu (…) nie ma demokracji”. Innymi słowy, władza demokratyczna nie może być sprowadzana do polityki siły. Niezbędnym jej składnikiem jest (powinna być) polityka porozumień. Ale jeśli dzisiaj spojrzy się np. na demokrację amerykańską, polską, angielską, to widać, że przewagę ma polityka siły, a nie polityka porozumień. W Polsce przykładem powodzenia polityki porozumień były obrady Okrągłego Stołu, a także prowadzone w latach 90. prace nad nową konstytucją.

Okrągły Stół był sytuacją i działaniem nadzwyczajnym. Ale obie strony sporu politycznego wypracowały metodę wartą wykorzystania w demokracji nieadwersaryjnej. Patrząc na polski parlament 2020, trudno to dostrzec…
– To prawda, polski Okrągły Stół był przykładem zastosowania polityki porozumień jako sposobu rozwiązywania bardzo głębokiego konfliktu społecznego. Niestety, doświadczenie to nie zostało wykorzystane przy budowaniu polskiej demokracji. Stała się ona bardzo szybko demokracją adwersaryjną.

Dla polskiej prawicy intelektualnie ważny jest Carl Schmitt, wedle którego w polityce najważniejsze jest posiadanie, nazwanie lub wyznaczenie wroga. To stało się metodą politycznego funkcjonowania.
– Niestety, nie tylko dla polskiej prawicy. Duża część polskiej klasy politycznej przyjęła takie właśnie adwersaryjne nastawienie. Pojawiło się ono już w pierwszych miesiącach po zdobyciu władzy przez Solidarność. Groźnym jego zwiastunem była słynna „wojna na górze”. W demokracji liberalnej instytucje demokratyczne – parlament, organy samorządu, wolne media, niezawisłe sądy – miały stanowić fora, na których różnice i sprzeczności są artykułowane i w drodze debaty rozwiązywane. W rzeczywistości często stają się polem bitwy. Oczywiście nie każdy problem da się rozwiązać w drodze debaty. Są takie, które trzeba rozwiązać w drodze głosowania, w którym decyduje większość. Jednak nawet w takich sytuacjach większość może liczyć się z mniejszością, uwzględniając w jakimś stopniu jej perspektywę. Ale przy adwersaryjnym nastawieniu większość, jak to się dzieje w naszym kraju, bezwzględnie wykorzystuje swoją przewagę. W Polsce to niszczące, adwersaryjne nastawienie objęło prawie cały system demokratycznych instytucji. Nie ulegają mu tylko niektóre organy samorządowe i niektóre media. Natomiast właśnie w Sejmie, instytucji powołanej do debaty, stosowany jest dyktat. Zresztą podobne zjawisko obserwujemy w Kongresie i Senacie amerykańskim. Choć tam zdarza się, że pewne problemy są rozwiązywane w drodze porozumień. Tam działa też system niezawisłego sądownictwa, które ma realną władzę i z którym organy władzy politycznej muszą się liczyć.

Na razie.
– Są doniesienia, że Trump chciałby zdobyć wpływ na Sąd Najwyższy, ale nie znaczy to, że potrafi. Mechanizmy niezależne od władzy politycznej jednak działają. Jest tam więc inna sytuacja niż w Polsce, gdzie władza potrafi ignorować wyroki sądów.

Ta „mutacja” instytucji demokratycznych niepokoi.
– Nasuwa się pytanie, dlaczego demokracja przybiera taki adwersaryjny charakter. Są różne przyczyny tego zjawiska (w książce „Rozczarowanie demokracją” dokładniej omawiam przyczyny psychologiczne), ale w tej rozmowie chciałbym się skupić na jednej, moim zdaniem bardzo ważnej. Otóż musimy pamiętać, że sposób działania instytucji społecznych i politycznych zależy w dużym stopniu od tego, jak są one przez ludzi rozumiane – przede wszystkim przez „funkcjonariuszy” tych instytucji (polityków) oraz ich społeczne otoczenie. Ale także przez szersze kręgi społeczne. Funkcjonowanie demokracji musi zależeć w niemałym stopniu od tego, jak jej mechanizmy są rozumiane przez społeczeństwo. A jak sądzę, mamy podstawy do przekonania, że na sposób myślenia o współczesnym systemie demokratycznego kapitalizmu duży wpływ wywarła ideologia rynkowa. Opiera się ona na założeniu, że głównym wyznacznikiem działalności ekonomicznej jest troska o własny interes. Ale nie tylko ekonomicznej, również wszelkiej innej. Wiąże się to z wyobrażeniem o egoistycznej naturze człowieka i stosunków międzyludzkich. Takie wyobrażenie popularyzowane jest przez wielu autorów. Amerykańska filozofka Ayn Rand, bardzo popularna w kręgach amerykańskiej prawicy, m.in. wśród elit Partii Republikańskiej, pisała, że troska o własny interes „jest najwyższym nakazem moralnym dla człowieka”.

Dobrym przykładem zastosowania tego sposobu myślenia do mechanizmów polityki jest ekonomiczna teoria demokracji, którą kilkadziesiąt lat temu sformułował amerykański ekonomista Anthony Downs. Stwierdza ona, że demokracja to system, w którym dwie lub więcej partii rywalizuje o kontrolę nad aparatem władzy, którą zapewnia uzyskanie większości głosów wyborców. Partia polityczna to grupa ludzi, która dąży do zajęcia stanowisk w rządzie wyłącznie ze względu na związane z nimi dochody, prestiż i władzę. Polityka partii służy więc jedynie zwiększeniu liczby głosów, bo od tego zależy zdobycie i utrzymanie władzy – korzyści obywateli są „produktem ubocznym” działań we własnym (indywidualnym lub grupowym) interesie, o który zabiega się w warunkach rywalizacji między partiami. Sytuacja rywalizacji wymaga, aby partie zapowiadały politykę, która wyborcom może się wydać atrakcyjna. Aby utrzymać się przy władzy, muszą one też, przynajmniej w jakimś stopniu, taką politykę realizować. Albo chociaż realizować ją lepiej niż konkurenci. Postępowanie polityka przypomina więc postępowanie kapitalistycznego przedsiębiorcy, który działając we własnym interesie ekonomicznym, wytwarza lub dostarcza dobra przynoszące pożytek jego klientom. Cały ten sposób myślenia ujmuje wspólnotę demokratyczną jako grupę interesów – etos demokratyczny, moralne podstawy demokracji przestają się liczyć.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 15/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy