Tychy w czerni

Tychy w czerni

Prezydent miasta ogłosił piątek dniem żałoby. Opuszczono do połowy masztu flagi państwowe, odwołano imprezy

Wtorek, 28 stycznia, w Tychach szok. W sklepach, taksówkach i domach nie mówi się o niczym innym, tylko o tragedii w Tatrach. Że niepotrzebnie tam poszli, że nie powinni, że może jakimś cudem ktoś ocalał pod zwałami śniegu. Nadzieja topniała z godziny na godzinę. A kiedy po 33 godzinach akcji ratowniczej ogłoszono jej przerwanie na czas nieokreślony, zapanowała rozpacz.
– To koniec. To koniec – powtarzał jeden z nauczycieli pod szkołą im. Kruczkowskiego.

Na pomoc

Kiedy tylko informacja o dramacie pod Rysami dotarła do Urzędu Miasta w Tychach, powołano sztab kryzysowy pod przewodnictwem wiceprezydent Elżbiety Kani. Wiadomo było tylko tyle, że ratownicy wydobyli spod śniegu trzy osoby. Jedną poturbowaną, jedną w stanie ciężkim i jedną martwą. I że prawdopodobnie lawina pogrzebała jeszcze dziewięć osób. Aleksandra Cieślik, rzecznik prasowy tyskiego urzędu, dzwoniła do schroniska w Morskim Oku i prosiła dzieci z Tychów, żeby się policzyły, ale one nie były w stanie tego zrobić.
– Płakały, nie wiedziały, ile ich jest – mówi Aleksandra Cieślik.
Urzędnicy zaczęli ustalać adresy rodziców uczestników wycieczki. Nie wszyscy mieli telefony, więc do niektórych wysłano strażników miejskich. Wiceprezydenci Tychów, Daria Szczepańska i Henryk Borczyk, oraz Aneta Moczkowska, naczelnik wydziału informacji, promocji i współpracy z zagranicą, pojechali na miejsce tragedii.
Na wieść o dramacie natychmiast przerwał rodzinny urlop w Dolomitach i wrócił do kraju prezydent Tychów, Andrzej Dziuba.
Urząd Miejski w Tychach jeszcze w dniu tragedii zorganizował autokar do Zakopanego dla rodzin poszkodowanych i zaginionych. Zapewnił też noclegi. Autokar odjechał z Tychów po godz. 19 z 13 osobami pod opieką dwóch psychologów i urzędnika z wydziału zarządzania kryzysowego. Niektórzy pasażerowie patrzyli tępo w szybę, zakrywali twarze dłońmi, inni szlochali. Jeszcze mieli nadzieję. Jeszcze wierzyli w cud. Urząd miasta przekazał na rzecz TOPR 20 tys. zł i uruchomił specjalne konto „Lawina”.
Do Zakopanego pojechała również dyrektorka I Liceum Ogólnokształcącego im. Leona Kruczkowskiego, Urszula Mandera. Jej zastępczyni, Justyna Tobiasz, nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Bliska płaczu mówiła: – Proszę, nie mogę, to wielka tragedia, zrozumcie mnie.
Potem w szkole pojawiła się straż miejska. Wydano zakaz rozmów z dziennikarzami pod groźbą zwolnienia dyscyplinarnego.

Młodzież go uwielbia

I LO im. Kruczkowskiego w Tychach. Potocznie „Kruczek”. Porządna szkoła. Dobra młodzież, dobrzy nauczyciele. Wśród nich Mirosław Szumny. Organizator obozu w Tatrach i wyprawy na Rysy. Nauczyciel geografii. Dwa lata temu miał poważne problemy. Ktoś przesłał do TVN wykonane przez niego akty młodych dziewczyn. To były uczennice. Żadna z nich nie złożyła skargi. Twierdziły, że nauczyciel zapoznawał je ze światem artystycznej sztuki. Rodzice słali petycje, bronili go wszelkimi sposobami. Kuratorium nie usunęło go ze szkoły.
– To pasjonat – mówi Marek, uczeń „Kruczka”. – Woli geografię na żywo niż z książek. Potrafi zarazić innych swoją pasją. Taki starszy kolega, który wysłucha i zwierzy się również ze swoich problemów. To, co się stało, wydaje się niemożliwe.
Z inicjatywy Szumnego pod koniec 1999 r. powstał Uczniowski Klub Sportowy Pion, zrzeszający kilkadziesiąt osób. 5 marca 2000 r. przekazano do użytku szkolną ścianę wspinaczkową.
Szumny organizował wyprawy na skałki Jury Krakowsko-Częstochowskiej, wspinał się z członkami Pionu na Mont Blanc i na lodowce Islandii. Kilkanaście razy był na szczycie Rysów. Ale nie figuruje na liście instruktorów Polskiego Związku Alpinizmu.
– Ja go będę bronił – zapewnia jeden z rodziców dzieci uczestniczących w feralnym tatrzańskim obozie (jego syn wszedł na Rysy dzień wcześniej). – Przecież miał doświadczenie i umiejętności, młodzież go uwielbia. Nie wiem, dlaczego nie poszli z przewodnikiem. Tylko co to zmieni? My, rodzice, też w końcu wyraziliśmy zgodę na ten wyjazd.
– Ale tragedia przecież się wydarzyła – mówię. – Ktoś będzie musiał ponieść konsekwencje.
– To sprawa prokuratury. Jakie to zresztą ma znaczenie. Życia nikomu nie wróci, nie odda dzieci rodzicom. Dziękuję Bogu, że syn ocalał. Patrzyłem na tych, których bliscy zostali pod śniegiem. Nie wiem, czy jeszcze będą kiedyś potrafili normalnie żyć.

Tylko znicze

W środę popołudniu do Tychów wróciły z opiekunem te dzieci, które nie brały udziału w tragicznej wyprawie na Rysy. Pojawiła się informacja, że autokar przywiezie je pod szkołę. Na prośbę rodziców samochód rozwoził dzieci prosto do domów, byle tylko uniknąć kontaktów z dziennikarzami.
Liceum Kruczkowskiego zostało zamknięte. Biały budynek, a przed nim najpierw kilka, potem dziesiątki płonących zniczów. Przychodzą tu nauczyciele, rodzice, młodzież z Kruczkowskiego i Norwida. Zupełnie obcy i znajomi zasypanych. Tłum ludzi.
– Tam, pod śniegiem, jest mój kolega – mówi Ania z LO im. Kruczkowskiego. – Tak się cieszył, że zdobędzie zimą Rysy. Od dawna przecież planowali tę wyprawę. Zabrali flagę, chcieli poczuć się jak zdobywcy. Nie wierzę, że on zginął. Może jest w śpiączce, ocalał i go uratują. Może ich wszystkich odnajdą.
Płacze. Płaczą też dorośli.
Łukasz jest z LO im. Norwida: – To nie ma znaczenia. Z niektórymi uczestnikami wyprawy na Rysy chodziłem do podstawówki. Jeśli idzie o góry, to ci z klubu byli zapaleńcami. Nic innego się nie liczyło. Podobno nawet nie zapytali o warunki w górach. Ale przecież nie byli tam sami, ktoś za nich odpowiadał, ktoś podjął decyzję o wspinaczce w warunkach zimowych, ktoś coś zlekceważył. Nie musiało do tego dojść. Oni już nie wrócą. Może się znajdą, dopiero jak stopnieje śnieg. To straszne. Zupełnie bez sensu.
Kiedy przerwano akcję ratowniczą, zapadła decyzja o powrocie rodzin zasypanych do Tychów. Nadzieja zgasła. W czwartek, 30 stycznia, prezydent Tychów ogłosił piątek dniem żałoby. Opuszczono do połowy masztu flagi państwowe i odwołano imprezy. W niedzielę w kościele bł. Karoliny w Tychach arcybiskup Damian Zimoń odprawił mszę świętą w intencji ofiar tragedii. Msze w tej intencji odprawiono również we wszystkich tyskich kościołach.
– Sztab kryzysowy nadal działa – mówi rzecznik Aleksandra Cieślik. – Teraz najważniejsze jest zapewnienie pomocy rodzinom poszkodowanych. Psychologicznej, medycznej. Ludzie wpłacają pieniądze na konto „Lawina”, dzwonią cały czas i deklarują pomoc. Nie do nas należy ocena, czy ktoś zawinił. To sprawa prokuratury, nie nasza. Dla nas to przede wszystkim wielka tragedia.
Pod liceum Kruczkowskiego wciąż przychodzą ludzie i zapalają znicze.

 

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy