Tysiąc złotych dla każdego – rozmowa z dr hab. Ryszardem Szarfenbergiem

Tysiąc złotych dla każdego – rozmowa z dr hab. Ryszardem Szarfenbergiem

W roku 2009 ponad 17% Polaków doświadczało ubóstwa i wykluczenia lub było nimi zagrożonych Götz Werner, przedsiębiorca niemiecki, napisał niedawno książkę, w której domaga się, by państwo płaciło każdemu obywatelowi – od niemowlęcia do starca – po tysiąc euro miesięcznie. Jego pomysł omawiano m.in. w czasie debaty w ZDF – drugim kanale niemieckiej telewizji publicznej. W Polsce podobna propozycja zostałaby uznana – oględnie mówiąc – za egzotyczną. – Dla mnie idea powszechnego dochodu obywatelskiego nie jest egzotyczna. Interesuję się nią od dłuższego czasu. W innych krajach podobne koncepcje pojawiają się od dawna, w niektórych na niewielką skalę próbowano wprowadzić zgodne z nimi rozwiązania. Dlatego nie wiem, o jaką egzotykę panu chodzi. Z perspektywy polityki społeczno-gospodarczej prowadzonej w Polsce po 1989 r. idea obywatelskiego dochodu powszechnego jest bez wątpienia egzotyczna. – Zgodzę się, że w Polsce przyjmuje się ona dużo gorzej niż w Niemczech, Austrii lub Szwajcarii. Jest prawie nieznana. Proszę wyjaśnić, o co w niej chodzi. – Powszechny dochód obywatelski zasadniczo różni się od znanych obecnie świadczeń socjalnych. Podkreślona w nazwie powszechność wskazuje, że to świadczenie powinno przysługiwać każdemu. Aby je otrzymać, nie trzeba być ubogim, płacić składek jak w przypadku emerytur, pracować ani potwierdzać gotowości pracy, nie trzeba też mieć na utrzymaniu dzieci… Pracodawca musi się starać Za co powinno nam się należeć to świadczenie? – Formułuje pan pytanie tak, jakbyśmy musieli wszystko rozpoznawać w kategoriach coś za coś. Tymczasem jest to dochód bezwarunkowy. Lepsze zatem jest pytanie, dlaczego nam się należy. Dlaczego? – Przede wszystkim dlatego, że każdy człowiek ma przyrodzoną godność i związane z nią prawo do życia w warunkach odpowiadających tej godności. Powszechny dochód obywatelski można uzasadnić, opierając się na Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, Europejskiej Karcie Społecznej lub Karcie Praw Podstawowych UE. We wszystkich tych dokumentach, ratyfikowanych przez Polskę, sformułowano prawo do zabezpieczenia społecznego. Po to mamy w kapitalizmie politykę społeczną, aby zapewnić każdemu zabezpieczenie w razie wystąpienia tzw. ryzyk socjalnych: starości, choroby itp. Jednak w praktyce ona sama naraża godność na szwank. Państwowa pomoc społeczna jest warunkowa, adresowana – należy spełnić odpowiednie kryteria, głównie dochodowe, by uzyskać świadczenia pieniężne. Trzeba się o nie starać, dowodząc, że jest się biednym, niezdolnym do pracy. Trzeba wpuszczać do domu pracownika socjalnego, który sprawdza sytuację i decyduje, czy pieniądze faktycznie nam się należą. Ale i tak urzędnik, który działa w ramach obowiązującego prawa i musi się do niego stosować, uderza w naszą godność znacznie mniej niż dobroczyńcy prywatni, których można tylko poprosić o pomoc, a oni – według własnego uznania – decydują, czy jej udzielić. Od ich rozstrzygnięcia nie przysługuje żadna możliwość odwołania. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze stygmatyzacja w otoczeniu – pobierasz świadczenia, korzystasz z dobroczynności, więc nie radzisz sobie, jesteś nieudacznikiem. Czy nie obawia się pan, że powszechny dochód obywatelski dałby niepracującej rzeszy konsumentów piwa i wina nie tyle prawo do godnego życia, ile do godnego picia? – Należymy do krajów, w których generalnie obywatelom się nie ufa. Sądzi się, że tylko szukają okazji, by naciągnąć państwo. Wpojono nam myślenie, że jeśli ludziom coś dajemy, nie wymagając niczego w zamian, na pewno wszystko przepiją, zmarnotrawią, zejdą na złą drogę. Nawet moi koledzy z uczelni śmieją się, że jeśli będzie powszechny dochód obywatelski, to od razu zrezygnują z pracy. Chciałbym zobaczyć, jak odchodzą z uniwersytetu, siadają przed telewizorem i piją piwko. Wyobrażenie, że ludzie nie mają wrodzonej aktywności, że potrzebny jest im straszak, żeby byli aktywni i użyteczni, jest błędne. Philippe Van Parijs, jeden ze znanych rzeczników powszechnego dochodu obywatelskiego, zapewnia, że wprowadzenie tej idei oznaczałoby „wolność od tyranii szefów, mężów i biurokratów”. – Wiedząc, że mamy zagwarantowane świadczenie, nie musimy przyjmować oferty pracy, która nam nie odpowiada. „Szef”, czyli pracodawca, musi się bardziej starać, bo nie ma tej rezerwowej armii, która tylko czeka na zwolnione miejsca pracy. O wolności od „biurokratów” – urzędników, a także prywatnych filantropów, którzy decydują, czy przyznać nam pomoc, czy nie, już mówiliśmy. Powszechny dochód obywatelski mógłby skłonić niepracujące kobiety do zerwania toksycznych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 22/2011

Kategorie: Wywiady