Uff…?

W czwartek, 10 kwietnia, telewizje brytyjska i amerykańska, a za nimi i nasze, powtarzały radośnie: „Uff”, co miało być westchnieniem ulgi, że wszystko w końcu poszło dobrze. Amerykanie są w Bagdadzie, Anglicy są w Basrze, ludność, do tej pory raczej wrogo nastawiona, pojawiła się na ulicach w pobliżu amerykańskich pojazdów pancernych i jacyś ludzie – choć nie było ich zbyt wielu, co widzieliśmy na żywo – przewrócili przy bratniej pomocy amerykańskiego czołgu pomnik Saddama Husajna.
Mam tę wątpliwą przyjemność, że kilkakrotnie na własne oczy widziałem rozmaite wchodzenia i wychodzenia obcych wojsk, obserwując je z pozycji mieszkańca, nad którym przetaczały się te nawałnice. I wiem, że tymi, którzy pierwsi biegną wówczas na ulicę, jest – nie licząc dzieci, które biegną wszędzie, gdzie coś się dzieje – zazwyczaj szumowina. Burzyciele pomnika Saddama bardzo chętnie i chyba nie całkiem bezinteresownie pozowali zebranym tłumnie fotografom, ale mogę się założyć, że nie zabrakło ich już wkrótce przy rabowaniu gmachów rządowych, banków, a potem sklepów, domów prywatnych, a nawet szpitali.
Wojna w Iraku, którą oglądać można było minuta po minucie na ekranach telewizorów, jest wojną propagandową, w której takie same znaczenie jak rakiety mają także flesze fotoaparatów i obiektywy kamer. Mimo to toczy się ona także naprawdę, z prawdziwymi trupami, kalekami i zniszczeniami. Myślę, że warto jest odróżnić te dwie warstwy, z których dopiero druga zdecyduje o jej wyniku. O tym wyniku zdecydują Irakijczycy, którzy nie machali do czołgów, ale pozostali w domach, martwiąc się o swój kraj i o siebie samych. I na których spadały bomby. Zadecyduje także opinia publiczna na świecie, która nie wydaje się do końca przekonana.
Prezydent Bush, zaczynając tę wojnę, zapewniał, że w Iraku znajduje się broń masowego rażenia, której nie mogli znaleźć inspektorzy ONZ, ponieważ trzymał ją w ręku Saddam Husajn, szaleniec, którego trzeba rozbroić, zanim użyje tej broni przeciwko światu. Ten argument powtarzała rzesza zwolenników wojny, także w Polsce, i był on głównym uzasadnieniem ataku. Okazał się jednak nieprawdziwy nie tylko dlatego, że żadnej broni nie znaleziono – teraz zaś mówi się, że broń tę wywieziono do Syrii – ale także dlatego, że trudno sobie wyobrazić szaleńca, który stojąc w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, widma zagłady i własnej śmierci, nie użyje broni, którą trzyma w ręku. A Saddam tego nie zrobił, a więc albo nie miał broni masowego rażenia, albo nie jest szaleńcem.
Dziś robi się wszystko, aby zapomniano o tych argumentach. Mówi się więc o demokracji w Iraku, która ma nastąpić po Saddamie. Niewątpliwie Irakowi przydałaby się demokracja. Ale tak samo przydałaby się ona na przykład Kuwejtowi czy Arabii Saudyjskiej, do których nikt nie zgłasza pretensji o brak demokracji, chociaż są krajami średniowiecznymi, którym Irak, mimo krwawej dyktatury Saddama, nie był.
Kto ma jednak ustanawiać demokrację w Iraku?
Mamy się tego dowiedzieć z konferencji państw zwycięskiej koalicji, która ustali ponoć jakiś iracki rząd tymczasowy. Na razie jednak ofertą dla kraju są iraccy emigranci z Ameryki i z Londynu, których nikt w Iraku nie zna, albo też Amerykanie, którzy twierdzą, że muszą przez jakiś czas tu pozostać, zachowując law and order. Już jednak słyszy się głosy Irakijczyków – w tym także Irakijczyków mieszkających w Polsce – że skoro Amerykanie, jak twierdzą, wykonali swoją robotę, uwalniając kraj od reżimu Saddama, to powinni wyjechać.
Tych głosów wkrótce będzie coraz więcej, wcale nie z miłości do dyktatora.
Urodziliśmy się wszyscy w kraju, w którym w godzinie obcego najazdu poeta pisał: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli…”. Nie widzę żadnego powodu, aby prawa do podobnych uczuć odmawiać Irakijczykom.
Amerykanie całkiem szczerze wolą być wyzwolicielami niż okupantami, bo nie jest to wdzięczna rola. Ale nikt też nie chce rezygnować z owoców odniesionego zwycięstwa militarnego. Dlatego też w przeciwieństwie do mętnych wizji politycznych mamy do czynienia ze znacznie klarowniejszymi wizjami gospodarczymi. Wiadomo więc, że dobrami Iraku, do których należą drugie co do wielkości złoża naftowe na świecie, zarządzać będzie nie ONZ, lecz konsorcja amerykańskie, które wycofać muszą choć w część kosztów tej wojny. Odbudowywać zaś Irak, to znaczy podpisywać miliardowe kontrakty na rekonstrukcję zniszczonego przez wojnę kraju, będą w przede wszystkim firmy z czterech państw zwycięskich – USA, Wielkiej Brytanii, Australii i, owszem, Polski. To świetnie, chociaż nie wiem doprawdy, dlaczego w tym miejscu uparcie staje mi przed oczyma fotografia generała Bortnowskiego ściskającego starą Ślązaczkę, gdy korzystając z agresji Niemiec na Czechosłowację, weszliśmy w 1938 r. na Zaolzie… Za odbudowę Iraku po wojnie płacić będą oczywiście Irakijczycy swoją ropą, bo przecież to oni mieli Saddama i przegrali jego wojnę.
Tak to wygląda w skrócie. I nie jest to wcale scenariusz najgorszy. Znacznie gorszym bowiem może być ten, że ponieważ prezydent Bush nie znalazł broni masowego rażenia w Iraku, ani też nie schwytał Saddama Husajna „żywego lub martwego”, zacznie szukać broni w Syrii, a Saddama, powiedzmy, w Iranie.
I nikt mu w tym nie przeszkodzi, ustanowiliśmy bowiem nowe prawo międzynarodowe. Jest to po prostu prawo silniejszego, a więc w istocie prawo bardzo stare, wręcz naturalne, które obowiązywało już w społeczeństwie jaskiniowym.
Spór, który dzieli dzisiaj świat, a zwłaszcza Europę, polega więc w istocie na tym, czy mamy ratyfikować to prawo, czy też przeciwstawić się mu, wychodząc z założenia, że od czasów jaskiniowych dokonał się jednak jakiś postęp, który na miejsce środków niewątpliwie przekonywających – jak walnięcie maczugą czy „inteligentną bombą” najnowszej generacji – stara się wprowadzić takie kategorie jak moralność, współpraca, rozum.
Zwolenników drugiego z tych poglądów przedstawia się obecnie jako słabeuszy, naiwniaków i tchórzy, którym teraz powinno być głupio. Wojna w Iraku jest bowiem kolejnym dowodem, że dobry cios w zęby poparty wiązanką propagandowych mistyfikacji jest skuteczniejszym i lepszym rozwiązaniem niż tasiemcowe debaty, rozwlekłe perswazje czy ględzenia o miłości bliźniego, nawet z okna w Watykanie.
A najważniejsze, że się udało. Uff… co za ulga!

 

 

Wydanie: 17/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy