Umarł pan z panów

Umarł pan z panów

Bez uprzedzeń

Zmarł Jan Zamoyski. To nazwisko dźwięczy wieloma historycznymi skojarzeniami, sama osoba schodzi jak gdyby na drugi plan. Wyrastałem w sąsiedztwie ordynackich lasów, Ordynat był częścią naturalnego porządku tamtej części Polski. Jakieś czterdzieści parę lat temu jadąc pociągiem do Zamościa, przysłuchiwałem się rozmowie trojga pasażerów. Dawny fornal ordynacki chwalił akuratność wypłat i innych porządków u pana hrabiego przed wojną; urzędnik z Warszawy, który przez jakiś czas pracował biurko w biurko z Janem Zamoyskim w jakiejś spółdzielni, opowiadał o jego oryginalnych obyczajach, tolerowanych przez szefa, bo pana hrabiego nie można było nie lubić; wreszcie mieszkanka Zwierzyńca, stolicy Ordynacji, wychwalała skromne stroje jego córek (była wojna), chodzących jak wszyscy piechotą do nie bardzo bliskiego kościoła. W pociągu nie ma o czym myśleć i te opowieści pobudziły moje zainteresowanie ostatnim ordynatem. O czasach więziennych Zamoyskiego mówił mi dużo później kolega z Rady Wydziału, profesor Wacław Felczak, który – z wyrokiem śmierci zresztą – siedział z nim w jednej celi przez pewien czas. Co ciekawe, we wspomnieniach Felczaka, bardzo lakonicznych, ale oddających koszmar sytuacji, Jan Zamoyski był dokładnie tak samo pogodną, ciepłą, mądrą i posiadającą odcień oryginalności postacią jak w tamtych opowieściach z pociągu. Podczas śledztwa Zamoyski był torturowany i bywało – mówię za Felczakiem – że przyprowadzano go do celi zakrwawionego.
W czasach solidarnościowych zgodził się patronować małemu ugrupowaniu deklarującemu chęć kontynuowania tradycji Narodowej Demokracji. Z jego strony był to symboliczny gest wyrażający sentyment do środowiska, w którym jego ojciec, niedoszły prezydent, odgrywał istotną rolę podczas pierwszej wojny światowej i w pamiętnych latach odzyskiwania przez Polskę niepodległości. Poglądy i usposobienie moralne Zamoyskiego sytuowały go w nurcie konserwatywnego liberalizmu, a nie nacjonalizmu.
Skoro wspomniałem jego ojca, jeszcze dwa słowa w związku z nim. W rywalizacji o stanowisko pierwszego prezydenta Polski niepodległej Maurycy Zamoyski przegrał, jak wiadomo z Gabrielem Narutowiczem, co było szaloną niespodzianką dla prawicy, ale także dla lewicy. W pierwszej turze wyborów Zamoyski uzyskał największą ilość głosów, niewiele brakowało mu do zwycięstwa. Narutowicz otrzymał poparcie nieznaczne. Ostatecznie wygrał dzięki targom partyjnym i oburzenie, jakie ten wybór wywołał w połowie Polski, nie było tak bezpodstawne, jak jest przedstawiane. Zbrodnia popełniona na Narutowiczu wypchnęła poza pole uwagi problem, czy on słusznie postąpił, godząc się być obiektem partyjnych manipulacji. Czy było roztropne z jego strony przyjąć wybór, który musiał spolaryzować społeczeństwo, i zaognić wrogości? Legalność tego wyboru opierała się na regułach proceduralnych, co jest wystarczające w państwie, w którym takie reguły są utrwalone, ale nie tam, gdzie ustrój dopiero się kształtuje, a ogół bardziej wierzy w osoby niż w prawo. Użyłem słowa „rywalizacja” – zupełnie ono nie odpowiada postawie, charakterowi, wreszcie sytuacji Maurycego Zamoyskiego, który nigdy o nic i z nikim nie potrzebował ani nie chciał rywalizować. Do wyborów przystąpił bez przekonania, wkrótce nabrał niesmaku, będąc także do pewnego stopnia ofiarą partyjnej taktyki.
Jan Zamoyski był człowiekiem krańcowo odmiennego autoramentu od tych „narodowców”, których Polacy mogą obecnie oglądać sobie w telewizji. On nie tylko nie mógł z nimi współdziałać politycznie. On wśród nich nie był nawet bezpieczny. To z tych kręgów wysunięto przeciw niemu nędzne oszczerstwo. Gdyby ci oszczercy mieli tyle władzy, ile mieli komuniści po wojnie, czy poprzestaliby na samym oszczerstwie? Mówi się, że działacze „Solidarności” byli początkowo szlachetnymi idealistami, dopiero później władza i pieniądze ich zdemoralizowały. Bezstronna obserwacja prowadzi do innych wniosków. Od początku dzielili się na idealistów – mniejszościowców, „mieńszewików” i na bolsziństwo frustratów, próbujących nieraz na ślepo terroru psychologicznego, bo fizyczny był poza granicami możliwości.
Zamoyski ze stoicyzmem zniósł po wojnie utratę majątku, jednego z największych w Polsce. Wyemigrować nie chciał, pracował w warszawskim biurze zagranicznej firmy. Bardzo zasłużył się jako animator, inspirator restauracji renesansowego Zamościa. Gdyby mówić o jego największych zasługach, trzeba by cofnąć się do czasów wojny i okupacji. Uratował życie co najmniej dwustu osobom, przeważnie Żydom. W swoim domu ukrywał m.in. dwu Francuzów, uciekinierów z obozu jenieckiego, za co groziła natychmiastowa śmierć całej rodziny. Działał w RGO i w konspiracji jako oficer AK. Tu i ówdzie w Polsce dochodziło wówczas do tego, co sto lat wcześniej Henryk Kamieński wymarzył sobie jako „historyczną misję polskiej niewoli”, to znaczy zacierania się różnic stanowych. Brakuje mi książki opisującej akowski egalitaryzm (nie mówię, że był powszechny), jaki się wytwarzał, gdy któryś Zamoyski albo Konstanty Radziwiłł, o którym kiedyś wspominałem, konspirowali razem z wiejskimi parobkami. W chłopskim języku istniało kiedyś rozróżnienie na „panów” i na „panów z panów”. U chłopów nie było oczywiście żadnego snobizmu, z długiego i twardego doświadczenia wywodziło się przekonanie, że tym drugim można czasem zaufać.
Jestem skrępowany, pisząc ten felieton, obawiam się napisać coś, co współbrzmiałoby z dzisiejszym tu i ówdzie występującym śmiesznym snobizmem na ziemiaństwo. Pomijam też nasuwające się tematy ogólniejsze. Niektóre poruszyłem w artykule „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego” przedrukowanym w książce „Liberalna kontrrewolucja”.

 

Wydanie: 27/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy