Urban et orbi

Urban et orbi

Fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER

Może właśnie na takiego selekcjonera kadra czekała

Były lęki, że będzie za miękki. Bo potrafi się dogadać z piłkarzami i nie trzyma krótko za mordę. A przecież Polacy tęsknią do zamordystów, autokratów, do złego tyrana, którego będą się bali, a jednocześnie obdarzali go bałwochwalczą czcią, jak w syndromie sztokholmskim – będą go kochali za to, że go nienawidzą, bo Polak lubi mieć tego złego, na którego może wyrzekać, zarazem czując się zwolnionym z obowiązku samostanowienia. Polakom wolność nie jest pisana, bo od razu robią z niej anarchię, na to przynajmniej wskazuje przechył preferencji wyborczych w stronę obu konfederacji.

Naród polski nie jest stworzony do small talku, nie ceni miękkich kompetencji, Okrągły Stół śmierdzi mu zdradą, kompromisami się brzydzi, w hymnie ma „szablą odbierzemy”, a nie „wynegocjujemy”. I to wszystko przekłada się na mentalność kibica – o piłkarzach naród ma niewysokie mniemanie, że to przepłacane darmozjady, że w klubach zachodnich zarabiają, to im się chce, a na kadrę przyjeżdżają z musu, rozleniwieni, rozmemłani, zdemotywowani, trzeba im bata, żeby zechcieli się poderwać do biegu, trzeba im tresera, a nie trenera, inaczej nie wyskoczą do główki, wślizgu nie zrobią, głowy za ojczyznę nie nadstawią.

Prezes Cezary Kulesza, swojak z Podlasia, idący z Duchem Puszczy w rytmie disco polo, jak dotąd szczęścia do trenerów nie miał – w miejsce ślicznego portugalskiego bajeranta, który zwiał przed barażami, przywołał Czesława Michniewicza, za którym ciągnąć się będzie dozgonnie gorąca linia z „Fryzjerem” z czasów, kiedy piłkarze ustawiali mecze częściej, niż się kibole młócili w ustawkach. Wyniki były, ale w tak kiepskim stylu, że głos ludu o dziwo się wzburzył na strategię „laga na Robercika” i polski minimalizm – okazało się, że oprócz celu ważne są środki.

No to się Kulesza zastawił, a postawił i za ciężkie miliony ściągnął Fernanda Santosa, który co prawda w CV miał mistrzostwo Europy, ale najlepsze lata trenerskie minęły mu już dawno, o polskiej piłce pojęcia nie miał i mieć nie chciał, piłkarze nie wiedzieli, co grać, więc na wszelki wypadek przegrywali wszystko jak leci. I w końcu zatrudnił Kulesza tyrana, kłótliwego buraka, zarozumiałego, apodyktycznego samca alfa, który za wyzwanie selekcjonerskie uznał dowiedzenie wszystkim, kto tu rządzi i że żadnego gwiazdorstwa tolerował nie będzie.

Probierzowski zamordyzm nie zadziałał sportowo, reprezentacja Polski nie przestała się staczać, aż w końcu Lewandowski postawił sprawę jasno: „Probierz albo ja” i naród jednak się opowiedział po stronie piłkarza, boć dotarło do rozumów pospólnych, że trener bez piłkarzy nigdzie nie awansuje, już prędzej piłkarzom bez trenera to się przytrafić może. I męczył się prezes Kulesza, przymierzał jak pies do krzaka, kombinował, aż w końcu z zaciśniętymi zębami zatrudnił tego, który wydawać by się mógł wyborem najbardziej oczywistym. Dał robotę Janowi Urbanowi, przy czym kontrakt sformułował tak, żeby nie było wątpliwości – jak tylko się noga powinie, koniec kropka, zwolnienie, piąty kandydat za kadencji Kuleszowej już przebiera nóżkami.

Jan Urban najlepsze lata kariery

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2025, 52/2025

Kategorie: Sport