W cieniu szpitala

W cieniu szpitala

Grudziądz ciężko przeszedł transformację ustrojową i walkę z bezrobociem. Dzisiaj, gdy pracy na rynku jest więcej, w dół ciągnie miasto wielki dług szpitalny

Malowniczo rozciągnięty na prawym brzegu Wisły Grudziądz, miasto z prawie 94 tys. mieszkańców, ma bogatą historię i przez wiele dziesięcioleci stał dość stabilnie na dwóch nogach. Pierwsza – przemysłowa i druga – wojskowa dobrze się miały w czasie zaborów, w II Rzeczypospolitej, a także w PRL. Dopiero po transformacji ustrojowej w 1989 r. obie nogi zaczęły mocno się chwiać.

Król Stomil

Na tutejszym rynku pracy przed transformacją niepodzielnie królowała Fabryka Wyrobów Gumowych Stomil. – W Grudziądzu każdy ma w rodzinie kogoś, kto tam pracował. Ja miałam tatę i babcię – tłumaczy fenomen Stomilu grudziądzka bibliotekarka. Stomil zatrudniał najwięcej, w szczycie rozwoju ok. 9 tys. pracowników.

– Zarobki nie powalały, ale praca była ciekawa. Dla mnie, elektryka elektronika, to było ważne – wspomina Henryk Szczepański, który najpierw uczył się w przyzakładowej szkole zawodowej, a potem pracował w samym przedsiębiorstwie. Od dawna – choć od lat mieszka w Berlinie – zbiera pamiątki po Stomilu. Z jego zbiorów korzystają dziś organizatorzy grudziądzkich wystaw przypominających gumowego giganta. – To był wielki zakład z oddziałami, a do tego miał żłobek, przedszkole, dom kultury, ośrodki wypoczynkowe, szkołę. Zatrudniały się tam całe rodziny. Ja też w Stomilu poznałem żonę. Bo dziewczyny tam pracowały naprawdę piękne – rozmarza się pan Henryk.

Korzenie Stomilu sięgają 1923 r., gdy Samuel Halperin założył fabrykę Polski Przemysł Gumowy Towarzystwo Akcyjne w Grudziądzu (PePeGe). Zaczął od produkcji kaloszy, a wkrótce śniegowców oraz obuwia sportowego. Nazwa odcisnęła się na współczesnej polszczyźnie. Jeszcze dziś lekkie płócienne obuwie sportowe na gumowej podeszwie, czyli tenisówki i trampki, starsi Polacy nazywają pepegami – od skrótu przedwojennej nazwy zakładów, które produkowały je od 1927 r. W 1929 r. miały już filie w Wąbrzeźnie i Warszawie. W sumie zatrudniały prawie 6 tys. ludzi, a wytwarzały także opony, dętki, węże i tkaniny gumowane. Po II wojnie światowej, w czasie której zniszczono 70% fabryki, zakłady szybko odbudowano. W coraz bardziej modernizujących się halach produkowano przez lata obuwie gumowe, plażowe, taśmy samoprzylepne, pontony, materace, łodzie, tratwy ratunkowe, sprzęt do nurkowania. A także słynne tenisówki i trampki, które nosiła cała Polska. Transformacja oraz załamanie się rynku rosyjskiego i zalew tanich chińskich wyrobów zniszczyły Stomil w ciągu dekady. Nie pomogły masowe zwolnienia, tworzenie spółek córek, redukcja zadłużenia ani ponowna konsolidacja. W 2001 r., gdy niezapłacone stomilowskie rachunki za prąd sięgnęły prawie miliona złotych, energetycy odłączyli go, a grudziądzki król ogłosił upadłość.

Stomil nie był wyjątkiem. Podobny los spotkał niemal wszystkie duże przedsiębiorstwa. Na przykład grudziądzkie zakłady mięsne, jedne z najstarszych w Polsce tego typu, otwarte w 1885 r., upadły w 2005 r., a zlikwidowano je niecałe trzy lata później. Także Agromet-Unia, fabryka maszyn rolniczych, której korzenie sięgają aż 1882 r., w 1995 r. musiała ogłosić stan upadłości.

Daniel Dreyer, lokalny dziennikarz z przeszło 20-letnim doświadczeniem, urodzony grudziądzanin: – Dziś po wielkich zakładach przemysłowych, takich jak Stomil czy Warma (Pomorskie Zakłady Urządzeń Okrętowych Warma), nie ma śladu. A nawet te, które szczęśliwie jakoś przetrwały, jak Hydro-Vacuum – kiedyś Pomorska Odlewnia i Emaliernia, wielki producent wanien i zlewozmywaków – to już zupełnie inne firmy. Są w rękach prywatnych, mają inny profil produkcyjny i potrzebują innych pracowników. Hydro-Vacuum produkuje przede wszystkim pompy głębinowe. Werbuje głównie specjalistów. A Stomil zatrudniał tysiące osób, które potrzebowały niewielkich kwalifikacji, bo np. sklejały trampki. Gdy ci ludzie wysypali się na rynek pracy, nie było dla nich żadnej oferty. I nie ma jej do dziś. Ci bardziej obrotni jakoś sobie poradzili, ale większość popadła w marazm, poszła do urzędu pracy i została tam na lata. Pewnie część wciąż tam jest.

Obecne firmy, nawet te, które nie zmieniły diametralnie profilu produkcji, potrzebują dużo mniej ludzi. Choćby Agromet-Unia – fabryka zatrudniała w 1976 r. 2827 pracowników. Dzisiaj w czterech swoich zakładach w Grudziądzu, Brzegu, Słupsku oraz Kątach Wrocławskich potrzebuje już tylko ok. 1,2 tys. osób.

Mordercze bezrobocie

Olbrzymie bezrobocie dusiło Grudziądz i okolice przez całe dekady. Według GUS najgorzej było w styczniu 2004 r.: 34% w mieście, a 35,7% w powiecie. W 2006 r. w terenie odnotowano 28,4% bezrobotnych. Na szczęście w 2016 r. już tylko 16,3%. A w mieście odpowiednio 25,1% i 13,1%. I był to najsilniejszy trend spadkowy w kraju. Na koniec 2020 r. bezrobotni stanowili 11,3%. Tylko czy aż? Niestety, to ciągle słaby wynik również w samym województwie kujawsko-pomorskim (8,9%), które kiepsko sobie radzi z bezrobociem. I najgorszy wynik wśród czterech największych miast w Kujawsko-Pomorskiem – Bydgoszcz ma 3,5%, Toruń 4,6%, a Włocławek 10,7%.

Dziś w Grudziądzu najwięcej osób zatrudnia szpital. A poza nim? – Jest kilka firm ważnych dla miasta, ale nikt na miarę Stomilu – ocenia Dreyer. – MR Garden, zakład produkcji architektury drewnianej, bo daje dużo miejsc pracy, Kitron – norweska firma produkująca zespoły elektroniczne m.in. dla wojska, lotnictwa i energetyki, Formeleon – mechatronika, Wojskowe Zakłady Uzbrojenia – spółka skarbu państwa.

– Zakłady pracy, które dzisiaj najwięcej zatrudniają, to Unia Sp. z o.o., Visscher Caravelle, MR Garden, Schumacher Packaging, La Rive, Hydro-Vacuum, Sits – wylicza Katarzyna Lewandowska z Powiatowego Urzędu Pracy w Grudziądzu.

Jak się żyje dzisiaj w Grudziądzu? Odpowiedź zależy od tego, gdzie się przyłoży ucho. – Nie trzeba wyjeżdżać, żeby się poczuć jak na wakacjach. Bo mamy na terenie miasta Jezioro Rudnickie Wielkie – 177 ha z ośrodkami wypoczynkowymi i plażami. A na drugim końcu miasta – drugie jezioro, Tarpno. Które polskie miasto ma podobnie? – pyta z dumą Daniel Dreyer, ale ocenia trzeźwo: – Żyje się przeciętnie, bo Grudziądz ma olbrzymie problemy finansowe. Mamy najnowocześniejszy, ale też najbardziej zadłużony szpital w Polsce. Dług rósł przez lata i w końcu przygniótł miasto.

– Stan zobowiązań szpitala na koniec lipca br. wynosi 468 558 027,83 zł – precyzuje Paulina Piotrowicz, kierownik Referatu Nadzoru nad Szpitalem UM w Grudziądzu. – Ale tych pieniędzy nikt nie przejadł – podkreśla Dreyer. – To dług inwestycyjny. Na budowę szpitala, na zakup sprzętu. Miasto, organ prowadzący Regionalnego Szpitala Specjalistycznego, zobowiązano do pokrycia długu lub do zlikwidowania lecznicy. Nie chciano likwidacji. Na tym oparła się ostatnia kampania prezydencka. Dzięki covidowi i tarczy antycovidowej miasto chwilowo się wybroniło, bo nie musi w dotychczasowych terminach spłacać szpitalnego zadłużenia. Ma na to dodatkowe dwa lata. To dało mu nieco oddechu.

Były dyrektor szpitala Marek Nowak uważa, że pandemia i przemianowanie jedynego grudziądzkiego szpitala na covidowy ma również ciemną stronę. Grudziądzanie źle na tym wyszli. Bo niecovidowi chorzy zostali sami. Odcięto ich nie tylko od szpitala, ale i od przychodni przyszpitalnych.

Skąd wziąć pieniądze?

– Szpital jest przeinwestowany – nie ma wątpliwości Dreyer. – Niektórzy twierdzą, że jest owocem megalomanii dyrektora Nowaka. I pewnie mają rację. Ale dziś warto bronić lecznicy z jej specjalistami, świetnym wyposażeniem; przyjeżdżają do niej pacjenci z całej północnej Polski. I bardzo ją chwalą. To jedyny szpital w mieście. I ma szansę na spłatę długu. Nie od razu, ale długofalowo, jak ludzie zaciągający kredyt na dom, który potem spłacają 30-40 lat. Gdyby Grudziądz miał z marszu spłacić szpitalny dług, musiałby zamknąć szkoły, wstrzymać autobusy i pogasić latarnie. A była szansa na szybkie wyjście z impasu i żeby nasz grudziądzki szpital nadal miał znaczenie nie tylko w województwie, w regionie, ale i w Polsce, żeby nadal się rozwijał. Jednak Toruń zaczął budować podobny szpital. Po co? Można było te marszałkowskie pieniądze przeznaczyć na grudziądzką lecznicę. Z Torunia do Grudziądza jest ledwo ok. 60 km, autostradą to nieco ponad pół godziny.

Róża Lewandowska, wiceprezydent Grudziądza, patrzy na dług bardziej pesymistycznie: – Bez pomocy z zewnątrz miasto nie spłaci zadłużenia szpitala. Nie ma na to szans. Już trafiła do Senatu ustawa mająca zwolnić miasto z obowiązku spłaty szpitalnych zobowiązań.

– Najprawdopodobniej powstanie specjalna państwowa agencja, która będzie zarządzała bieżącymi wydatkami szpitali w Polsce – tłumaczy Andrzej Cherek, sekretarz miasta. – Dług być może pozostanie naszym zobowiązaniem. Z dużą dozą prawdopodobieństwa miasto z przeszło 700-milionowym rocznym budżetem jest w stanie sobie z nim poradzić. Pod warunkiem że nie będą narastały bieżące zobowiązania. Z naszych analiz wynika, że szpital ma charakter ponadgrudziądzki i ponadregionalny. Korzystają z niego nie tylko mieszkańcy Kujawsko-Pomorskiego, ale również Pomorskiego i Warmińsko-Mazurskiego. To nie w porządku, że taki wielki szpital spoczywa na barkach miasta niespełna stutysięcznego.

W rankingu World’s Best Hospitals 2021 Regionalny Szpital Specjalistyczny w Grudziądzu zajął 24. miejsce wśród polskich placówek. Ranking objął 2 tys. placówek z 25 krajów, w tym USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Kanady.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 40/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 40/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy