W drodze, pałacach i Świętoszku

W drodze, pałacach i Świętoszku

Warszawa, 1.01.1959 r. Bal sylwestrowy zorganizowany przez Radę Miejską. Nz. Nina Andrycz z mężem Józefem Cyrankiewiczem. PAP/CAF - Tymiński

Rafał Skąpski o spotkaniach z Niną Andrycz i Józefem Cyrankiewiczem Nader ciekawa książka Liliany Śnieg-Czaplewskiej „Nina i Józef” o historii miłości Niny Andrycz i Józefa Cyrankiewicza, najbarwniejszej pary artystyczno-politycznej z okresu PRL, przywołała wspomnienia kilku moich kontaktów z jej bohaterami. Zanim je przedstawię, dodam jeszcze, że to książka niezwykle ciekawa i elegancka. Daleko jej (książce i autorce) do szukania sensacji tak często obecnego współcześnie w mediach społecznościowych. Elegancja autorki polega i na tym, że przyjaźniąc się z Niną Andrycz, opisuje Jej męża obiektywnie i z sympatią (podobnie zresztą wspominała Go sama Andrycz). Śnieg-Czaplewska rozprawia się także z pomówieniami, jakie pojawiły się w niektórych publikacjach, dotyczącymi postawy Cyrankiewicza jako więźnia Auschwitz. Nina Na początku lat 90. XX w. Bogusław Kaczyński poprosił mnie o przysługę. Jechaliśmy z żoną Amelią na jego zaproszenie na Festiwal im. Jana Kiepury do Krynicy, a Nina Andrycz miała być tam gościem honorowym. Kaczyński zapytał, czy weźmiemy do auta wielką aktorkę. Poczuliśmy od razu dreszczyk emocji. Wtedy jeszcze Jej osobiście nie znaliśmy, więc nadarzała się okazja do nawiązania znajomości, wymiany myśli. Ale przecież słyszało się co nieco o niełatwym charakterku Królowej Sceny. Podróż okazała się przemiła, Pani Nina obdarowała nas sympatyczną rozmową i w czasie jazdy, i podczas przystanku w jakiejś malutkiej kafejce, którą pamiętała z poprzednich podróży. Słysząc, że pracuję w wydawnictwie (były to moje pierwsze kroki w branży), pytała o to, jak się sprzedaje poezja. Odebrałem to jako delikatne sondowanie szansy na opublikowanie u mnie Jej tomiku. Mówiłem – zresztą zgodnie z prawdą – że na poezję nie ma zbyt wielu amatorów, że to dla wydawcy spory kłopot, że poniesione nakłady wolno się zwracają, o ile w ogóle… Usłyszawszy to, nie wracała do tematu, ale jak się po latach okazało, rozmowę zapamiętała. Po zakończeniu jazdy, gdy zanosiłem Jej bagaż do pokoju, podziękowała mi w sposób zaskakujący: „Muszę panu podziękować za podróż. Jechało mi się wyśmienicie. Dobrze prowadzi pan auto. Znałam tylko jednego lepszego szofera od pana. To był mój mąż – premier Józef Cyrankiewicz”. Słowa mąż i premier powiedziane były z wyraźnym naciskiem, a może nawet z dumą. Kiedy zaproponowaliśmy, by po trudach podróży wypić wspólnie po kieliszku brandy, powiedziała, że chętnie, ale za pół godziny, bo wcześniej musi poleżeć z nogami do góry. Po 30 minutach zapukaliśmy do drzwi Jej apartamentu. Usłyszawszy głośne „Otwarte”, weszliśmy. I rzeczywiście, Pani Nina leżała na łożu, ale odwrotnie, trzymając nogi w górze oparte stopami o ścianę nad wezgłowiem. Przy kieliszku zagadnęła: „Ciekawe, czy będzie na festiwalu pani X. To wielbicielka Bogusia. Co roku tu przyjeżdża ze Szwecji. Kiedy byłam w Krynicy poprzednio, obiecywała, że zaprosi mnie do siebie, do Szwecji, na serię spotkań autorskich. Wszystko miało być opłacone. Nic z tego nie wyszło. W ogóle się do mnie nie odezwała”. Poszliśmy do Pijalni Głównej, gdzie odbywała się próba koncertu otwarcia. Gdy weszliśmy do sali, Pani Nina szepnęła do nas z nieukrywaną satysfakcją: „Jest” i podeszła witać się z tam obecnymi. Usłyszeliśmy z żoną słowa kierowane do eleganckiej starszej pani, która okazała się tą właśnie panią X: „Jak miło cię widzieć. Po naszym zeszłorocznym tu spotkaniu opowiadałam wszystkim w Warszawie, że jadę na tournée do Szwecji. No i wyszłam na kłamczuszkę”. Po czym serdecznie ucałowała panią X. Rok czy dwa później znów poprosił mnie Bogusław Kaczyński, bym przywiózł Panią Ninę, tym razem do pałacu Ostrogskich, gdzie miał się odbyć prowadzony przez niego koncert z Jej udziałem. Zaprowadziłem Panią Andrycz na samą górę, na ostatnie piętro pałacu, i wprowadziłem do pokoju stanowiącego garderobę. Była już tam wybitna artystka operowa, o pokolenie młodsza od Pani Niny – urodzona w 1934 r. Hanna Rumowska-Machnikowska (zmarła trzy miesiące po Pani Ninie). Panie przywitały się, a śpiewaczka zauważyła: „Pani Nino, tyle pięter, tyle schodów, a Pani wcale się nie zadyszała, a ja tchu nie mogłam złapać”. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „No, a ja się nie zadyszałam. A nie wiadomo,która z nas starsza…”. Kilka lat po tym zdarzeniu, na początku roku 2002, kiedy już pracowałem w Ministerstwie Kultury, uczestniczyłem w noworocznym spotkaniu twórców organizowanym przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Po wejściu do ogromnej sali, wypełnionej już sporą grupą gości, zauważyłem stojące obok

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2023, 36/2023

Kategorie: Obserwacje