Polscy piraci szaleją za granicą

Polscy piraci szaleją za granicą

Tylko w zeszłym roku Polacy spowodowali za granicą 42 tys. wypadków

Samochody z polskimi tablicami rejestracyjnymi sieją postrach na europejskich drogach. Rankiem 11 kwietnia 2013 r. na E18, 40 km od Oslo, polski kierowca zdecydował się wyprzedzić ciężarówkę. Podczas wykonywania manewru oba auta zderzyły się i zjechały na przeciw­­-
leg­ły pas ruchu. Wtedy uderzyły w nie samochody jadące z naprzeciwka. W wyniku wypadku zmarła jedna osoba, a cztery zostały ranne. Sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia. Schwytany został w pobliskim miasteczku, kiedy próbował uciec na skradzionym rowerze. Miesiąc później inny Polak w Meijel na południu Holandii stracił panowanie nad pojazdem, zjechał na ścieżkę rowerową i uderzył w jadących nią rowerzystów. Zabił trzy osoby: dziadków i dwuletnią wnuczkę. Dziewięć dni po wypadku w Meijel polski kierowca był sprawcą wypadku w brytyjskim Wakefield. Jadąc pod wpływem alkoholu i narkotyków, uderzył w autobus, raniąc dziewięć osób.

Więcej wypadków, droższe polisy

Przykłady wypadków spowodowanych przez Polaków za granicą można wyliczać jeszcze długo. Potwierdzają to statystyki przedstawione w analizach Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK). Wynika z nich, że w 2013 r. rodacy byli sprawcami aż 42 tys. wypadków. Jeszcze dziesięć lat temu liczba ta była o połowę mniejsza. Co ważne, większość szkód powstałych w wyniku nieostrożnej jazdy polskich kierowców ma wartość dużo wyższą niż w Polsce. A to bezpośrednio przekłada się na nasz rynek ubezpieczeniowy, bo polisy drożeją. – Średnia wartość szkody w Polsce według naszych analiz to ok. 6 tys. zł, natomiast średnia wartość szkody na całym obszarze Zielonej Karty, czyli w Europejskim Obszarze Gospodarczym i kilku innych krajach, to ok. 16 tys. zł. Jeżeli pomnożymy 42 tys. przez średnią wartość, otrzymujemy ponad 600 mln zł – tłumaczy Mariusz Wichtowski, prezes PBUK.
Zielona Karta to działający od 1953 r. system skupiający większość państw europejskich, a także Iran, Turcję, Tunezję, Izrael i Maroko, gwarantujący wypłatę odszkodowania osobom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych, spowodowanych przez kierowców pojazdów zarejestrowanych za granicą. To właśnie PBUK wypłaca obcokrajowcom zadośćuczynienie, gdy ucierpią przez polskiego kierowcę. Działa to także w drugą stronę. Biuro zapewnia odszkodowania Polakom poszkodowanym w kraju przez kierowców aut zarejestrowanych w innych państwach. Pieniądze wypłacane są również wtedy, gdy sprawca nie miał wykupionego ubezpieczenia OC. W takim przypadku PBUK dochodzi zwrotu kosztów odszkodowania zarówno od sprawcy wypadku, jak i od właściciela auta.

Bezkarni bez OC

Zdarza się jednak, że wypłacane kwoty sięgają milionów złotych, co w zasadzie przekreśla szanse na odzyskanie pieniędzy od sprawcy. Na szczęście w Polsce odsetek nieubezpieczonych aut wynosi 1%. – We wszystkich 46 krajach systemu Zielonej Karty pozostaje określona część nieubezpieczonych pojazdów. Są rynki, na których jest to 0,01%, np. Austria czy Niemcy, ale mamy i takie, na których to ponad 20%, np. Bułgaria i kilka innych krajów – wymienia Mariusz Wichtowski. – Na polskim rynku nie jest to bardzo duży problem. Z 1% nieubezpieczonych pojazdów plasujemy się w czołówce tych rynków, które są bezpieczne.
To jednak nikłe pocieszenie. Zdaniem ekspertów z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, kierowcy cały czas obowiązek wykupywania ubezpieczenia OC traktują jako nieznośny podatek. – Ludzie nie rozumieją, że to zabezpieczenie ich domowych budżetów, gdy zdarzy im się spowodować wypadek – mówią. Przedstawiciele PBUK dodają natomiast, że w Polsce nadal duże jest przyzwolenie społeczne na jazdę bez OC. Nie pomagają także władze. Cztery lata temu na wniosek kierowanej przez Janusza Palikota komisji Przyjazne Państwo zniesiono przepis o odholowaniu nieubezpieczonego auta na koszt właściciela. Kierowcę przyłapanego na poruszaniu się takim pojazdem policjanci mogą ukarać jedynie 50-złotowym mandatem.

Agresywni, niedouczeni

Należy brać jednak pod uwagę, że nawet stuprocentowy wskaźnik ubezpieczeń nie rozwiąże problemu Polaków, którzy coraz liczniej powodują wypadki za granicą. Dlaczego okazujemy się tak niebezpiecznymi kierowcami? – Powodem jest zbyt wiele agresji. Poza tym niechętnie się dokształcamy. Szkoły doskonalenia techniki jazdy nie mają u nas wzięcia, żyjemy w przeświadczeniu, że wszystko umiemy. Europejskie badania samooceny są tego dowodem. 79% Polaków twierdzi, że jeździmy lepiej niż przedstawiciele innych narodów, 18% – że potrafimy kierować tak samo dobrze, a tylko kilka procent, że inni jeżdżą lepiej. Nie mamy samokrytycyzmu ani zdolności wczucia się w potrzeby ogółu – mówi Jerzy Pomianowski, prezes Fundacji Zapobiegania Wypadkom Drogowym działającej pod patronatem Instytutu Transportu Samochodowego. Dodaje także, że Polacy chronicznie nie przestrzegają zasad kultury na drodze. Chodzi o takie zachowania jak ustępowanie skręcającemu w lewo, przepuszczanie pieszych na pasach czy wypuszczenie pojazdu wyjeżdżającego z bocznej ulicy.
Eksperci wskazują także, że Polacy są szczególnie niebezpieczni na europejskich drogach, ponieważ brakuje im umiejętności i doświadczenia. Ich zdaniem, nasi kierowcy jeszcze nie nauczyli się właściwego poruszania po autostradzie ani szybkiej jazdy. Problemy zaczynają się już na początku, bo przy wjeździe na autostradę. Polacy bardzo często nie wiedzą, jak prawidłowo wykorzystać pas włączania. Inną manierą jest uporczywa jazda lewym pasem. Na zachodzie Europy przyjęło się, że lewy pas służy wyłącznie do wyprzedzania. Wielu rodaków tego nie wie. Zapominają też o zachowywaniu na autostradzie bezpiecznego odstępu między pojazdami. Zdarzali się nawet tacy, którzy przegapiwszy zjazd z autostrady, próbowali do niego wrócić na wstecznym biegu.
Zdaniem Witolda Rogowskiego, eksperta ogólnopolskiej sieci motoryzacyjnej ProfiAuto.pl, powinniśmy w końcu sobie uświadomić, że jeździć szybko nie potrafimy. Z tego powodu protestował przeciwko podniesieniu do 140 km/godz. limitu prędkości na polskich autostradach. – Polacy nie uczą się na kursach jazdy, jak bezpiecznie jeździć przy dużych prędkościach. Zabrzmi to może makabrycznie, ale wzrost liczby wypadków związany z tą zmianą przepisów można było przewidzieć – twierdzi. – Już niecały miesiąc po wprowadzeniu nowych przepisów polscy kierowcy udowodnili, że szybkie jeżdżenie po autostradach nie jest ich mocną stroną. Wystarczy przypomnieć trzy karambole, które miały miejsce w lutym 2010 r. pod Gliwicami.
Musimy zmienić naszą mentalność i kulturę jazdy! – apelują eksperci. Nikt jednak nie wie, jak te słuszne postulaty skutecznie wprowadzić w życie.

Wydanie: 23/2014

Kategorie: Obserwacje

Komentarze

  1. amelie2
    amelie2 2 czerwca, 2014, 16:16

    Za granicą wszelkie ograniczenia są logiczne i ich lekceważenie kończy się wypadkiem.
    Większość ograniczeń w Polsce jest nielogiczna, szkodliwa i NIKT ich nie przestrzega. Dotyczy to np. 50 km/godz. w Warszawie i na terenach teoretycznie zabudowanych, stopów przed nieczynnymi przejazdami kolejowymi itd. itd. Czyli Polacy są przyzwyczajeni do lekceważenia ograniczeń i z takim przyzwyczajeniem wyjeżdżają za granicę. Dlatego po przekroczeniu granicy Polski należy sobie przypomnieć, że wjechało się do normalnego świata i zachowywać się normalnie, a nie po polsku.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy