Internecie, pozwól żyć

Internecie, pozwól żyć

W porównaniu internetoholika z alkoholikiem nie ma nic dziwnego

W kawiarence internetowej wszystkie okna są szczelnie zasłonięte. Jedyne źródło światła to migające monitory kilkunastu komputerów, które na twarzach gości tworzą niebieską, jakby upiorną poświatę. Cicha muzyka. Prawie wszystkie stanowiska są zajęte. Jest poniedziałek. Parę minut po 13.
– Niektórzy czekają już pod drzwiami i popędzają mnie, żebym otworzył – mówi Tomek, właściciel kawiarenki internetowej w jednej z podwarszawskich miejscowości. – A potem nie chcą wyjść… Mimo że kafejka jest otwarta do 24, zwykle zamykam ją około 3 w nocy.

Noce na czatach

Zaczyna się niewinnie. Ktoś wpada do kafejki na 15 minut, żeby wysłać maile lub wyszukać informacje o samochodach. Wychodzi po pięciu godzinach rozmowy z kilkunastoma nowymi znajomymi z „czata” (ang. chat – pogawędka, czyli anonimowa rozmowa w czasie rzeczywistym z innymi użytkownikami Internetu). Ociągając się, szpera po kieszeniach w poszukiwaniu drobniaków na dopłatę za „nadgodziny.” Musi nazbierać ok. 30 zł. Jeśli mu się nie uda, dostanie „na krechę”. Ma zaczerwienione oczy i błogi wyraz twarzy. – Jeżeli przyjdzie następnego dnia, będzie przychodził już zawsze – mówi z przekonaniem Tomek. – Wykupi karnet „Maniac”, 60 godzin za 270 zł.
– Czatuję od dwóch lat – zwierza się dwudziestoletnia Mika. – W tym czasie rozpadł się mój związek. Zresztą wcale go nie potrzebowałam. Mam tu tylu wielbicieli…
Rocko jest eleganckim mężczyzną po trzydziestce. – W Internecie zapominam o czepiającym się mnie szefie. Tu ja jestem szefem. Czat daje takiego kopa, że po prostu nie można przestać. Z ostatniej pracy mnie zwolnili, bo zawalałem obowiązki. Zdarzało mi się nie spać po trzy noce.

Monitorku, powiedz przecie…

– Obok innych internetowych nałogów, takich jak cyberseks, obsesyjne przeglądanie stron www czy obsesyjne granie w gry, czaty należą do najbardziej uzależniających – twierdzi psychiatra, dr med. Bohdan Woronowicz z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, specjalista terapii uzależnień w Centrum Konsultacyjnym Akmed w Warszawie.
Zdaniem Bogdana Woronowicza, mechanizm zaplątywania się w internetową sieć jest prosty. Współczesny świat oczekuje od nas perfekcyjności. Sprawia, że mamy małe poczucie własnej wartości. Wchodzimy w świat wirtualny i od razu szara rzeczywistość robi się barwna, a my stajemy się dowcipni, piękni, atrakcyjni. – Ludzie są głodni zainteresowania ze strony innych – zgadza się Jadwiga Fudała, kierownik Ośrodka Terapii Uzależnień w Pruszkowie. – Wystarczy jedna pochwała i poczucie akceptacji ze strony wirtualnego rozmówcy, a już daje nam to poczucie siły. Satysfakcja z aplauzu, z jakim w Internecie spotyka się nasza osoba, momentalnie poprawia nastrój i wywołuje stan euforyczny. W tym, że ludzie szukają sposobów na poprawienie sobie nastroju, nie ma nic nienormalnego. Im jest ich więcej, np. książka, sport, hobby, fryzjer, tym mniejsza szansa na uzależnienie się od jednego z nich. – Jeśli jednak ktoś rekompensuje sobie niepowodzenia w życiu tylko przebywaniem w Internecie, możliwość wpadnięcia w nałóg jest ogromna – ostrzega Jadwiga Fudała.
Najbardziej podatna na internetowe uzależnienie jest młodzież w okresie dojrzewania, a także ludzie bardzo nieśmiali, zrozpaczeni z powodu swojej samotności oraz osoby, które były już wcześniej od czegoś uzależnione. Wszystkich potencjalnych internetoholików łączy to samo – są głęboko sfrustrowani własnym życiem. A przebywanie w sieci daje złudne poczucie bezpieczeństwa, bycia kochanym i potrzebnym już od pierwszego razu. Słowom na monitorze komputera przypisujemy większą wartość, niż mają one w rzeczywistości. Ponieważ w wirtualnych kontaktach z drugą osobą pozbawieni jesteśmy informacji wizualnych i werbalnych, wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Kreujemy wizerunek internetowych rozmówców, który pasuje do naszych marzeń o partnerze idealnym.
– To jest właśnie zgubny początek. Czujemy się w sieci tak dobrze, że chcemy tego coraz więcej. Jak alkoholik po dwóch kieliszkach wódki. I wkrótce nie możemy już bez tego żyć. Bo im głębiej wchodzimy w internetowy nałóg, tym bardziej beznadziejna wydaje nam się rzeczywistość – wyjaśnia Halina Ginowicz, specjalista psychoterapii uzależnień, zastępca ordynatora Całodobowego Oddziału Terapii Uzależnień od Alkoholu SP ZOZ w Łukowie, która zajmuje się internetoholikami.

W szponach nałogu

W porównaniu internetoholika z alkoholikiem nie ma nic dziwnego. To nałóg jak każdy inny. – Słyszy się opinie, że spędzanie w Internecie 40 godzin tygodniowo jest już uzależnieniem. Nie jest to prawdą – zaprzecza Halina Ginowicz. – Nie da się wyznaczyć takiej granicy. Jednym z objawów nałogu jest utrata kontroli nad „przesiadywaniem” w sieci. Człowiek obiecuje sobie, że tylko godzinę, a zostaje całą noc. Umawia się ze sobą, że to ostatni raz, a wraca na drugi dzień.
Na początku Internet jest odkrywaniem możliwości. Budzi zainteresowanie oraz wyzwala poczucie wyższości, przynależności do światowej elity ludzi nowoczesnych.
Zmęczeni po trudnym dniu wchodzimy do sieci i od razu zapominamy o kłopotach, spotykając kogoś, przed kim można się wygadać. Poczucie osamotnienia znika po kilku minutach. W drugiej fazie zaczynamy zatracać poczucie granicy między światem wirtualnym a realnym. Wchodzimy bowiem do Internetu, by celowo nie czuć dyskomfortu rzeczywistości. Zaczynamy rezygnować z wielu osób i rzeczy, które były do tej pory treścią naszego życia. Będąc w świecie realnym, nie możemy doczekać się momentu wejścia do sieci. – To jest etap przełomowy – wyjaśnia Halina Ginowicz. – Albo rozwinie się klasyczny nałóg, albo się zreflektujemy, dostrzegając negatywne konsekwencje swojego działania. Horrendalne rachunki telefoniczne, stany chronicznego zmęczenia, zaniedbywanie obowiązków, rozpad istniejących związków. Jeśli się w porę nie opamiętamy, wkraczamy w trzecią fazę, w której następuje całkowita ucieczka od świata realnego. Bez Internetu popadamy w głęboką depresję. Towarzyszy nam ogromne napięcie emocjonalne i złość. Jesteśmy w szponach nałogu.

Inteligentny internetoholik

Według OBOP, w minionym roku internautów było w Polsce prawie 4 mln. Według Cisco, firmy produkującej sprzęt komputerowy – 7 mln. A przewidywania na 2005 r. to nawet 12 mln użytkowników Internetu w naszym kraju. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki innych badań, które wykazują, że 25% internautów znajduje się w fazie głębokiego uzależnienia od Internetu już po sześciu miesiącach od pierwszego kontaktu z siecią, otrzymamy alarmujący obraz skali tego społecznego zjawiska.
– Spustoszenie, jakie niesie ze sobą alkoholizm, widać gołym okiem – tłumaczy Jadwiga Fudała. – Tymczasem klasyczny internetoholik to kulturalny, wykształcony, młody człowiek o ilorazie inteligencji powyżej 100, według opinii publicznej, funkcjonujący zupełnie normalnie. A co ważniejsze, według siebie samego też. – W uzależnieniu tym obserwujemy bardzo silny element wypierania, zaprzeczania i racjonalizacji nałogu – mówi dr Woronowicz. – Alkoholik cierpi, kiedy pije, i dzięki temu łatwiej zauważa negatyne strony swojego uzależnienia. Natomiast nałogowy internauta „klika” całe noce, ale jest mu z tym dobrze. Poza tym zwykle uważa, że to nie uzależnienie, tylko słabość. A do słabości nikt nie chce się przyznać. Dlatego rzadko kiedy zgłasza się do poradni.
Częściej z prośbą o pomoc przychodzą rodziny, zaniepokojone ciągłą duchową nieobecnością współmałżonka. – Radzimy wtedy, żeby otwarcie powiedzieć uzależnionemu, co się czuje, np. że odkąd „siedzi” w Internecie, rodzina nie ma ojca, i koniecznie namówić na przyjście do poradni – mówi dr Woronowicz. I nikt nie przychodzi. Druga strona medalu wygląda jednak tak, że człowiek uzależniony od Internetu nie ma dokąd pójść. – Osoba, która zgłosi się z takim problemem do państwowej poradni, nie uzyska pomocy, ponieważ większość kas chorych nie uznaje tego za chorobę i za to nie płaci – tłumaczy Jadwiga Fudała.

Leczenie na kilka lat

Wszyscy psychoterapeuci wiedzą o rosnącej skali tego nałogu, ale nie ma konkretnej terapii, gdyż za mało osób zgłasza się do poradni. A jeśli nikt się nie zgłasza, nie ma choroby. I nie ma problemu. Co więcej, wśród samych terapeutów występują rozbieżności w podejściu do leczenia internetoholizmu. – Nie stawiam diagnozy „uzależnienie od Internetu” – mówi Krzysztof Korona, psychoterapeuta, wykładowca Podyplomowego Studium Psychologii na poznańskim uniwersytecie. – Opracowuję terapię pod kątem leczenia zaburzeń osobowości.
– Od strony psychologicznej obraz internetoholika jest identyczny z obrazem alkoholika – twierdzi Jadwiga Fudała. – Podstawą każdego uzależnienia jest ucieczka od realnego życia. Terapia internetowego nałogowca powinna iść w kierunku zrozumienia, po co to robi, co mu to zastępuje i czego mu w życiu brakuje. Pierwszy etap leczenia polega na uświadomieniu pacjentowi, że w ogóle jest uzależniony. Zabiera to sześć tygodni intensywnej pracy. – Trzeba wypracować konstruktywną wizję trzeźwego życia – tłumaczy Halina Ginowicz. – Wyrzucenie komputera nic nie da. Chory zastąpi go inną używką. Poza tym w uzależnieniu mówi się tylko o zatrzymaniu choroby. W internetoholizmie następuje ono, kiedy pacjent potrafi zaakceptować abstynencję od komputera. A to jest praca na kilka lat… – wyjaśnia.
Dlatego trzeba uczulić rodziców, żeby dziecko od małego miało inne zainteresowania poza „klikaniem”. Tymczasem rodzice, kupując komputer, są zadowoleni, że młody człowiek siedzi w domu, nie pije, nie bierze narkotyków i nie wpada w złe towarzystwo. Nawet jeśli się niepokoją, że większość czasu spędza przed monitorem, przymykają na to oko, jako na mniejsze zło.

 

 

Wydanie: 8/2002

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy