Żona ze Wschodu

Żona ze Wschodu

Polacy coraz częściej szukają żon za Bugiem.
Są wykształcone, gospodarne i uległe

Jacek Ejsymond wielu dziewczynom ze Wschodu dał wędkę. Na spotkaniach w klubie 12 Krzeseł, które organizuje, przychodzą dziewczyny ze Wschodu. Zawsze pomoże wypłynąć, jak widzi, że ona ma osobowość. Ale musi być sceneria. Na przykład Zalew Zegrzyński. Motorówki, woda, muzyka. Gdy urządza wypady, ludzie sami do siebie lgną. Nad zalewem zaczęło się najwięcej romantycznych historii. Ejsymond o wschodnich kobietach mówi: twarde, niezniszczalne i uległe: – Im wystarczy dać wędkę. Same sobie ryb nałapią.
Weźmy Marynę z Białorusi, która od czterech lat mieszka pod Warszawą. Pewien pan bardzo się w niej zakochał. A ponieważ sam był jeszcze żonaty, wydał Marynę za swojego syna, by mogła dostać prawo pobytu. Ejsymond też wziął ukraińską kobietę. Szyła w Polsce w pewnej fabryce. Najpierw się obserwowali, potem on zabrał ją nad zalew. – Mężczyzna lubi wygodę. Nasze zaczęły wymagać zabiegów, a tamte są dostępne. I wierne. A jest ich tak dużo, że w dyskotekach w Brześciu czy Grodnie na jednego faceta przypada dziesięć kobiet.
Mówi się, że jak pierwszy raz będziesz z rosyjską kobietą, nie zapomnisz. Olesia Ganina Żelazna jest taką kobietą. Dużo wie o tym, jak mężczyznę uwieść. Dziś do Olesi przychodzą polskie koleżanki, radzić się w tych sprawach. Olesia się dziwi koleżankom: – Pół roku chodzą z chłopakiem za rączkę i jeszcze nie wiedzą, kiedy wyczuć moment, co on lubi, czego nie…
Dziewczyna z Kaukazu mieszka z polskim mężem w nowym domu w Kobyłce. W miasteczku pod Soczi, gdzie miała siedmioro rodzeństwa, nie było przyszłości. Oprócz perfekcyjnej znajomości tajników alkowy Olesia ma także wiedzę na temat elektryki, wywózki szamba, silników samochodowych. I nigdy nie kłóci się z mężem o pieniądze. To dla rosyjskich kobiet temat tabu. Jak nie ma, nie powie: daj, tylko bierze się do roboty. Niedawno założyła firmę Nikita. Latem będzie sprowadzać z Chin oryginalne kapelusze.
Trudno powiedzieć, czy Polacy polują na Wschodzie, czy to inicjatywa pań. Statystyki GUS mówią, że szukają się skutecznie. Trzy czwarte zagranicznych żon Polaków to kobiety z byłych republik radzieckich. Prawie czterokrotnie więcej niż w połowie lat 90.
„Polki to rozwrzeszczana banda kobiet z jajami”; „feministyczne babochłopy”; „dawno przestały być kobiece”; „nie chcą rodzić dzieci”; „pruderyjne i leniwe w seksie”, słychać na forach internetowych. Poszukujący mogą wpaść na takie ogłoszenie: „Chcesz poznać Rosjankę w celu matrymonialnym? Zadzwoń”. To anons Władimira Siemionowa, właściciela międzynarodowej agencji Otto w Moskwie, który dobrze zna cenę rosyjskich dziewczyn.
– Większości nie popsuł feminizm – tłumaczy Siemionow. – Umieją gotować i kochać mężów. Miłość i rodzina są dla nich ważniejsze niż kariera. Takich żon szukają u mnie obcokrajowcy. Najczęściej pytają o młodsze od siebie o 10-15 lat. A ponieważ w Rosji samotnych pań jest o 10 mln więcej niż panów, jest z czego wybierać.
„Irina, oczy niebieskie, lat 38, ekonomist. Pozna pana do 50 lat: oddany, własne auto”. „Swietłana, lekarz. Komunikacyjna, zgrabna, niebogata. Pozna pana: biznesmen, duży dom, romantyk”. „Tamara, cierpliwa, niematerialistka. Pozna pana: własna firma, zdrowy, solidny”.
W Internecie działa rozbudowany system, pomagający ułożyć sobie życie z Rosjanką. Koneserzy znają stronę www.russian-woman.com, gdzie można zamówić specjalny romantic tour. Organizatorzy zapewniają nawet elektronicznego tłumacza w przypadku nieporozumień językowych. Jeśli pierwsze wrażenie mówi poszukującemu, że nie o to chodziło, są inne. Raz w tygodniu można też zamówić aktualny katalog.

Przeciętniak może zabłysnąć

Tomasz Szlendak, socjolog płci z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, wątpi, by ożenki miały coś wspólnego z uległą naturą kobiet ze Wschodu i strachem Polaków przed feminizmem: – Chęci matrymonialne wynikają nie tyle z cech tych kobiet, ile z coraz wyższych wymagań często lepiej wyedukowanych Polek. Tak działa zasada kontrastu. Faceta, który zarabia trzy czwarte średniej krajowej, pociąga stereotyp, do którego Ukrainki i Białorusinki starają się dopasować – że nie wymagają wiele. „Nowe Polki” na takich przeciętniaków nawet nie spojrzą, a przy Ukraince on, po szkole średniej, który nie bije ani nie pije, pięknieje i błyszczy. To tym facetom najbardziej się podoba. A ponieważ podaż kobiet chcących wyjść za mężczyznę z Zachodu jest znacznie większa niż popyt, w agencjach matrymonialnych można przebierać wśród pięknych i wykształconych.
Profesjonalnym katalogiem z ofertą z Sankt Petersburga dysponuje m.in. pan Irek z biura Mariaż w Białymstoku. Daje panom anonse i dalej rozgrywają partię sami. Prowadzenie pary aż do ślubu zwiększałoby koszty. Na początku cennik mariażu z dziewczyną zza Bugu był u pana Irka dwukrotnie niższy niż z Polką, ale ceny się zrównały.
W Mariażu oferty wschodnie nie zalegają długo. Nie tak dawno wyszła za mąż na wieś pewna Ukrainka, a już szykuje się nowy ślub, bo szczęśliwa mężatka chce sprowadzić córkę. – Była i obejrzała kandydatów. Krawcowa, wysoka, szczupła. Teraz obraca naszymi panami, a mama weryfikuje – pan Irek spodziewa się też efektów, jeśli chodzi o pewną Rosjankę z Saratowa. Wysoka jak modelka, po szkole muzycznej. Już podsunął panom fotoofertę.
Wiele szuka uczucia, prezentując się osobiście. „Żeby któryś zabrał, żeby kochał, żeby żyliśmy i żeby zawsze zostaliśmy w Polsce”, mówiła Magdalenie Ostrokólskiej jedna z bohaterek jej spektaklu „Kobiety zza wschodniej”, opartego na autentycznych historiach. – Niektóre czekają na księcia w gdańskich klubach – opowiada Ostrokólska. – Są bystre. Radzą sobie nawzajem: „Jak pan pada na koniec wieczoru, ty plecy prosto i patrz mu w oczy”. Bo znają takie historie, że pan popatrzył w oczy i potem zabrał ją do Rumi i było cudownie. Pojechałam do Rumi. Rzeczywiście trochę razem pożyli. Urządzili sklep, potem ona przywiozła dziecko z Ukrainy. Potem pan ją zwolnił. Na początku myślała, że pan ma prawo, skoro pomógł. Teraz ma dwójkę dzieci i zaczyna od nowa, handlując kosmetykami. Pewna kucharka powiedziała mi: „Serce Polaka szybko się kończy”. Ale one nigdy nie biadolą. Twardsze od niejednej krzyczącej feministki.

Żeby lubiła wieś

Galę, która niedługo wejdzie do Europy na skróty, poznaję przez znajomych z Ukrainy. Obszerna i niemłoda kobieta z mocno podmalowaną na błękit powieką mówi o Polsce „kraj perspektywnyj”. Za perspektywy, czyli fikcyjny ślub z panem Stefanem, zapłaciła niedawno 3,8 tys. zł. Na przygraniczej wsi znalazła Polaka w niskiej cenie. W Warszawie emeryci biorą nawet po 10 tys. Ale Gala rozumie, że „każdyj chce żyt”. Odbębni z panem trzy lata i złoży papiery o zezwolenie na osiedlenie się. To i tak dużo szybciej. Bez ślubu czeka się pięć. A żeby pan się nie zakochał, gdy upłynie termin, trzeba przypilnować u mecenasa (w Warszawie ok. 2 tys.).
Gala zna adresy i stawki. Jeszcze parę lat – otworzy się możliwość obywatelstwa i pofrunie na Zachód.
Ustawa o cudzoziemcach z września 2003 r. wcale od papierkowych ślubów nie odstrasza, skoro skraca współmałżonce czas, po którym można się ubiegać o legalizację pobytu w Polsce z pięciu do dwóch lat. Nie musi mieć zezwolenia na pracę. Ale musi wiedzieć o mężu wszystko.
O fikcji w urzędach wiedzą, ale jak sprawdzić uczucie? Ustawa o cudzoziemcach zezwala urzędnikowi zweryfikować, czy to miłość, czy interes, na podstawie przesłuchań świadków, oględzin lokalu bez uprzedzenia strony lub przepytania każdego z osobna, czy wiedzą o sobie tyle, ile wiedzieć powinni, np. co on lubi jeść, jak ma na drugie imię, na jaki kolor jego matka pomalowała duży pokój. Jeśli nie znają swoich danych osobowych, od razu wiadomo.
Mirosława Hellich, zastępca dyrektora. Wydziału Spraw Obywatelskich i Migracji w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim, nie ma statystyk, ale z dużym przybliżeniem przypuszcza, że 30-40% wydanych zezwoleń na pobyt może być fikcyjnych.

U nas nie mówi się: kotku

Czasem Natalia sprząta w czyimś domu tygodniami i nie wie, jak pani ma na imię. Np. pani Wanda. Bo mąż do niej „tylko kotku i kotku”. Na całe życie Natalia zapamięta taką scenę: pan siedzi na górze domu, pani na dole. Ona woła: „Coś z telefonem, zobacz co!” (mają dwa telefony). On pyta: „Z którym, serce?”. Jak Natalia usłyszała to „serce”, schowała się w kąt popłakać. Nigdy na Ukrainie nie słyszała, żeby mąż tak czule odezwał się do żony…
Dwa lata przetrwała na wizach, zanim zdała na psychologię. Ale nikt nie patrzy na ładne ukraińskie oczy. Żeby nie zawalić roku, trzeba tak rozkładać prace po domach, by odłożyć i wydawać powoli z kupki. Czasem przyśnie między wykładami na ławce, gdy prosto od starszego pana, który wymaga w nocy opieki, idzie na zajęcia. Żeby tylko stać się kimś. Natalia chce żyć jak człowiek, a nie mówić tak jak ojciec w Żytomierzu, prawnik, który za 250 hrywien emerytury nie kupi nawet butów: „Jakoś przeżyjemy”.
Kiedy zarobiła pierwsze pieniądze, zawiozła do domu pachnący papier toaletowy. Matka schowała go na święta, a Natalia mówiła: „Daj mi pożyć jak człowiek”. Już na Ukrainie nie funkcjonuje. Wieczorem człowiek chodzi po ulicach z latarką; żyje bez łazienki, ciepłej wody, pasty do zębów. A ukraiński mąż czeka tylko, aż baba nałoży mu na talerz. Natalia nie wierzy, by można to było zmienić. – Tu jesteś nikim, zanim staniesz na nogi – mówi. – Ale ja dam się poniżać, bo mam przed sobą cel. Gorzej, jak nie masz celu.
Oksana też widzi, że „Polaki i Polaczki” w domach inne niż u nich. Jak zaczęła przychodzić na sprzątanie, niby wykształcona, po ekonomii na uniwersytecie w Tarnopolu, a nie mogła zrozumieć, czego te chłopy tak słodzą: – Ja wchodzę do domu, a chłop do mnie „dzień dobry”, jak wychodzi do pracy znów do mnie „do widzenia”. Co tak się kłania i kłania – myślałam. U nas chłop ma być cham.
Takiego sobie Oksana wzięła. Z sąsiedniej wsi. Wszyscy mówili: „Co będziesz siedzieć sama, masz 22 lata”. – Córka miała miesiąc, jak pierwszy raz mnie pobił. Pytam: „Co ty mnie bijesz?”, a on na to: „Bo mój ojciec matkę bił”.
Tam Oksana szczęścia nie ma i tu nie ma. – Dobryj wariant wyjti tu za muż. Ale nie taki prostyj. Ma siedmioletnią córkę, która siedzi tam z babcią.
Oksana zna takie stancje w Warszawie, do których po 30 młodych dziewczyn wraca wieczorami ze sprzątania i siedzi na kupie, bo pieniędzy szkoda: – A kogo poznasz, jak wszyscy swoi? – pyta. W Tarnopolu czuje się już obco. Pojedzie na dwa tygodnie i już myśli, co tam w Warszawie.
Powiedzieć, że nie słychać u niej akcentu, to dla Mai komplement. Każda studentka z nim walczy. Przeszkadza w awansie. Maja jest trochę starsza niż studentki na trzecim roku psychologii. Trzy lata pracowała w sanepidzie na Ukrainie, zanim u sióstr Sług Jezusa, które dziewczynom dają wędkę, skończyła kurs na pomoc domową. Gdy pierwszy raz przyjechała do Polski, zdarzenie z tramwaju opowiadała tamtym dziewczynom jak przygodę. Nadepnęła jakiemuś panu na nogę, a on uśmiechnął się i powiedział: „Proszę jeszcze”. U niej sam by nadepnął i burknął: „Szo ty lezesz, krowo”.
Na Uniwersytecie im. Kardynała Wyszyńskiego jest dużo ukraińskich studentek. Jedyną rzeczą prócz zamążpójścia, którą tolerują nasze władze, jest nauka. By zostać w Polsce dłużej niż 90 dni, trzeba zdać na studia dzienne. Inaczej po 90 dniach musisz wracać i tyle samo odsiedzieć w domu. Każda zna jakieś historie z happy endem.
Weźmy Ludę. To było trzy lata temu. Zanim weszły wizy, dużo więcej dziewczyn przyjeżdżało do przygranicznych wiosek na prace polowe. Jak to mówią, na kartofle i markowki. Raz Luda poszła na targ w Błoniu kupić rękawice, bo akurat w polu był sezon papryki. On się uśmiechnął. Na drugi dzień odprowadził do pracy, potem zabrał do pizzerii. Miała 18 lat, jak się pobrali. On 27. Teraz ona 12 godzin pracuje u gospodarza, on chodzi do piekarni na noce.

Żona dla rolnika

„Mówie dobrze, slabo pisze. O mne: jestem Ukrainkow, urodzona w 1978, rost 165, waga 58. Jestem ksiegowow. Rozwiedziona, ta ne mam slubu kostelnego (marze o nim). U mnie córka, Julia, ona najdrozsce, co u mnie jest. Chcialabym odnalezt otca dla dziedcka. Mogę stat matkow jeszcze jednemu dziedcku. Ne szukam zamożnosti. Szukam szczęścia”. Do lubelskiego biura Galeria Serc przyszło kilka takich listów. Przygraniczne biura dostają ich najwięcej. Bo dziewczyny ze Wschodu nie dojeżdżają daleko. Zwykle do Wisły. W dolnośląskich biurach matrymonialnych, zaprzeczają, by zdarzały się wschodnie oferty. Najwięcej zagranicznych listów piszą robotnicy z niemieckich fabryk. Oni też szukają żony na Wschodzie, tyle że dla nich Wschód to Polska.
Ale gdy Bożena Ślęzak z biura Nadzieja dawała w łódzkiej prasie rosyjskie anonse z profesjonalnymi zdjęciami wykształconych pań, przychodziła po Rosjanki cała podłódzka wieś, prości, nieogoleni rolnicy. – Już na wstępie wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Tłumaczyłam: „Ta pani jest lekarzem”. On: „Ale mi to nie przeszkadza”. Jeden chciał nawet otworzyć dla niej szwalnię.
Politycy mówią, że wieś się rozwija coraz szybciej, ale pracownicy swatek po tym jak na panie ze Wschodu reagują rolnicy, wiedzą swoje. Najbardziej zdesperowani są gospodarze z lubelskich wiosek, skąd dawno pouciekały dziewczyny. Bo Polki za rolników spod Chełma, Zamościa czy Biłgoraja wychodzić nie chcą. Szukają miastowych. Z badań Wojewódzkiego Urzędu Statystycznego w Lublinie wynika, że w 2004 r. uciekło z Lubelskiego 20 tys. osób.
Zagłębiem żon stał się więc Wschód. Gdy kilka lat temu do redakcji „Tygodnika Chełmskiego” zaczęły przychodzić listy od rolników z powiatu, Andrzej Wawryniuk był zmuszony uruchomić matrymonialny most między polską gazetą a ukraińskim „Wołyniem”. Po tamtej stronie Bugu rubrykę nazywano „Żyny dla polskich parybkow” (rolników), po tej „Mężowie dla Ukrainek”. Przez trzy lata akcji nauczycielki, lekarki, studentki dopisywały na kopercie hasło „Szczęśliwa Dola”. Tolerowały dzieci i różnicę wieku. Najczęściej wymieniane wymagania we wschodnich anonsach to: „Żeby pan był opiekuńczy”. I rolnicy nie byli wybredni. „Żeby lubiła wieś”. – W ten sposób – opowiada Andrzej Wawryniuk – odnalazł szczęście inwalida bez oka pod Krasnegostawu z atrakcyjną kioskarką z Nowowołyńska. Najpierw rodzina przyjechała tu na rozpoznanie. Po ślubie życie obojga zmieniło się na lepsze. Ona nauczyła się doić krowy i doprowadziła do ładu obejście starego kawalera, a on zrobił łazienkę z kafelkami. Wziął też ślub drukarz z Białegostoku, który akurat składał „Tygodnik Chełmski” i przeczytał anons absolwentki anglistyki. Był i poseł. On miał 70 lat, ona 17. Kiedy zajechałem do nich na podwórko, dziewczyna mówiła jak o eldorado: „Gospodarz dobry, jeździ ze mną na rynek raz w tygodniu, buty kupił”.
Podczas gdy na Ukrainie na 100 chłopów przypada 116 kobiet, w Lubelskiem panien jest sześć razy mniej niż kawalerów. – Weźmy Józefin w gminie Dubienka – wylicza Andrzej Wawryniuk. – Na 35 osób jedna panna i ośmiu kawalerów powyżej 35 lat. Majdan – trzy panny, 14 kawalerów. Jak to podzielić? Kilka miejscowości w ten sposób przestało istnieć. Np. Gałęzów. Kiedyś było 200 domów. Dziś dwa – w jednym stary kawaler, do drugiego ktoś przejeżdża latem na daczę.
Wiejskie statystyki alarmują, że import żon ze Wschodu dla zapuszczonych kawalerów, którzy zapijają samotność pod sklepem, byłby lepszym rozwiązaniem niż unijne dotacje.

U was takich kobiet niet

Dziś w warszawskim klubie Mela Verde didżej puszcza rosyjską muzykę. Sergiej popija piwo z kufla i patrzy na parkiet. – Ubrane w stylu uniseks są wasze – od razu odgadnie, która dziewczyna jest polska, która zza Bugu. – W obcisłym musi być nasza. Nasza chce dać mężczyźnie sygnał, że jest kobietą. Ale gdy wychodzi za mąż, będzie już stała za mężem w tle. Bo u was jest określenie „wziąć ślub”. U nas takiego niet. U nas jest wyjti ZA MUŻ.
Sergiej nie wyobraża sobie, żeby żona mogła być ważniejsza od męża. – U was inaczej ustawione priorytety.
Jeszcze więcej seksapilu niż na rosyjskiej dyskotece w Polsce można znaleźć na ulicach w Kijowie. Gdy Lenka Pianovska przyjechała do Rzeszowa pierwszy raz, rozejrzała się po ulicy i pomyślała, jakie te Polki myszki! W sandałach i spódnicach do ziemi, bez dekoltów i bluzek w dziureczki.
– Bo u nas w kraju – opowiada Lena – nie ma bajek jak o waszym Reksiu. Najwięcej bajek jest o księżniczkach. Tam o księciu marzy się od dziecka. 80% chce złapać KOGOŚ, a nie byle faceta chlejącego na podwórku.
Według International Agency for Migration, 50 tys. Ukrainek rocznie znajduje męża za granicą. Często „księciem” jest Polak. Co druga cudzoziemska żona Polaka to Ukrainka.
Lenka też od dziecka marzyła o kimś z Zachodu. Ukraiński facet, prostak i arogant, nie był dla niej partnerem. Ale do Polski Lenka przyjechała na prawo, nie na łowy.
Michał Kłopocki wygląda przy niej jak chłopiec. On, chudy 25-latek po AWF-ie, ona, w kolorowej bluzce z dekoltem, kształtna, prawnik z językami i perspektywą na karierę. – Lenka jest doświadczona w ogniu, typowa radziecka kobieta z krwi i kości, a nie dziewczynka, którą trzeba ciągnąć ze rękę – Michał nie spuszcza z Lenki wzroku. Poznali się w kościele. Ona śpiewała, on grał na perkusji. Mieli do domu w tym samym kierunku. Lence, zaradnej i przedsiębiorczej, było szkoda Michała, że taki niezorganizowany. Nie wiedział nawet, gdzie kupić duże opakowanie proszku do prania. Ociągał się z nauką i odkładał na później, co można zrobić dziś. Mówiła mu: ucz się wszystkiego, bo w życiu trzeba się zaprezentować.
Za rok ślub. Michał chciał mieć kogoś, kogo będzie widać. A Lena w tłum się nie wtopi.

Moja teściowa jest murarzem

W domu w Łomiankach jeden pokój wynajmują Elenka i Darek Łajtarowie. Ona Mołdawianka z leciutko skośnymi oczami, i on, prosty chłopak z Lubelskiego, o którym ona mówi „moje kochanie”.
Gdyby przetłumaczyć nazwę wsi Bielce, skąd pochodzi Elenka, można powiedzieć „błoto”. W Bielcach wiecznie chlapa na ulicach. I bieda. Z jej mołdawskich koleżanek w mieście zostały tylko te, których matka sprząta we Włoszech, albo chłopak jeździ tirem w zagraniczne trasy. Na bazarach same babuleńki handlujące arbuzami. Bo tam arbuzy rosną jak tu kartofle. Ojciec Elenki w 1990 r. powiedział do matki: „Będzie ci lżej” i zabrał się na tamten świat, zostawiając ją i czterech braci. Studiów Elenka nie dokończyła, ale wyszła za Darka.
– Poznalimy się pod parasolkami nad Wisłą – opowiada. – Akurat u was był nasz hit „Nas nie dogoniat”. Ja wędrowała za tym hitem od parasola do parasola. Nie mówiła mu, że jestem Elenka, tylko Gulnara z Kirgistanu. Nie trzeba od razu mówić, że z Mołdawii.
Ona opowiedziała o swoim życiu, on skarżył się na swoje. Że miał dziewczynę, że ciągle tylko roszczenia, a to ona więcej zarabia, a to że Darek wypił piwo z kolegami, że nie ma auta. Szybko rozpoznał, że z Elenki dobra dziewczyna. Sama nie zje, żeby Darek zjadł, i nie usiedzi bez zajęcia. Jak nie miała pracy, to chodziła za mężem: „Daj coś do roboty”. On, mechanik samochodowy w warsztacie w Łomiankach, dał papier ścierny i matowała felgi na podwórku. – Przecież to nie dla kobiety – mówili sąsiedzi. – Jaka by nie była, przynajmniej robota – mówiła Elenka. Bo ze wschodnim akcentem dobrą pracę znajdziesz tylko z polecenia. Korzystanie z ogłoszeń jest ryzykiem. Zdarza się, że Elenka jedzie, a pan mówi: „Bo to taka praca, że trzeba zostać na noc”.
I Darka rodzice przez ten akcent mieli podejrzenia. Mówili: „Siedzi z tobą z wyrachowania, pracy nie znajdzie dobrej, bo obca”, ale Darek tylko odpowiadał, żeby się nie wtrącali.
Na kasecie wideo sprzed roku najładniej tańczy Elenka. Bo jej naród biedny, ale wesoły. Ślub był kameralny. Papiery złożyli w urzędzie i zaprosili 40 osób. Kościelny wezmą w Mołdawii. W Polsce niby co łaska, a mniej niż tysiąc ksiądz nie bierze. Tam zgodzi się za kołacz i butelkę koniaku. Drożej ludzie by się nie żenili.
Ale ze wschodnią żoną Darek ma dużo zachodu. Na razie Elenka ani chorować w Polsce nie może, ani podróżować z mężem po Unii. Niby legalna żona, a co trzy miesiące musi wsadzać ją w PKS na Stadionie Dziesięciolecia i od nowa załatwiać dla własnej żony zaproszenie. Gdy Darek nie miał legalnej pracy, czyli dochodu, żeby żonę utrzymać, ojciec za niego zapraszał. Jeździł do urzędu, pokazywał akt notarialny domu i odcinek renty.
Teściową, która ma zawód tynkarz malarz, Darek poznał dopiero na Boże Narodzenie. – Żebym na oczy nie widział, jak po rusztowaniach skacze, tobym nie uwierzył. Tam kobiety uczą się tego, na co jest popyt. A dom zawsze musi być.
Stół aż się łamał, bo przyjechał polski zięć. Matka mówiła do Elenki: „Tylko nigdy na niego nie krzycz”. A jak popili, nosiła zięcia na rękach. – Teraz to Elena będzie rodzinie pomagać – słyszała, jak gadali sąsiedzi, gdy z mężem z Zachodu zajechała autem na targ.

Polsko-rosyjskie wesele

Wcale nie szukała w Polsce lepszego życia. Dostatnie życie znaleźli rodzice, którzy przywieźli Maszę z Ufy, jak miała 13 lat. Dorastała w rosyjskim domu z tradycjami, rosyjskiej szkole w Warszawie, gdzie uczą się dzieci tamtych dyplomatów. Po prawie Masza dostała pracę w telefonii komórkowej. Marcin dorastał w zwykłym bloku w Warszawie i polskiej szkole, gdzie rosyjskiego uczono z przymusu. Po studiach też dostał pracę w telefonii komórkowej. Wpadli na siebie w biurze. – Jaki szczupły chłopak! – Masza mówi, że rosyjskie kobiety bardziej niż kochać potrafią współczuć.
Na zdjęciu Masza, dzisiaj już Książek, w sukni ślubnej wygląda ładnie jak rosyjska lalka. Katolicki Marcin i prawosławna Masza przysięgali w kościele. W cerkwi nie ma ślubów w soboty, tylko w piątek lub niedzielę po południu. Trudno gościom byłoby dojechać, a to przecież wychodzi za mąż jedynaczka. Na polsko-rosyjskim weselu w Bristolu zagrał sam Alosza Awdiejew. Żeby ciocie i kuzyni z Ufy czuli się u siebie.
Czasem w codzienności zderzają się ze sobą archetypy, którymi nasiąkli w dzieciństwie. Ostatnio w Moskwie Masza kupiła pluszową Ciburaszkę. – Jak nie znać Ciburaszki, przyjaciela krokodyla Gieny z kultowej rosyjskiej bajki? – pyta. Marcin pyta: – Jak nie znać „Nie lubię poniedziałków”?


W 2003 r. z paniami zza wschodniej granicy ożeniło się 1452 Polaków. Najwięcej z Ukrainkami – 1031, z Białorusinkami – 206, z Rosjankami – 90.

Dziewczyna ze Wschodu bez męża Polaka

• Jeśli stara się o kartę pobytu, musi wykazać, że jest uzasadniony (np. pracuje naukowo lub prowadzi działalność gospodarczą, która daje miejsca pracy)
• O zezwolenie na osiedlenie może się ubiegać po pięciu latach nieprzerwanego pobytu. Musi przedstawić zezwolenie na pracę
• Jest wydalana z kraju, jeśli naruszy prawo
• O przyznanie obywatelstwa może się ubiegać po dziesięciu latach

Dziewczyna ze Wschodu – żona Polaka

• Małżeństwo z Polakiem uzasadnia pobyt
• O zezwolenie na osiedlenie się może się ubiegać po dwóch latach pobytu w Polsce na czas oznaczony i co najmniej trzech latach od zawarcia małżeństwa. Nie musi mieć zezwolenia na pracę. Wystarczy, że utrzymanie zapewnia mąż
• Jeśli naruszy polskie prawo, a jest żoną Polaka, można udzielić jej tzw. pobytu tolerowanego
• Po pięciu latach może się ubiegać o obywatelstwo. W przypadku Rosjanek zwykle wymagane jest zrzeczenie się dotychczasowego obywatelstwa, w przypadku Ukrainek – wygasa ono automatycznie


Jak kochają Ukrainki

Olena Leonenko, pieśniarka i kompozytorka z Kijowa, często dostaje miłosne listy od Polaków

– Czym się różnisz od polskiej kobiety?
– Pewnie stopniem rezygnacji z własnych potrzeb. Zostałam wychowana na uległą żonę. Umiem gotować, szyć, naprawić elektryczność, zadbać o męża. Kiedy 15 lat temu przyjechałam do Polski, nie umiałam tylko sformułować własnego zdania. Miałam własne zdanie, ale nie wiedziałam, że mam prawo je wyrażać. Mama mnie uczyła: dobra żona jest jak ryba, pięknie się porusza po domu i milczy. Mama często milczała, bo ojciec zawsze miał rację. Kiedy dorastałam, w moim kraju kobieta nigdy nie miała depresji, tylko smutek w środku…
Stamtąd mam też patetyczność uczuciową. Znajomi mężczyźni z Polski mówią, że jak Ukrainka się zakocha, to ma się wrażenie, że jesteś jedyny i niepowtarzalny na świecie. Prawie Bóg.
– Polacy mówią, że Zachód was nie zepsuł.
– To był kraj szczelnie zamknięty. Latami cenzurowano książki, filmy, muzykę. Dziewczynki wychowywało się więc na ludowych przekazach i baśniach. Z jednej strony, na wróżki i Kopciuszków, z drugiej, mają świadomość niewolnicy. Gdybym nie zmieniła kraju i nie miała możliwości dostępu do terapeutów, nie umiałabym powiedzieć mężczyźnie, kiedy jest mi dobrze. Nie umiałam nawet mówić, że jest mi dobrze. Wstydziłam się. Wydawało mi się, że nie wypada. Tu porady, co powinien zmienić w sobie twój partner, można przeczytać w każdym kobiecym piśmie. Tam rozkosz długo była słowem tabu. Pamiętam, jak w 1989 r. odbył się pierwszy most audiowizualny między Rosją a Ameryką. Każdy kraj opowiadał o sobie. Rosyjska kobieta wybuchła gniewem na pytanie Amerykanina: „U nas w Rasiji seksa niet!”. „A skąd się biorą dzieci”, zapytał. „Z miłości!”, krzyczała.
Miałam 16 lat, gdy dyrektorka ze szkoły zobaczyła mnie na ulicy z moją nauczycielką pantomimy, która była w ciąży. Postawiła mi dwójkę z zachowania i wezwała rodziców: co może łączyć kobietę w ciąży z młodą i czystą dziewczynką, czego Olena może się od niej nauczyć? Proszę sobie wyobrazić, że do 16. roku życia, mimo zajęć z biologii, myślałam, że dzieci biorą się z pocałunku. Pewnie teraz jest inaczej, ale moją „czystość” co roku badano w szkole. Dziewczynki wchodziły po kolei do sali gimnastycznej i ginekolog sprawdzał, czy są dziewicami. Jak któraś okazała się naruszona, wyganiano ją ze szkoły.
Może nieświadomość i brak doświadczenia w sprawach damsko-męskich przyciąga mężczyzn z Zachodu? Wtedy mogą być jej nauczycielami i przewodnikami, mieć całkowite oddanie i szacunek. No i nie bez powodu w polskich domach sprzątają Ukrainki. Naszą pradawną boginią jest Łada – patronka porządku.

Wydanie: 17-18/2005

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Komentarze

  1. Robert
    Robert 25 lipca, 2017, 11:22

    Ukraina Ladies i siostrzane portale to oszustwo – uważaj!!!
    Kupiłem kontakty do ładnych dziewczyn z portalu Ukraina Ladies. Pisałem z nimi długo otrzymywałem zdjęcia. Problem rozpoczął się jak zaoferowałem wizytę w Kijowie i wspólna kawę. Nigdy nie było ofert sexualnych itp. Gdyż zainteresowany byłem na poważnie a i materialnie mógłbym dać bezpieczeństwo takiej dziewczynie. Nawet urwał się kontakt. Po miesiącu niespokoju 2 dziewczyny znalazłem na Instagramie, zauważyłem że są tam dokładnie te same fotki co otrzymywałem ale nigdy wcześniej aniżeli pojawiły się w sieci. I zaczałem z nimi pisać moje zaskoczenie one mnie nie znały, nie wiedziały o czym piszę, dziewczyna, która miała nie znać angielskiego pisała perfekcyjnie, ale mieszkała w Chinach co potwierdzały fotki z instagrama a na portalu Ukraina Ladies była kilka lat temu. W związku z tym wróciłem do administratora strony, i uzyskałem odpowiedz ze 30 dni reklamacji minęło i mam wysłać dowody oszustwa, że ktoś się pod dziewczyny podszywa prowadząc konwersacje. Po wysłaniu printscreanów rozmów z instagramu odpowiedzano ze to nie sa dowody. Wnioske prosty: albo portal swiadomie albo nieświadomie berze udział w oszustwie. Przekazuje rożne prywatne informacje osobom w mailach nie wiedzac komu,a administrator nie jest tym w ogole zainteresowany. Załóż profil bez zdjęcia i swoich danych a dostaniesz setki listów i oczek czy uważasz ze piękne Ukrainki sa az tak zdesperowane? To sciema a nie portal kontaktów.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy