Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

Walczmy o mentalność labradorów, nie rottweilerów

Wykonawcy muzyki często zanudzają publiczność gniotami i nie zauważają, że słuchacze umierają z nudów

Jan Tomasz Adamus – dyrygent, wybitny organista. Od siedmiu lat kieruje Capellą Cracoviensis, której muzycy najpierw uznali go za intruza podnoszącego rękę na krakowską świętość, a dziś mówią o nim „odnowiciel”. Studiował w krakowskiej akademii muzycznej i amsterdamskim Sweelinck Conservatorium, związany był m.in. z Wratislavia Cantans, stworzył Międzynarodowy Festiwal Bachowski w Świdnicy. Znany jest z dosadnego języka.

 Capella Cracoviensis to nie tylko jedna z pięciu orkiestr krakowskich. Uczynił pan z niej jedną z czołowych historycznych orkiestr europejskich.

– Jeśli spojrzymy na naszą działalność – wszechstronną orkiestrę i chór, który nie tylko fantastycznie śpiewa, ale także potrafi realizować przedziwne projekty teatralne – to jesteśmy w czołówce pod względem jakości i innowacyjności. Mówienie dobrze o sobie kłóci się z naszą mentalnością, ale musimy zacząć dostrzegać samych siebie. Inaczej na zawsze pozostaniemy skolonizowanymi prowincjuszami. Ostatnio chór CC śpiewał z międzynarodową orkiestrą. Zażądałem, żeby technika postawiła bardzo wysokie podesty dla chóru, dużo wyższe, niż się praktykuje. Ustawiono je bez gadania, myśląc, że to życzenie zagranicznego dyrygenta. Gdyby wiedzieli, że to ja, powiedzieliby, że znów wydziwiam. W tego rodzaju sytuacji mentalnej mówienie, że polska orkiestra jest jedną z najświeższych w Europie, to coś zaskakującego. Trudno. Przełamujemy tę mentalność i znajdujemy wspólny język z Europą, która w siebie wierzy.

Kiedy podjął się pan „rewolucji” w CC, różnie o panu się mówiło.

– Cieszę się, że odświeżenie zespołu się powiodło. To wymagało konsekwencji, precyzyjnej pracy zespołowej i stanowczej pomocy władz. Nawet gdyby w trakcie tych przemian powinęła mi się noga, i tak byłbym szczęśliwy, ponieważ wsparcie, które otrzymałem, było nieoczekiwane i wyjątkowe. Zwłaszcza że Kraków jest uważany za miasto konserwatywne, niezdolne do zdecydowanych ruchów. A taki ruch wtedy się zdarzył i być może należy to traktować jako precedens. Potrzeba zdolności podejmowania decyzji, pewnego rodzaju stanowczości. To warunek rozwoju.

Pod koniec kwietnia w Krakowie poprowadził pan Capellę Cracoviensis z „Sosarme” Haendla. To było prawykonanie w Polsce?

– Być może rzeczywiście można to podciągnąć pod pierwsze profesjonalne wykonanie, ale nie uważam tego za sprawę najistotniejszą. Chciałem zagrać „Sosarme” i tyle. Jeśli jakaś muzyka mnie ekscytuje, chcę ją zagrać, bo mi się podoba, pociąga mnie. W środowisku bardzo wielu ludzi chce za wszelką cenę z każdego rodzaju muzyki klasycznej robić coś wzniosłego. Wszystko musi być uduchowione, święte, bez uśmiechu i spontanicznego gestu. Zablokowana emocjonalnie i zastraszona przez „znawców” publiczność nie reaguje na nic. Byle smutniej, poważniej, bez ruchu. Takie sranie marmurem.

Ma pan jasne podejście do sprawy.

– Ludzie, którzy wyciągają z archiwów dzieła niewykonywane i ekscytują się nimi z tego powodu, czasami zapominają sprawdzić tę muzykę pod istotnym kątem – czy jest dobra i porusza, czy słuchacz jest w stanie zachwycić się samą materią muzyczną jako abstrakcyjnym pięknem wyjętym z kontekstu. Wykonawcy często zanudzają publiczność gniotami i nie zauważają, że słuchacze umierają z nudów i umęczenia. Nie można żądać od publiczności aktu wiary. W ten sposób muzykę klasyczną można wyłącznie pogrzebać.

A my jako publiczność poddajemy się temu.

– Kant powiedział, że piękne jest to, co się podoba, bez pośrednictwa pojęcia. Jeśli jest piękno abstrakcyjne, to jest i tyle. Dobry obraz to dobry obraz. Dobry portret to dobry portret bez względu na to, kto na nim jest.

Podjął się pan z orkiestrą muzycznej edukacji w Krakowie.

– Chcemy pokazać ludziom normalny, starannie przygotowany koncert muzyki klasycznej. Nie bardzo długi, ale poprzedzony kilkuzdaniowym wstępem o treści dostosowanej do rodzaju publiczności. Inne instytucje muzyczne organizują koncerty w salach gimnastycznych (dojeżdżają do szkół). Obszerny wykład np. o konstrukcji instrumentów zwykle nudzi, a brzydota sali gimnastycznej pogarsza sytuację. Czasami robi się przedstawienia muzyczne dla dzieci z tarzającym się po scenie krasnalem ze skrzypcami, na co dzieci patrzą z politowaniem. Unikamy tych form. Chcemy, żeby ci, którzy przychodzą pierwszy raz na koncert muzyki klasycznej, mieli szansę się nim zachwycić – muzyką i atmosferą koncertu jako okazją do spotkania ludzi. Prosty pomysł, ale działa. Podobnie kościoły propagują wiarę nie za pomocą wykładów w sali gimnastycznej, ale każą chodzić na mszę od dziecka. Wtedy powstaje rytuał. Robimy to samo: kreujemy rytuały współczesności.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 21/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy