Walka o miliardy

Walka o miliardy

Są pieniądze na powiększenie Unii Europejskiej, ale w Brukseli rozpoczyna się…

„Rozszerzenie Unii Europejskiej wyjdzie taniej”, cieszy się austriacki dziennik „Der Standard”. „Komisja Europejska godzi się z tym, że rozszerzenie UE będzie droższe”, pisze niemiecka gazeta „Stuttgarter Zeitung”. Ale komentatorzy są zgodni: rokowania z dziesięcioma krajami kandydackimi w Brukseli wchodzą w najgorętszą fazę.
Do końca 2002 r., a może nawet do wiosny 2003 r., najważniejszym tematem będzie kwestia sfinansowania bezprecedensowej w historii Wspólnoty Europejskiej operacji jednoczesnego przyjęcia aż dziesięciu państw.
Komisja Europejska przedstawiła finansową strategię przyjęcia nowych członków – „wyważoną i rozsądną, w której nie ma miejsca na targi”, jak stwierdził komisarz ds. rozszerzenia, Günter Verheugen. Okazało się więc, że nie mają racji pesymiści, którzy twierdzili, że na powiększenie UE po prostu nie ma pieniędzy. Jak pisze „Der Standard”, jeśli rozszerzenie zakończy się fiaskiem, to nie z powodu finansów, lecz

złej woli politycznej.

Z drugiej strony, kandydaci będą musieli pogodzić się z tym, że pieniądze z EU popłyną do nich mniejszym strumieniem niż oni – zwłaszcza „agrarny olbrzym”, Polska – się spodziewali.
Plan UE przewiduje, że dziesięć państw kandydackich (Polska, Czechy, Węgry, Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja, Słowenia, Malta i Cypr) wejdzie do UE w 2004 r. i otrzyma do końca 2006 r. 40,16 mld euro (bezpośrednio tylko 28 mld, reszta zostanie przeznaczona na „długofalowe projekty”). To nieco mniej, niż przewidywała przyjęta przez rządy państw UE w 1999 r. Agenda określająca górną granicę kosztów na 42,6 mld euro. (Dlatego wielu dziennikarzy pisze, że rozszerzenie „wypadnie taniej”). Zgodnie z założeniami Agendy, do Unii miało przystąpić tylko sześć państw, ale za to już w 2002 r. Zwiększenie liczby państw kandydackich oznacza większe wydatki, ale opóźnienie terminu przyjęcia – oszczędności. Za to w Agendzie, której kwoty nikt nie zamierza podwyższać, nie było pieniędzy na bezpośrednie dopłaty dla rolnictwa. Jak stwierdził komisarz Verheugen, zdecydowano się jednak przyznać takie subwencje, gdyż w przeciwnym wypadku Polska zostałaby wykluczona z procesu powiększenia Unii (właśnie z powodu przyjęcia rolniczych subwencji, jak pisze „Stuttgarter Zeitung”, rozszerzenie może być droższe). Aby utrzymać się w ramach budżetu, Komisja postanowiła jednak, że rolnicy z nowo przyjętych państw otrzymywać będą tylko 25% dotacji, które dostają ich koledzy w „starych” krajach UE. Kwota ma być stopniowo podwyższana i osiągnie poziom „ogólnoeuropejski” w 2013 r. Nie znaczy to jednak, że wtedy do rąk polskich rolników popłyną takie kwoty, jakie inkasują chłopi we Francji czy w Hiszpanii. Politycy z państw będących „płatnikami netto” – czyli takich, które więcej płacą do kasy UE, niż z niej otrzymują – domagają się gruntownego zreformowania systemu subwencji agrarnych (czytaj: ich zasadniczego obniżenia), które wraz z dotacjami dla ubogich regionów pochłaniają 80% budżetu UE. W Brukseli padają argumenty: po co przyznawać „nowym” rolnikom

od razu wysokie dotacje,

skoro system i tak ma być zmieniony? Zresztą ogromne subwencje przyczyniłyby się do konserwacji archaicznej struktury rolnictwa w państwach Europy Wschodniej. Komisarz UE ds. rolnictwa, Austriak Franz Fischler, argumentuje, że rolnicy w nowych krajach członkowskich Unii i tak od razu skorzystają na przystąpieniu. Planuje się zwiększenie o 50% dotacji na ogólny rozwój wsi. „Nasza wzmocniona polityka rozwojowa otworzy przed rolnikami znaczne możliwości zarobku – czy to dzięki dopłatom wyrównawczym dla zacofanych regionów, przez agrarne przedsięwzięcia ekologiczne, regulacje dotyczące wcześniejszych emerytur, czy pomoc przy inwestycjach”, słusznie wywodzi Fischler na łamach „Nürnberger Zeitung”.
Plan KE przewiduje również, że dopłaty strukturalne dla nowych państw członkowskich wyniosą tylko 137 euro na mieszkańca rocznie (dotychczasowe najuboższe państwa Unii: Portugalia, Hiszpania, Irlandia i Grecja dostają po 231 euro). Z Brukseli padają argumenty, że państwa kandydackie nie są przygotowane do zużytkowania większych kwot. Już teraz przeznaczone dla nich pieniądze często nie są wykorzystywane z braku odpowiednich projektów. Jak pisze „Stuttgarter Zeitung”, politycy EU zdają sobie sprawę, że założenia planu mogą spotkać się z protestami państw kandydackich, zwłaszcza Polski, gdzie może nawet dojść do upadku rządu Leszka Millera (gdyż minister Kalinowski domaga się dla rolników „pełnych” dopłat). Z drugiej strony, jak pisze berliński dziennik „Die Welt”, kwota 40 mld euro na rozszerzenie uznana została za sumę nie do przyjęcia przez ministrów finansów EU. Protestują zwłaszcza ministrowie „płatników netto”: Hans Eichel z RFN czy Karl-Heinz Gresser z Austrii. Uważają oni, że na przyjęcie nowych państw można wydać najwyżej 27 mld euro. Komisja znalazła się więc między roszczeniami państw kandydackich, a protestem pilnujących państwowych kas ministrów. Franz Fischler, pociesza się, że

negocjacje z krajami kandydackimi

leżą w gestii nie ministrów finansów, lecz szefów dyplomacji, a ci spojrzą na propozycje Komisji bardziej łaskawie.
Wbrew temu, co mówi minister Verheugen, najbliższe miesiące będą z pewnością czasem ostrych negocjacji i „targowania się”. Dziennik „Die Welt” zwraca uwagę, że UE jest o wiele mniej hojna w stosunku do państw kandydackich niż wobec dotychczasowych członków i przeznacza na rozszerzenie zaledwie 0,14% swego produktu brutto. Tylko w ramach polityki rolnej „stare państwa” otrzymają w latach 2004-2006 ponad 120 mld euro. Niewykluczone, że naszym dyplomatom w Brukseli uda się jeszcze coś uzyskać. Ale z uwagi na ramy budżetowe Agendy i opór ministrów finansów UE nie należy mieć zbyt wielkich nadziei. Domaganie się „pełnych” dopłat bezpośrednich dla rolników jest dalekie od realizmu.

 

Wydanie: 5/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy