Walka o pustynię

Walka o pustynię

Maroko wywiera presję na Hiszpanię z powodu Sahary Zachodniej

Władze marokańskie od kilku miesięcy naciskają na swoje hiszpańskie odpowiedniki, by uznały suwerenność Maroka względem Sahary Zachodniej, tak jak zrobiły to Stany Zjednoczone za prezydentury Donalda Trumpa.

15 stycznia w trakcie konferencji prasowej szefa MSZ Maroka Nassera Bourity na temat bieżącej polityki w kraju i sytuacji w Saharze Zachodniej polityk nagle przeszedł z języka arabskiego na francuski: „Europa musi wyjść ze swojej strefy komfortu i podążać za dynamiką Stanów Zjednoczonych. Część Europy musi być bardziej odważna, bo jest blisko tego konfliktu”.

Nagła zmiana języka miała symboliczne przesłanie dla Starego Kontynentu, aby europejscy przywódcy poszli w ślady byłego prezydenta USA Donalda Trumpa i poparli zwierzchnictwo Maroka nad Saharą Zachodnią. Później, przed korespondentem Agencji EFE, Bourita był bardziej bezpośredni. „Trzeba zapytać [Hiszpanię], dlaczego jej tu nie ma”, podkreślił. „Wielu obserwatorów potwierdziło, że Hiszpania wyróżnia się nieobecnością, czego żałowała spora liczba marokańskich dyplomatów”, skomentowała w ślad za nim cyfrowa gazeta „Le 360”, blisko powiązana z pałacem królewskim. Co ważne, Francja była jedynym krajem europejskim reprezentowanym na konferencji.

Po tym jak Waszyngton uznał suwerenność Maroka wobec Sahary Zachodniej, a ok. 20 krajów afrykańskich i arabskich ogłosiło otwarcie konsulatów w Al-Ujun, jej nieoficjalnej stolicy, i Ad-Dachli, dyplomacja Rabatu poczuła się pewniej, w związku z czym stara się odnieść kolejny sukces – Hiszpania, dawna potęga kolonialna, jest jej następnym celem.

10 grudnia 2020 r. USA politycznie wsparły Maroko w konflikcie w zamian za nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Rabatem a Tel Awiwem. Marokańskie władze coraz silniej i śmielej naciskają zatem na iberyjskie państwo w sprawie Sahary Zachodniej. Jednocześnie relacje na linii Madryt-Rabat stały się jeszcze bardziej napięte. Dowodem tego może być ciągłe przekładanie spotkania przedstawicieli wysokiego szczebla obu krajów. Maroko, powołując się na względy pandemiczne, przełożyło na luty szczyt z Hiszpanią, zaplanowany wcześniej na 17 grudnia, o którego zwołanie poprosił szef rządu Saadeddine Othmani. Pod koniec lutego doszło jednak tylko do wideokonferencji szefów MSZ obu krajów. Choć obie strony zgodziły się na przygotowanie dwustronnego szczytu, nie były w stanie uzgodnić żadnych konkretów, nawet daty, co można wytłumaczyć ukrytymi napięciami dyplomatycznymi.

Sahara Zachodnia bywa nazywana ostatnią kolonią Afryki. W 1975 r. obszar ten był hiszpańską kolonią, której suweren przekazał dwie trzecie Maroka i jedną trzecią Mauretanii. W reakcji Front Polisario, ruch niepodległościowy rdzennych mieszkańców tego obszaru, Sahrawi, chwycił za broń. Mauretania zrzekła się swojej „części” na rzecz Maroka. Marokańczycy natomiast zorganizowali tzw. Zielony Marsz – król Hassan II zmobilizował 300 tys. cywilów, którzy przekroczyli zieloną granicę z Saharą Hiszpańską w geście poparcia dla zgłaszanych przez Maroko roszczeń do tego terytorium. Mieszkańcy Sahary zaczęli z kolei organizować zbrojną akcję przeciwko marokańskim okupantom. Sahrawi upierają się, że w dużej mierze sami sobą rządzili przez setki lat – wędrując po pustyni jako koczownicy, nie byli związani z żadnym królestwem ani państwem poza własnymi plemiennymi zależnościami.

W 1991 r. Rabat i Front Polisario, dzięki mediacjom ONZ, osiągnęły porozumienie przewidujące zawieszenie broni i zorganizowanie referendum w sprawie samostanowienia ludności Sahrawi, które nie zostało przeprowadzone z powodu przeszkód stawianych przez władze Maroka. Front Polisario nadal domaga się referendum niepodległościowego, tymczasem Maroko woli kolonizować i wiązać gospodarczo Saharę Zachodnią. Obszar ten jest bowiem bogaty w złoża fosforanów i zasoby rybne.

W ciągu ostatnich dwóch dekad Hiszpanie przyjmowali neutralne stanowisko wobec tego konfliktu. Gdy jednak Waszyngton uznał Saharę Zachodnią za część Maroka, hiszpańska minister spraw zagranicznych Arancha González Laya powiedziała, że decyzja Donalda Trumpa zaskoczyła hiszpański rząd. Madryt przyjął tę decyzję dość chłodno, a kilka dni później minister Laya przekazała mediom, że rozwiązanie konfliktu na Saharze nie zależy od jednego kraju, bez względu na to, jak jest potężny i wpływowy.

Hiszpański rząd jest zakłopotany marokańskim żądaniem i naciskami. Co prawda, rządzący socjaliści od dawna potajemnie popierali rozwiązanie konfliktu, za którym opowiadał się Rabat, nie mogą tego jednak powiedzieć otwarcie, ponieważ hiszpańska opinia publiczna nadal sympatyzuje z Frontem Polisario. W Hiszpanii działa wiele organizacji pozarządowych wspierających Sahrawi. W krajowych mediach nagłaśniane są historie dziesiątków więzionych działaczy Sahrawi i restrykcje, jakim podlega wielu innych, nietworzące klimatu sprzyjającego ustanowieniu autonomii akceptowanej przez rdzenną ludność. Doniesienia organizacji pozarządowych zajmujących się prawami człowieka są druzgocące dla władz Maroka.

Jakby tego było mało, główny koalicjant socjalistów, lewicowe ugrupowanie Podemos, wspiera Front Polisario. Przywódca Podemos, a jednocześnie wicepremier, Pablo Iglesias Turrión, regularnie nalega na uznanie prawa ludności Sahrawi do samostanowienia. W lutowym numerze magazyn „BAB”, wydawany przez oficjalną marokańską agencję informacyjną MAP, wskazał nawet bezpośrednio Iglesiasa jako główne „źródło kryzysu” w stosunkach z Madrytem. Ten sam magazyn porównał sytuację Katalonii i Frontu Polisario. Podkreślano sprzeczność postaw Hiszpanii w jednym i drugim przypadku: „Jeszcze bardziej niezrozumiałe jest to, że pozycja Madrytu jest taka, że chociaż tłumi wszelkie pragnienia niepodległości w Katalonii, społeczności liczącej 7,5 mln mieszkańców, nadal wspiera zakulisowo samostanowienie kilku tysięcy separatystów z Frontu Polisario”.

Na takie uszczypliwości wobec Hiszpanów Marokańczycy pozwalają sobie coraz śmielej i częściej. W lutym szef marokańskiego rządu Saadeddine Othmani wypowiedział się kontrowersyjnie o hiszpańskich enklawach w północnym Maroku. Saudyjskiej telewizji Al-Sharq mówił, że Ceuta i Melilla, podobnie jak Sahara Zachodnia, są częścią terytorium Maroka, i dodawał, że konieczne będzie rozpoczęcie dyskusji o ich przyszłości z rządem hiszpańskim.

Abdallah Laarabi, przedstawiciel Frontu Polisario w Hiszpanii, nie ma wątpliwości, że obecne zgrzyty w stosunkach hiszpańsko-marokańskich to efekt planów ekspansji Maroka w Saharze Zachodniej: „Nie można dokonać przeglądu stosunków między tymi dwoma krajami bez wspomnienia o sprawie Sahrawi, biorąc pod uwagę odpowiedzialność polityczną i status prawny Hiszpanii w zakresie dekolonizacji Sahary Zachodniej”. I dalej ubolewa: „Reżim marokański za wszelką cenę stara się przekonać Hiszpanów, by poszli w ślady Trumpa, uznając rzekomą suwerenność Maroka nad Saharą Zachodnią. Jesteśmy w kontakcie z rządem hiszpańskim, który zapewnił nas, że nie uzna suwerenności Maroka nad Saharą Zachodnią… ale presja marokańska rośnie”.

Jak zauważa dziennik „El Confidencial”, Hiszpania jako była potęga kolonialna ma do odegrania ważną rolę w regionie. Według władz marokańskich jej stanowisko mogłoby wpłynąć na podejście dużej części krajów Unii Europejskiej.

Innym zgrzytem w relacjach jest kwestia uchodźców. Maroko wini bowiem Hiszpanię za złe traktowanie marokańskich imigrantów umieszczonych w obozach dla uchodźców na Wyspach Kanaryjskich.

„Maroko nie jest dziś niebezpiecznym i chaotycznym krajem, który José María Aznar mógłby szantażować, jak to robił pod koniec lat 90. Kontekst międzynarodowy i regionalny nie jest taki sam jak 20 lat temu, a siła przetargowa Maroka znacznie wzrosła w ciągu ostatniej dekady – pisał w „El Español” Samir Bennis, analityk polityczny i ekspert od Maroka i Maghrebu. – Obecny kontekst geopolityczny sprawia, że ekonomiczna, polityczna i społeczna stabilność Hiszpanii jest ściśle związana ze stabilnością Maroka. Bezpieczeństwo Hiszpanii, a także powodzenie jej strategii imigracyjnych i antyterrorystycznych w dużej mierze zależą od jej ścisłej współpracy z Afrykańczykami”.

Madryt obawia się również, że Rabat może przerwać współpracę antyterrorystyczną, jak miało to miejsce w sierpniu 2014 r., lub wywołać poważny kryzys migracyjny. Zwłaszcza ten drugi wątek przyprawia rządzących socjalistów o ból głowy.

W ciągu całego 2020 r. napływ imigrantów na Wyspy Kanaryjskie wzrósł o ponad 750%. Światowe media nazywały nawet Gran Canarię „hiszpańskim Lesbos”. Profil imigrantów marokańskich, którzy wylądowali na wyspach, różni się od tych, którzy wcześniej przekraczali Cieśninę Gibraltarską, aby dotrzeć na Półwysep Iberyjski. Są nieco starsi, często pracowali w Maroku w branży gastronomicznej, turystycznej bądź jako taksówkarze. Bezrobotni od miesięcy z powodu kryzysu wywołanego pandemią, ryzykują życie i wyruszają przez Atlantyk. Według badania przeprowadzonego przez Frontex, europejską agencję kontroli granicznej, dla 68% Ad-Dachla była pod koniec grudnia początkiem przeprawy.

Masowa nielegalna imigracja na Wyspy Kanaryjskie to poważny problem dla władz hiszpańskich. Wobec braku obozów dla uchodźców – te zakładane w pośpiechu oferują obecnie tylko 600 miejsc – ponad 7,5 tys. osób zakwaterowanych jest w hotelach, pustych z braku turystów. To rozwiązanie prowokuje napięcia wśród lokalnej ludności, do których niekiedy zachęcają populistyczni burmistrzowie. Sama zaś obecność imigrantów może odstraszać potencjalnych turystów – Wyspy Kanaryjskie w oczach przyjezdnych mogą stracić status bezpiecznej, rajskiej przystani.

Jak pisał „El País”: „Niektórzy hiszpańscy dyplomaci zastanawiają się, czy Rabat nie otworzył wrót masowej nielegalnej emigracji z Sahary – zjawiska nigdy wcześniej niewidzianego – aby wywrzeć presję na Hiszpanię”. Tym bardziej że obszar ten jest dość zmilitaryzowany, więc powinien być lepiej strzeżony.

Inną presją, jaką afrykańskie państwo może wywierać na Madryt, jest repatriacja ponad 20 tys. marokańskich imigrantów. Przez prawie dziewięć miesięcy Maroko nie zgadzało się na odsyłanie ani jednego swojego obywatela, który dotarł nielegalnie do Hiszpanii. Jak donosi jednak hiszpański dziennik „ABC”, marokański minister spraw wewnętrznych Abdelouafi Laftit po spotkaniu ze swoim hiszpańskim odpowiednikiem dał zielone światło powrotom.

Od listopada wznowiono w związku z tym deportacje do Maroka. W tej chwili, jak donosi gazeta, tygodniowo deportowanych jest tylko od 60 do 100 marokańskich imigrantów. Proces ten przebiega zatem w żółwim tempie. Niewykluczone, że kwestia powstrzymania migracji i przyśpieszenia repatriacji może być próbą wymuszenia uznania zwierzchności Maroka nad Saharą Zachodnią.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 15/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy