Warlikowski dał mi bardzo odważne role

Warlikowski dał mi bardzo odważne role

Nikt mi nie proponuje „czegoś”! Otrzymuję konkretne, interesujące propozycje i ode mnie zależy, czy je zaakceptuję

Isabelle Huppert – aktorka francuska

Czy przypomina sobie pani aktorskie początki? Dlaczego wybrała pani ten zawód?
– Z czasów wczesnej młodości pamiętam poczucie ulotności. Chwilami wydawało mi się, że nie istnieję. Może dlatego wybrałam aktorstwo, żeby zaistnieć. Kamera daje realną egzystencję.

Co decyduje, że rzuca się pani w nową artystyczną przygodę?
– Podstawowym warunkiem jest osoba reżysera. Jestem gotowa na wszystko, jeśli mogę pracować z kimś, kogo podziwiam, z kimś wielkim.

Jeżeli jednak okazuje się, że reżyser nie jest wielki?
– Nigdy dotąd to mi się nie zdarzyło. Mówię poważnie – zawsze pracowałam z osobami, które odkrywały przede mną nowe światy. Miałam naprawdę dużo szczęścia. W trakcie zdjęć byłam zawsze przekonana, że obcuję z kimś wybitnym, nawet jeśli film mógł się okazać niewypałem. Tak czy owak nie można wszystkich zadowolić i wszystkim się podobać. Dlatego ważne jest, żeby dokonywać trafnych wyborów. To bardzo trudne, również w życiu. Doświadczenie sprawia jednak, że zaczynamy rozumieć, co jest dla nas dobre, a co nie. Oczywiście kiedy pracuję z tak znanym reżyserem jak Michael Haneke, zadaję sobie dużo mniej pytań, ale proces myślowy pozostaje ten sam.

Czego oczekuje pani od reżysera?
– Może to się wydać paradoksalne, ale oczekuję od niego dużo wolności i ograniczeń jednocześnie – to mnie stymuluje.

Jakie miejsce zajmuje w pani życiu kino? Albo inaczej – czy kino jest pani życiem?
– Nie sądzę, żeby kino miało aż tak wielką siłę – nie wierzę w to, że odcina nas, artystów, od rzeczywistości. Po pracy na planie wracam do domu i zaczyna się dla mnie życie niemające nic wspólnego z moimi rolami. Zrzucam je razem z kostiumem, chociaż oczywiście niektóre zostają ze mną dłużej. Ale rzeczywistość jest dla mnie wartością realną – codziennie czytam gazety, chodzę na wystawy, do kina, do teatru. Mam rodzinę, dorosłe już dzieci.

Czego poszukuje pani w kinie? Jest pani uważana za aktorkę, która kocha wyzwania.
– To prawda, że nie czuję się nigdy wypalona, zblazowana, nie mam w sobie cynizmu, nawet po tylu latach kariery. Wciąż kocham kino i oczekuję, że mnie zaskoczy, bo jest ono medium, które potrafi się odnawiać. Istnieje w ciągłym ruchu. Największą satysfakcję czerpię jednak zawsze z relacji z realizatorem – dla mnie to pełnia szczęścia.

Aktorów dzielono swego czasu na „fizycznych” i tych, którzy specjalizowali się w rolach psychologicznych. Pani należy do tych drugich.
– Rola nigdy nie jest wyłącznie fizyczna ani psychologiczna – nawet u Bergmana aktorki grały przecież ciałem. Ciało jest narzędziem pozwalającym nam przekazywać najsubtelniejsze stany ducha. Kiedy gramy, myślimy. Nawet jeśli biegniemy brzegiem morza.

Bardzo dużo pracowała pani z Claude’em Chabrolem, który nie znosił francuskiej burżuazji. Obecnie jest pani ulubioną aktorką Michaela Hanekego, który, podobnie jak Chabrol, obnaża hipokryzję mieszczaństwa. To kwestia duchowego pokrewieństwa?
– Chabrol mawiał, że jest moim wujem. Nie ojcem, bo ojca już mam, ale wujem – dobrotliwym i charyzmatycznym. Jego kino usiłuje zbliżyć się do prawdy, przedrzeć się przez mglistą rzeczywistość, która nas otacza. Ale nie jestem przekonana, że Chabrol nienawidził burżuazji. Moim zdaniem wykorzystywał historie z jej życia, aby ukazywać mechanizmy zachodzące w społeczeństwach Zachodu. Haneke jest pod tym względem jego spadkobiercą. Ich filmy są rodzajem kroniki, zbliżają się do moralitetu.

Rozmawiamy po prawdziwym trzęsieniu ziemi w filmowym świecie, wywołanym aferą Weinsteina. W odpowiedzi na akcję #MeToo i jej francuski odpowiednik niektóre znane artystki, w tym Catherine Deneuve, podpisały publiczny protest broniący prawa do pewnej erotyzacji stosunków damsko-męskich, zalotów i flirtu. Ta riposta spotkała się z oburzeniem feministek. Jakie jest pani zdanie na ten temat?
– Myślę, że wszystko, co się wydarzyło, musiało się stać wcześniej czy później. Wszelkie akcje tego typu charakteryzuje swoista dynamika, która sprawia, że ich bohaterowie posuwają się czasem za daleko, aby następnie się wycofać czy inaczej sformułować swoje postulaty. Nie mam zdecydowanej opinii na temat wystąpienia Catherine Deneuve – podpisała wypowiedź w swoim imieniu i ma prawo do takich, a nie innych poglądów. Jeśli jednak chodzi o aferę Weinsteina i akcję przeciwko maczyzmowi, oczywiście opowiadam się po stronie wykorzystywanych kobiet.

Jako aktorka spotkała się pani z jakimiś formami molestowania?
– Od początku szłam własną drogą i dobrze wiedziałam, czego chcę, może dlatego udało mi się uniknąć tego typu sytuacji. Zawsze domagałam się też honorarium w tej samej wysokości, jaką mieli zapisaną w kontrakcie moi filmowi partnerzy – to dla mnie wręcz nie do wyobrażenia, żeby za tę samą pracę otrzymywać niższe wynagrodzenie! Równość płac i szacunek są dla mnie podstawowymi warunkami pokojowych relacji damsko-męskich w sferze zawodowej.

Przez długie lata w przemyśle filmowym nie powierzano kobietom odpowiedzialnych stanowisk. W Hollywood większość filmów jest wciąż realizowana przez mężczyzn.
– To prawda, że w Ameryce niektóre gatunki filmowe są przypisywane raczej mężczyznom. W tym kontekście kobiety zmuszone są do podążania krętymi ścieżkami albo drogą na skróty, często okazuje się ona zresztą dużo bardziej interesująca. Autostrada jest szeroka, ale możemy na niej jechać tylko przed siebie. Na mniej ruchliwej drodze możemy się zatrzymać, zastanowić, czasami zawrócić. Wbrew pozorom otwiera to przed nami wiele możliwości.

Czy czuje się pani feministką?
– Feminizm nie oznaczał dla mnie nigdy walki z rodzajem męskim. Mój feminizm, jeśli można go tak nazwać, manifestował się chęcią bycia w centrum – centrum procesu twórczego i zainteresowania. Nie po to, żeby zademonstrować moją siłę – wręcz przeciwnie. Chodziło mi o ukazanie własnej słabości, ale tak, aby znalazła się w świetle. Uważam, że słabość może być równie wymowna jak siła – aby zaistnieć, kobiety nie muszą wcale dorównywać mężczyznom, mogą zająć centralną pozycję, nie ukrywając swojej kruchości i delikatności. Prawdą jest jednak, że mizoginia istnieje, chociaż często nie tam, gdzie jej się spodziewamy. Jestem na nią bardzo wyczulona.

W świecie filmu aktorki poddane są także innej presji – wymaga się od nich, aby były wciąż młode i piękne. To samo zjawisko zaczyna dotyczyć także mężczyzn, chociaż w mniejszej skali. Pani nie ukrywa wieku. Czy sześćdziesiątka zmieniła w jakimś stopniu pani pozycję w zawodzie?
– Nicole Kidman wygłosiła niedawno na ten temat bardzo poruszającą mowę – podawała nawet mój przykład, tym bardziej więc jej kibicuję. Jej zdaniem nie ma dobrego i złego wieku dla kobiet i aktorek. Presja urody i młodości zawsze istniała w przemyśle filmowym, ale dzisiaj powoli to się zmienia. Meryl Streep, Nicole Kidman czy Halle Berry nie mają 20 lat i nie przeszkadza im to w karierze. Uważam, że pod tym względem kino ewoluuje w dobrym kierunku.

W filmie francuskiej realizatorki Anne Fontaine zagrała pani… Isabelle Huppert. Przygotowując się do roli, czerpała pani z osobistych doświadczeń, czy też korzystała pani z opinii innych?
– Nie grałam siebie jako osoby prywatnej, nie znoszę psychicznego ekshibicjonizmu. Grałam rolę napisaną dla mnie przez reżyserkę. To ogranicza, ale także wyzwala. Szczerze mówiąc, opinie na mój temat specjalnie mnie nie interesują – z reguły redukuje się mnie do moich ról, podkreślając ich makiaweliczny charakter czy emocjonalny chłód. To nie jestem ja. Kiedy czytam te dywagacje, zawsze mówię sobie, że ich autorzy powinni zgłębić temat. Chabrol powtarzał często: wszyscy uważają mnie za kogoś bardzo tajemniczego, ale naprawdę nie mam nic do ukrycia. Tak samo jest ze mną.

Zagrała pani ostatnio perwersyjną bohaterkę w remake’u „Ewy” Josepha Loseya oraz Panią Hyde w filmie pod tym samym tytułem. To wolna adaptacja powieści Stevensona.
– Lubię się bawić, kiedy pracuję, i dlatego wybieram różnorodne role. Tak się jednak składa, że większość moich bohaterek ma skomplikowane życie wewnętrzne – są manipulatorkami, ocierają się o przemoc i masochizm. Ewa należy do tej kategorii. Po niej miałam ochotę na coś lżejszego i wtedy się pojawiła Pani Hyde. To nieśmiała, wycofana uczona, która odkrywa w sobie nadprzyrodzoną siłę. Jej postać bardzo dobrze mi zrobiła, pracując nad nią, czułam się jak na wakacjach.

Któremu reżyserowi powiedziałaby pani bez wahania „tak”, jeśliby pani coś zaproponował?
– Co to znaczy „coś zaproponował”? Nikt nie proponuje mi „czegoś”! Otrzymuję konkretne, interesujące propozycje i ode mnie zależy, czy je zaakceptuję, czy nie. To bardzo złożony proces. Proszę mnie źle nie zrozumieć – to, czy rola jest pierwszo-, czy drugoplanowa, nie ma dla mnie większego znaczenia: ważny jest cały film.

Bardzo dużo gra pani w teatrze, m.in. u Krzysztofa Warlikowskiego. Wspomniała pani kiedyś, że marzy pani o współpracy z Krystianem Lupą.
– Kiedy kocha się teatr tak jak ja, marzy się o pracy z największymi. Lupa zalicza się do największych, podobnie jak Peter Brook czy Bob Wilson. Mam nadzieję, że uda nam się spotkać.

Co w porównaniu z filmem przynosi pani teatr?
– Nie odczuwam istotnej różnicy – przeciwnie, zarówno w filmie, jak w teatrze pozostaję wciąż tą samą aktorką, mimo że to całkowicie odrębne środki artystycznego przekazu.

Czy teatr jest dla pani wyzwaniem?
– To bardzo ekscytujące uczucie grać przed publicznością reagującą na każde słowo – aspekt fizyczny jest w teatrze dużo bardziej odczuwalny. Nie uważam jednak, aby było to jakieś wyjątkowe wyzwanie, choćby dlatego, że teatr jest nieodłączną częścią naszej kultury – istnieje przecież od starożytności. Krzysztof Warlikowski dał mi bardzo oryginalne i odważne role, podobnie jak Bob Wilson czy Jacques Lasalle. Miałam bardzo dużo szczęścia, ale w dużej mierze zawdzięczam to też sobie samej: zawsze podejmowałam inicjatywę. Tak bardzo boję się rutyny, że wciąż szukam nowych artystycznych przeżyć. Teatr dostarcza mi ich dużo więcej niż kino. Jest bardzo wymagający.

Czy wierzy pani w happy endy?
– Zaskakujące pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. W każdym razie na pewno nie jestem taką pesymistką jak niektóre moje bohaterki. Nie wierzę w bajki, ale wierzę w determinację i siłę woli. Można powiedzieć, że jestem umiarkowaną optymistką. Same filmy nie powinny jednak dawać łatwych recept czy rozwiązań – czasami dobrze jest wstrząsnąć widzem, wziąć go na celownik. Tylko tak może przeżyć katharsis.

Ma pani jakieś artystyczne marzenia?
– Nie mam marzeń, mam za to pragnienia, które realizuję. To dużo rozsądniejsze podejście. W życiu jest czas na melancholię i czas na energię. Ja wybrałam energię.

Wydanie: 35/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy