Praca, czyli pasja

Praca, czyli pasja

Przez chwilę spodziewaliśmy się, że pandemia wiele przewartościuje. Wracamy jednak do tego, co było. I to jeszcze mocniej


Agnieszka Grochowska – aktorka filmowa i teatralna. Od 13 sierpnia można ją oglądać w filmie „Moja cudowna Wanda”


Zdążyła się pani stęsknić za planem filmowym i sceną przez czas pandemii?
– Bardzo, choć powrót do teatru po półtora roku przerwy był dla mnie stresującym i, przyznam, dziwnym doświadczeniem. Czułam, jakby od ostatniego razu na scenie minął bliżej nieokreślony, ale bardzo długi czas. Dodatkowo odzwyczailiśmy się od obecności widzów. Ekscytujące i wręcz niewiarygodne było więc to, że będziemy naprawdę dla nich grać. Przestawiliśmy się przez ten czas na inne warunki, przyzwyczailiśmy do noszenia masek. A tu jak dawniej, mamy prawdziwe święto. Niedawno też wróciłam z planu po sześciu tygodniach zdjęć do filmu Anny Kazejak „Fucking Bornholm”, pracuję nad kolejnym scenariuszem. W tygodniu poprzedzającym naszą rozmowę pracowałam już jak przed pandemią – rano miałam zdjęcia, a wieczorami grałam spektakle.

Pandemia mocno pokrzyżowała pani plany zawodowe?
– W ubiegłym roku spadło mi pięć produkcji. Planowałam zacząć zdjęcia w marcu i miały one potrwać aż do jesieni. Nagle wszystko się zatrzymało. I to naprawdę na długo – na sześć, siedem miesięcy. To było szokujące. Pamiętam, że w styczniu, jeszcze przed pandemią,  pojechałam na Sri Lankę, później w Tatry i pomyślałam: jak to dobrze, że udało mi się odpocząć, bo planów zawodowych będzie za chwilę aż za dużo.

Czy przez te siedem miesięcy pojawił się lęk związany z brakiem pracy i dalszymi perspektywami?
– Ogromny. Marzec był najgorszy, zwłaszcza pierwsze dwa tygodnie, kiedy w ogóle nie było wiadomo, o co chodzi. Nagle pozamykali nas wszystkich w domach i w zasadzie trudno było stwierdzić, czy mamy do czynienia z jakimś realnym zagrożeniem, bo z jednej strony docierały do nas katastroficzne prognozy, z drugiej zaś w moim otoczeniu nikt wtedy jeszcze nie chorował. Na szczęście nie mam w domu telewizora, docierały do mnie jedynie strzępki relacji. Warszawa stała się nagle wymarłym miastem. Każdy z nas ma jakieś zobowiązania, więc naturalnie miałam w głowie, że tak może wyglądać początek końca.

À propos braku telewizora, czytałem, że jest pani osobą bardziej analogową niż cyfrową. Odnajduje się pani w świecie mediów społecznościowych, które dzisiaj są chyba częścią pracy aktora?
– Trudno mi porównać moją sytuację z aktorami, którzy dzisiaj zaczynają. Debiutowałam w innym momencie, mogłam zatem zupełnie inaczej tę sytuację poprowadzić. Choć już wtedy byłam radykałem (śmiech). Prowadzę swój profil na Instagramie, ale tylko dlatego, że ktoś podszył się pode mnie i założył fałszywe konto. Absurdalna sytuacja. Uważam jednak, że można być tam takim, jakim się chce. Nie muszę spędzać na Instagramie trzech godzin dziennie i publikować intymnych rzeczy. Mogę być w kontakcie ze swoimi widzami. To dla mnie bardzo interesujące. Myślę, że gorączka relacjonowania swojego życia już się nie zatrzyma. Przez chwilę spodziewaliśmy się, że pandemia wiele przewartościuje. Wracamy jednak do tego, co było. I to jeszcze mocniej.

Powiedziała pani kiedyś, że aktorstwo to nie tylko praca, ale też dzika przygoda i rodzaj terapii.
– To coś, czego niezmiernie mi przez ten rok brakowało. Nagle, po raz pierwszy od wielu lat, okazało się, że nie mogę pójść do pracy i się wyładować. Zdałam sobie wtedy sprawę, jak wielki ma to wpływ na moje życie. Wcześniej zawsze kilka razy w tygodniu mogłam powrzeszczeć, popłakać, pośmiać się. Scenariusze wplatają się w życie i pewne tematy mogłam dzięki nim przepracować. Zresztą nie chodzi tylko o to, co mam do grania, ale i o środowisko, w jakim przebywam. Moi koledzy i koleżanki po fachu to świetni ludzie, z którymi uwielbiam spędzać czas. Nagle zostałam od swojego świata odcięta, musiałam skonfrontować się ze swoimi emocjami, ale już nie grając. Praca ma wpływ na moje życie i odwrotnie. Zastanawiałam się, jak to jest w przypadku bohaterki filmu „Moja cudowna Wanda”, z czym tam się skonfrontuję.

To było coś nowego?
– Kiedy usłyszałam, o czym jest film, pomyślałam, że to kolejna historia o uciemiężonej Polce, która wyjeżdża z kraju za pracą. Nie byłam przekonana, do czasu gdy przeczytałam scenariusz. Wspaniały! Wanda wcale nie jest ofiarą. Rozmawiałam kilkakrotnie z mieszkającą w Szwajcarii Bożeną Domańską, która jest pierwowzorem tej postaci. Została niesprawiedliwie potraktowana przez swojego pracodawcę, poszła do sądu i wygrała. Było o niej głośno do tego stopnia, że powstały film dokumentalny i sztuka teatralna. Pani Bożena bardzo mnie zainteresowała. Przekonywała, że opiekując się kimś, trzeba to traktować wyłącznie jako pracę, nie można się spalać. Jest w filmie scena, kiedy moja bohaterka wraz z jej pracodawczynią siadają przy stole i rozmawiają o warunkach współpracy. One są równe, podczas gdy dzisiejszy świat jest tak skonstruowany, żeby tej równości nie było. Oceniamy się nawzajem, wywyższamy, poniżamy. Zajmujemy się tylko pozycjonowaniem, do czego w dużej mierze przyczyniają się pieniądze.

Z tą równością to nie jest prosta sprawa, bo typ pracy, jakim jest wyjazd za granicę, by opiekować się starszą osobą, ludzie postrzegają jako coś gorszego.
– Taka jest konstrukcja: jeden ma wszystko, a drugi nic. Nasz film jest także o tej rzekomej wspaniałomyślności Europy Zachodniej. Europy, która zaprasza do siebie ludzi z biedniejszych krajów, oferując im pracę i pozornie dostatnie życie. Z drugiej strony my robimy dzisiaj dokładnie to samo w stosunku do ludzi z Ukrainy czy Białorusi. Proponujemy dużo gorsze warunki niż Polakom, nie zapewniamy ubezpieczenia, nie oferujemy godziwej płacy. To tylko pozór dobrego życia, bo sami byśmy takiej propozycji nie przyjęli. Nie ma we mnie na to zgody. Nie można udawać, że jest się gościnnym, kiedy z jednej strony niby zapraszamy kogoś do siebie, a z drugiej budujemy dla niego baraki. Ta nierówność istnieje. Dom, w którym kręciliśmy, wystawiony jest na sprzedaż, a jego cena sięga 20 mln euro. My w jego wnętrzu toczyliśmy negocjacje dotyczące ciężkiej pracy za 200 franków.

To dwa różne światy, ale zarówno Wanda, jak i pani wyjeżdżacie za granicę do pracy. Ona opiekować się starszym mężczyzną, pani na plany filmowe. Czuła pani z bohaterką rodzaj połączenia?
– Myślałam o tym. Moja sytuacja była o tyle inna, że zawsze jeździłam z dziećmi, które były na tyle małe, że mogłam zabierać je ze sobą. Wynajmowałam większe mieszkanie, jechała z nami niania. Nie zmienialiśmy naszych rytuałów. Nasze życie po prostu przenosiło się do innego miasta. Pamiętam zabawną sytuację, kiedy nagrywałam pierwsze próbne zdjęcia do „Mojej cudownej Wandy”. Byłam wtedy we włoskich Alpach, gdzie kończyłam inny plan. Nie widziałam dzieci przez dwa tygodnie i dosłownie chodziłam po ścianach. Choć to zupełnie inna sytuacja, rozumiałam ten rodzaj pozostawienia gdzieś daleko swojego życia.

Ponoć lubi pani podróżować. Tego najbardziej brakowało w pandemii?
– Wydaje mi się, że tak. Przez to, że dzieci zawsze zabierało się „pod pachę”, one mają dokładnie tak samo. Były przyzwyczajone, że dziś jesteśmy w Warszawie, jutro na Podlasiu, a pojutrze w Rzymie. Teraz doszło do tego, że kiedy głośno myślę, żeby gdzieś pojechać, one za pięć minut są już spakowane, z walizkami. Nieważne, że nie ma nawet jeszcze konkretnego pomysłu. Dużym walorem pracy za granicą jest to, że moje dzieci miały już okazję mieszkać w Londynie, Rzymie, Berlinie czy Zurychu. Zobaczyły, że świat jest większy, można mieć kawałek domu w zupełnie innym miejscu. Pod tym względem ostatni rok był straszny. We wrześniu mieliśmy premierę filmu na festiwalu w Zurychu. Pamiętam, jak weszłam na puste Okęcie, prawie nikogo nie było. Robiło to wrażenie. Był we mnie strach, że normalność już nigdy nie wróci.

Pandemia skomplikowała także plany związane z nowojorską premierą „Mojej cudownej Wandy”. Miał być pokaz na Tribece i obiad z Robertem De Niro, a zamiast tego projekcja odbyła się online.
– W ogóle strasznie za mną chodzi Nowy Jork, bo nigdy jeszcze tam nie byłam. Za każdym razem, gdy nadarzała się okazja, coś stawało na przeszkodzie. A to spektakl w teatrze, a to zdjęcia. Kiedy zatem nasz film zakwalifikował się na festiwal do konkursu, pomyślałam, że nie mogła się nadarzyć lepsza okazja. Niestety, i tym razem okazało się, że Nowy Jork musi poczekać.

Podobnie jak obiad z De Niro. Choć miała już pani okazję zawodowo spotkać się z pierwszoligowymi hollywoodzkimi aktorami – Tomem Hardym czy Garym Oldmanem, na planie „Systemu” Daniela Espinosy.
– W efekcie spotkałam się tam z Tomem Hardym, bo akurat z Garym Oldmanem nie miałam wspólnych scen. Żartowałam, że czasem w takich sytuacjach wycina się aktorów z filmów, ale po przeczytaniu scenariusza wiedziałam, że tym razem na pewno tak się nie stanie. Była to bowiem kluczowa sekwencja dla głównego bohatera i do zrozumienia fabuły, jeśli zatem bym jej nie udźwignęła, prędzej zmieniliby aktorkę, niż zrezygnowali z tej sceny. To było niezapomniane spotkanie, bo Tom Hardy jest też jednym z moich ukochanych aktorów. Ma niesamowite warunki, możliwości. Świetnie było przez 12 godzin zagrać z nim scenę i móc się sprawdzić na jego tle.

Zagranicznych produkcji w pani aktorskim dorobku jest znacznie więcej. Ciągnie panią do tego, by się sprawdzać w nowych warunkach?
– Bardzo mnie ciągnie, choć w zasadzie nie było żadnych planów z tym związanych. Miałam jedynie marzenie, by to, co robię, pozostało moją pasją. Tak się ułożyło, że na pewnym etapie kariery mogłam wybierać spomiędzy scenariuszy. Nie było istotne, gdzie dany film będzie kręcony – w Polsce czy za granicą. Chodziło raczej o to, by tekst był dobry, twórcy ciekawi, a rola, którą mam zagrać, intrygująca. W efekcie przez kilka lat pracowałam niemal wyłącznie za granicą. To zupełnie inne wyzwanie. Musiałam pojechać na plan, gdzie nikt specjalnie mnie nie znał. Co prawda, wygrywałam wcześniej zdjęcia próbne, dzięki czemu miałam poczucie, że ktoś chce ze mną pracować, nie odbywało się to zupełnie w ciemno, ale i tak trzeba się sprawdzić na tle innych, i to nie w języku, który najlepiej się zna. Z jednej strony, powstaje z tego powodu pewna obawa, czuje się lęk, z drugiej – jest totalna wolność. W 2009 r. zagrałam w norweskiej komedii „Upperdog” Sary Johnsen. To był czas, kiedy w Polsce postrzegana byłam jako aktorka stricte dramatyczna. Pamiętam zdziwienie, że mogę zagrać w ogóle inną rolę. Ta możliwość wynikała właśnie z braku kontekstu.

Przypięcie etykietki, w tym przypadku aktorki dramatycznej, jest dla aktora niekomfortowe?
– Z pewnością, bo zależy nam na tym, by robić różne rzeczy, a w takiej sytuacji mamy poczucie, że role są do siebie podobne. Paradoksalnie my, i dotyczy to nie tylko aktorów, za sprawą instynktu samozachowawczego dążymy do sytuacji oswojonych, które są dla nas bezpieczne. Dlatego ważne jest, by czasami ktoś nas zdopingował do zrobienia czegoś zupełnie innego. Wielokrotnie, chociażby przez sam fakt pracy w obcym języku, byłam zmuszona do wyjścia ze swojej strefy komfortu. Ktoś popychał mnie do basenu, a ja wprawdzie nie wiedziałam, czy tam jest woda, ale mimo lekkiego przerażenia skakałam.

Olga Bołądź powiedziała mi, że aktualnie aktorki dostają dużo ciekawsze role niż kilka lat temu. Pojawia się coraz więcej postaci, z którymi możecie się identyfikować. Podziela pani to przekonanie?
– Zdecydowanie tak. Myślę, że wynika to z faktu, że kobiety mocniej weszły do kina, zarówno jeśli chodzi o reżyserię, jak i o scenopisarstwo. W tych tekstach bohaterki nie odgrywają już roli służebnej względem mężczyzn, zaczynają mieć autonomiczną funkcję, a dzięki temu są dużo bardziej różnorodne. Wygląda to tak, jakby nagle o kobietach zaczął pisać ktoś, kto chociaż trochę je zna. Czasami dostawałam postać i zastanawiałam się, skąd w ogóle ona się wzięła, bo ja nie znam takich dziewczyn. Trzeba było potem włożyć maksimum wysiłku w poprawienie tych ról na tyle, by nie były aż tak papierowe. Na szczęście to się zmieniło, myślę, że z korzyścią dla wszystkich. Ani kobiety, ani mężczyźni nie chcą oglądać stereotypowych postaci. Mamy szansę robić dużo ciekawsze rzeczy.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 33/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy