Wąsata twarz rewolucji moralnej

Wąsata twarz rewolucji moralnej

Krzysztof Putra, PiS-owski wicemarszałek Senatu, kolejny raz stał się bohaterem skandalu. Tym razem zaangażował leśników do zbierania podpisów na listach wyborczych

Nie można tego nazwać inaczej niż skandalem pokazującym, jak daleko sięga zadufanie PiS. Gdyby taki numer zrobiła inna partia, robotę pewnie zaczynałby już prokurator. A było tak:
Z dyrektorem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku umówił się na spotkanie lokalny przewodniczący PiS, a przy tym wicemarszałek Senatu, Krzysztof Putra. Na spotkaniu dyrektor Piotr Zbrożek usłyszał prośbę, aby podległym mu leśnikom umożliwił wpisanie się na listy popierające kandydatów na senatorów. Jakich? Oczywiście PiS-owskich, wśród których są np. aktualny wojewoda Bohdan Paszkowski i były wojewoda Jan Dobrzyński.
Zbrożek za pomocą służbowego maila zwrócił się do podległych sobie nadleśniczych, aby ci umożliwili złożenie podpisów swoim podwładnym, czyli wyłożyli listy w biurach.
Działo się to na dwa dni przed datą graniczną rejestracji kandydatów. Musiało być nerwowo. Partie do ostatnich chwil przed środową północą ściboliły końcówki podpisów, a trzeba było po 3 tys. na każdego kandydata do Senatu. Jedynie sztabowcy Cimoszewicza (kandydata niezależnego) zarówno swój komitet wyborczy, jak też kandydata zarejestrowali w pierwszych możliwych terminach, dostarczając po 2 tys. podpisów więcej, niż wymagały przepisy. Nieźle radziły sobie LiD i PSL. Ale niektóre partie do ostatniej chwili szukały kandydatów, dlatego trwała walka o podpisy.

Podpisy z lasu

Pewnie podobny problem miało dominujące dotychczas w Podlaskiem Prawo i Sprawiedliwość. Coś to mówi o stanie organizacyjnym tego ugrupowania. Tłumaczy też nerwowość regionalnego lidera, Krzysztofa Putry.
A teraz wróćmy do lasów. Leśnictwo jest służbą bardzo zhierarchizowaną. Los niemal każdego pracownika zależy od życzliwości nadleśniczego, ten zaś podlega bezpośrednio dyrektorowi regionalnemu. A tenże dyrektor zawsze musiał mieć akceptację aktualnej władzy politycznej. To się wywodzi chyba z czasów carskich i królewskich, więc i PiS miało tu dosyć oczywiste pole do swoich projektów personalnych. Ma się rozumieć, dyrektor Zbrożek nie był niemiły dla partii Kaczyńskiego.
Tak rozumując, zbierano w nadleśnictwach podpisy, bo prośba dyrektora dla nadleśniczego jest w istocie poleceniem. Prawdę rzekłszy – nie szło to za dobrze, ale coś tam uzbierano.
Odpytywany przez media dyrektor regionalny uważa, że niczego złego nie zrobił. Ot, spełniał prośbę znajomego.
Nie ma jednak możliwości zaskarżenia tego pomysłu w trybie wyborczym, ordynacja bowiem zabrania prowadzenia kampanii w urzędach publicznych i szkołach, ale już nie w zakładach pracy, choćby nawet państwowych. Z drugiej strony inna ustawa zabrania prowadzenia działalności partii politycznych w państwowych zakładach pracy. Zbieranie podpisów na rzecz kandydatów określonej partii jest tyleż czynnością wyborczą, co i polityczną. Ciekawe, czy pomysłowi podlaskiego PiS, aby do polityki zaprząc firmy państwowe, przyjrzy się jakiś prokurator?
Można kalkulować inaczej. Jeżeli miałoby się okazać, że głosy zebrane w ten (w jakimś sensie wymuszony) sposób mogły zadecydować o wykonaniu zbiórkowej normy, to może rejestracja kandydatów oparta była na fałszywych podstawach?

Nieobiektywny „Obiektyw”

Najistotniejsze w tym wszystkim jest nazwisko Krzysztofa Putry. Tenże prominent PiS, jedna z twarzy całego ugrupowania, mentor pouczający wszystkich z anten publicznych i prywatnych, coraz częściej staje się szczególnym bohaterem lokalnych mediów.
W minionym tygodniu miejscowa gazeta opublikowała artykuł sugerujący, że obecny wicemarszałek Senatu nie całkiem czysto rozstawał się ze swoim poprzednim miejscem pracy – komunalną spółką Lech, gdzie był prezesem. Miał przywłaszczyć laptop i aparat fotograficzny. Nie wchodzę w materię merytoryczną zarzutów. Podał je prasie jeden z prominentnych działaczy PO, przy tym kandydat do Sejmu. Nie można więc wykluczyć, że sprawa jest rozdęta, choć działacz ów informacje na ten temat przekazał nie tylko prasie, lecz i prokuraturze…
Rzecz w czym innym. Dziennikarze regionalnej telewizji publicznej przygotowali na ten temat materiał do swojej audycji informacyjnej „Obiektyw”. Putra odmówił wypowiedzi przed kamerą. Relacja nie ukazała się, bo emisję wstrzymał dyrektor ośrodka, Wojciech Straszyński. Skądinąd tenże dyrektor, z zawodu aktor i niezły prezenter, nie jest Prawu i Sprawiedliwości obcy, bo prowadził kampanię suwalskiego posła, obecnie wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, Jarosława Zielińskiego.
Zbuntowali się dziennikarze. Z 15-osobowego zespołu „Obiektywu” dziesięciu podpisało protest do prezesa TVP i Rady Etyki Mediów. To dowód niezwykłej odwagi – pracować w telewizji publicznej i buntować się przeciwko PiS-owskim dygnitarzom!

A oczyszczalnia nie działa

Putra uważa przygotowanie materiału za nagonkę i „kompromitację mediów”. Jest prawdopodobne, iż sprawa ma jeszcze inny podtekst – mianowicie wewnętrzny spór ambicjonalny w lokalnym Prawie i Sprawiedliwości. W ogóle polityk ten chyba nie czuje się za pewnie, bo do tych wyborów ulokował się bezpiecznie na liście sejmowej, choć dwa lata temu wygrywał do Senatu o dwie długości.
Tak czy owak – podlaska rewolucja moralna PiS ma twarz Krzysztofa Putry. Ciągnie się za nim wciąż historia podpisu, jakim zaświadczył o sprawności oczyszczalni odcieków w Białymstoku. Warto będzie do tego wrócić, bo oczyszczalnia nie działa i nie działała, kiedy podpis został złożony. Prokuratura po raz kolejny przedłużyła postępowanie w tej sprawie. Na razie idą wybory, a marszałek Putra idzie na czele regionalnej walki o nowy Sejm.

 

Wydanie: 41/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy