Ważne i ważniejsze

Ważne i ważniejsze

Marek Borowski ma rację, twierdząc (w „Przeglądzie”), że stanowisko w kwestiach ekonomicznych nie jest dziś najważniejszym „wyznacznikiem lewicowości”. Czasy, gdy różnice poglądów na gospodarkę (wolny rynek czy centralne planowanie) były przyczyną antagonizmu między socjalistami i liberałami i groziły nieraz rewolucją, już minęły. Teraz partie lewicowe i prawicowe przedstawiają odmienne programy gospodarcze przed wyborami, po wyborach jednak rząd taki czy inny robi, co musi, niewielki margines pozostawiając partyjnemu woluntaryzmowi. Kwestie kluczowe rozstrzygają gremia fachowe krajowe lub zagraniczne. Trzeba też zgodzić się z Borowskim, gdy przypomina, że podział na lewicę i prawicę nie pokrywa się z „historycznym” podziałem na obóz „postkomunistyczny” i solidarnościowy. „Podział historyczny należy przełamać”, postuluje lider rozłamowców z SLD, i w tym punkcie ponosi go fantazja. Ten podział ma przyczyny, ani SLD, ani SdPl nie mają na nie wpływu. Jest to fakt fundamentalny, do którego trzeba się przystosować, zająć stanowisko w konflikcie; jeśli się tego nie zrobi, można tylko uprawiać słowną politykę dobrych życzeń. Borowski wyciąga błędny wniosek z niewątpliwego faktu, że podział na lewicę i prawicę przebiega zarówno przez obóz „postkomunistyczny”, jak przez postsolidarnościowy. Z tego faktu wynika tyle i aż tyle, że w polskich warunkach podział na lewicę i prawicę jest drugorzędny i na razie nie ma wielkiego znaczenia. Podział „historyczny” utrzymuje się, ponieważ jest korzystny dla postsolidarności. Korzyści z niego odnosi także Partia Demokratyczna. Nie mając żadnego już oparcia w elektoracie i żadnych szans na wejście do Sejmu, ani samodzielnie, ani w koalicji z prawicą, w relacjach z „postkomunistami” przyjmuje pozę wyższości i ewentualne współdziałanie wyobraża sobie tylko na swoich warunkach.
Rządzący obóz solidarnościowy nie zwalcza lewicy, lecz „pozostałości” PRL-u. Nie dlatego masowo wyrzucają oficerów z policji, że są oni lewicowi (kogo to obchodzi?), lecz dlatego, że wywodzą się z PRL. We wszystkich rugach personalnych widzimy to samo. Krzykliwe niesnaski natomiast między PO i PiS nie mają żadnych podstaw prócz rywalizacji o „żłób”, bo nawet o prestiż nie chodzi.
Kto lekceważy „historyczne podziały”, zachowuje się jak Żyd w Trzeciej Rzeszy, który by ustawy norymberskie uznał za nieporozumienie i twierdził, że antysemityzm to przestarzała idea, a naprawdę ważna jest inflacja, pełne zatrudnienie i równouprawnienie płci. Borowski, jak cała lewica, unika trudnych problemów i nie rozumie lewicowego elektoratu. Mówi: „ludzie pytani, co to jest lewica, odpowiadają, że to ci, którzy dobrze wspominają PRL”. Lewica to, czy prawica, tylko oni stanowią pewny elektorat SLD. Borowski, Janik i podobni chcieliby mieć inny elektorat. Może sobie jakoś inny wychowają, ale chyba nie wcześniej niż za 10-15 lat.

Czarna utopia. Gdy papież Benedykt pielgrzymował śladami Jana Pawła II, a milionowe rzesze modliły się razem z nim, redaktorzy „Tygodnika Powszechnego” z księdzem Bonieckim na czele obmyślali sposób zlustrowania księdza Mieczysława Malińskiego. Groziło im, że zostaną wyprzedzeni przez dziwnego księdza, postrach krakowskiej archidiecezji, który zapowiedział, że w środę popełni coś, co kuria metropolitalna określiła dziś zbliżeniem się do czynu przestępczego. „Tygodnik” nie dał się wyprzedzić.
Utopia to kraina, gdzie wszystko robi się odwrotnie niż normalnie i dzięki temu ludzie mają być szczęśliwi. Komunizm był utopią, ale ludzie nie byli szczęśliwi. Po czerwonej w Polsce zapanowała czarna utopia, lecz ludzie znowu nie są szczęśliwi. W normalnym społeczeństwie osoby bardziej wykształcone, zdolniejsze, rozumniejsze, wybitniejsze przewodzą ludziom zwyczajnym, niedokształconym, z trudnością rozróżniającym, co wyższe, a co niższe, i niezdolnym do samodzielnego rozeznania się w plątaninie sensu i nonsensu. Krótko mówiąc, wyżsi uczą niższych i kierują nimi. W czarnej utopii jest dokładnie odwrotnie. Niżsi oceniają wyższych, prymitywni subtelnych, głupi mądrych. Pierwszym przykładem takiego odwrócenia normy stało się oskarżenie wybitnego uczonego, inteligentnego człowieka i zasłużonego animatora ekumenizmu, księdza Michała Czajkowskiego, przez osobnika, o którym wszystko, co można powiedzieć, to to, że nie wiadomo, skąd się wziął. Drugi przykład to oskarżenie Mieczysława Malińskiego, niezwykle cenionego i przez parę pokoleń krakowian chyba kochanego księdza i pisarza religijnego wywierającego dobry wpływ na inteligencję katolicką. To oni mają dane, aby objaśniać innym, co w stosunkach z SB było właściwe, a co niewłaściwe. Oskarżycielem jest dziwny ksiądz, który w głębi swej duszy nosi zapewne skarby pobożności, ale jeśli chodzi o zewnętrzne czyny, to wydaje się człowiekiem złym i prymitywnym. Wykorzystuje on uczucia, jakie mamy dla skrzywdzonych, pokazuje w telewizji swoje sińce i zadrapania, i o ile Foma Fomicz, bohater noweli Dostojewskiego „Sioło Stiepańczykowo i jego mieszkańcy”, wydaje się postacią przerysowaną, to ten ksiądz jest karykaturą Fomy Fomicza. Zadziwiającą właściwością ludzi tego pokroju jest szkodzenie innym w podły sposób i zyskiwanie przy tym reputacji niesprawiedliwie skrzywdzonych rzeczników świętej sprawy.
Zastanawia mnie, dlaczego rzesza dziennikarzy i partyjniaków niedorastających do pięt księżom Czajkowskiemu i Malińskiemu, a oskarżających ich o współpracę z SB, nie pomyśli, że oni rozmawiając z funkcjonariuszami SB czy pisząc coś do nich, mieli po temu dobre racje. Może właśnie należało rozmawiać, może należało wprowadzać do tych umysłów pewne idee lub pewne informacje, może należało przedstawić im prawdziwie (teraz szalenie ceni się prawdę) atmosferę panującą w kraju. Jeśli w krytycznym momencie, gdy walił się ustrój, a „Solidarność” robiła wszystko, żeby poderwać SB do gotowości bojowej, a SB zachowała się ustępliwie, to może te rozmowy i kontakty razem z milionami innych rozmów i kontaktów zaowocowały, bo przez nie m.in. ustrój panujący w narodzie przenikał do policji politycznej. To przypuszczenie uznałbym za pewniejsze, gdyby rzeczywiście dziesięć procent księży „współpracowało” z SB. Dziesięć procent księży to nie jest już agentura, lecz ruch społeczny. Można dyskutować, czy agenci SB stanowili wśród księży jeden procent czy pół procenta. Jeśli ktoś mówi o dziesięciu procentach agentów, to nie wie, o czym mówi. Dziesięć procent księży utrzymujących niesporadyczne kontakty z SB daje w wyniku wpływ Kościoła na SB, a nie odwrotnie. System komunistyczny nie został obalony siłą – bohaterska „Solidarność” nie oddała ani jednego strzału – lecz został rozkruszony przez długotrwałe przenikanie się społeczeństwa i aparatu władzy. Ksiądz Boniecki uważa, że jeśli Maliński chciał wpłynąć na swoich rozmówców, to był naiwny. Przeciwnie, ks. Maliński nie był w tym naiwny, postępował dobrze i rozumnie, ale nie na pokaz.
„Tygodnik Powszechny” był kiedyś czasopismem opiniotwórczym. Współpracowałem z „Tygodnikiem” przez dziewięć, zdaje mi się, lat. Panowała tam swoboda i niezależność myśli. Obecnie, ale nie od dziś, jest to czasopismo opiniobiorcze. Wchłania najszkodliwsze „ideały” „Solidarności”, jak właśnie lustracja, i przyjmuje powierzchowne rozeznania, jakie w tym obozie panują.
Jarosław Dobrzański napisał: „Czy rozumny obserwator, nawet nieznający osobiście ks. prof. Czajkowskiego, człowieka wrażliwego, o wysokiej kulturze osobistej, wybitnego kapłana i teologa może przypuszczać, że był on gorliwym agentem, który kierując się podłymi intencjami dobrowolnie szkodził Kościołowi, przyjaciołom i współpracownikom, osiągając z tego osobiste korzyści?”. To samo można powiedzieć o ks. Malińskim. Na tym m.in. polega czarna utopia, że rozumnych i odpowiedzialnych spycha się na dno, a szumowiny podnoszą się coraz wyżej.

 

Wydanie: 23/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy