Węgorz dobry, bo z hodowli

Węgorz dobry, bo z hodowli

Wielki sukces ichtiologów z Olsztyna

Od dłuższego czasu ekolodzy alarmowali, że jedna z popularniejszych ryb – węgorz – zagrożona jest wyginięciem. Organizacja WWF apelowała, by nie kupować węgorzy. W 2007 r. gatunek wpisano na listę chronionych w ramach ogólnoświatowej Konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (CITES). Rzeczywiście populacja węgorza w Europie zmniejsza się w ostatnich latach dramatycznie. Jednak dzięki naukowcom z Olsztyna ta smaczna ryba może wrócić na nasze stoły.
Ichtiolodzy na świecie od dawna próbowali doprowadzić do tarła węgorzy w sztucznych warunkach, ale udało im się to tylko z węgorzem japońskim. Nieco większy węgorz europejski odbywa tarło w innych warunkach naturalnych niż panujące w wodach azjatyckich, dlatego kalkowanie metody Japończyków w laboratoriach Europy nie przyniosło rezultatów. Tymczasem zespół pod kierunkiem prof. Dariusza Kucharczyka z Wydziału Ochrony Środowiska i Rybactwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego trafił za pierwszym razem!

Bo było za ciepło

Ten sukces wprawił w zdumienie ichtiologów z innych krajów, a miesięcznik „National Geographic Traveler” nominował olsztynian w kategorii „naukowe odkrycie roku 2011”. A że po opublikowaniu wyników, co stanie się wkrótce, to epokowe dokonanie będzie dostępne na całym świecie, już zawczasu chęć współpracy z olsztyńskimi ichtiologami wyrazili naukowcy z Węgier, Hiszpanii i Japonii.
– Oczywiście to odkrycie poprzedziła dwuletnia drobiazgowa analiza procesu rozrodu węgorza. W końcu doszliśmy do wniosku, że wcześniejsze próby innych zespołów kończyły się fiaskiem, ponieważ przyjmowano niewłaściwe warunki termiczne. Wodę w basenach podgrzewano do 18-20 stopni Celsjusza, a według nas temperatura nie powinna przekraczać 15 stopni – wyjaśnia prof. Dariusz Kucharczyk.
Skąd taki wniosek? W powszechnej opinii tarliska węgorza europejskiego znajdują się w Morzu Sargassowym, nieprecyzyjnie określonym akwenie w północnej części zachodniego Atlantyku. Nikt jednak tego nie potwierdził, bo jak znaleźć ikrę w części wielkiego oceanu? Wiadomo tylko, że węgorze płyną tam z prądami morskimi, a z powrotem młode ryby niesie do Europy Golfsztrom. W Morzu Sargassowym znaleziono 20-, 30-dniowe larwy. Węgorze mogą więc odbywać tarło, zanim dotrą do Morza Sargassowego, gdzie temperatura wody rzeczywiście wynosi 18-20 stopni. Wcześniej jednak może być zimniejsza.
– A w ogóle węgorz jest cwany i leniwy, zawsze stara się płynąć z prądem – opowiada prof. Kucharczyk. – W czasie wędrówki tarłowej w oceanie w ciągu dnia schodzi na duże głębokości, gdzie mrok chroni go przed drapieżnikami. W nocy wraca 100-150 m pod powierzchnię, bo tam prądy są najsilniejsze, może więc płynąć szybciej i oszczędza energię. Taka wędrówka zajmuje mu od kilku miesięcy do ponad roku, ponieważ musi przepłynąć 8-10 tys. km. A samica z tej energii dodatkowo wytwarza ikrę.

Wcześniej był okoń

Żeby poznać zwyczaje węgorzy, trzeba zjeść beczkę soli – najlepiej morskiej.
Prof. Kucharczyk wspomina, że bardzo blisko odkrycia metody ich rozrodu w sztucznych warunkach byli kiedyś ichtiolodzy radzieccy, którzy w tej dziedzinie prezentowali wysoki poziom, ale ówczesny stan wiedzy utrudnił im osiągnięcie pełnego sukcesu. W latach 70. duże postępy notowali też współpracujący z nimi polscy uczeni: prof. Mirosława Długosz z Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie (poprzedniczki UWM) oraz profesorowie Krzysztof Bieniarz i Piotr Epler z Akademii Rolniczej w Krakowie.
– Natomiast nasz zespół opracował wcześniej technologię rozrodu wielu gatunków ryb, w tym okonia, w sztucznych warunkach – dopowiada prof. Kucharczyk. – Ale w Polsce nikt nie był tym zainteresowany na skalę hodowlaną, choć inne kraje chętnie korzystały z naszej metody. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się stało, może dlatego że okonia uważało się u nas za chwast rybny?
Czy taki los czeka również najnowsze odkrycie? Węgorze są bardzo smaczne, modne i… drogie – kilogram tej smażonej ryby kosztuje ponad 100 zł! A są drogie, bo w ostatnich 30 latach ich populacja w Europie zmniejszyła się 10-krotnie! Z jakich powodów? Co najmniej kilku, w tym nadmiernych połowów, zanieczyszczeń wód morskich i słodkowodnych, zmian prądów morskich wywołanych zawirowaniami klimatycznymi oraz obecności w pęcherzu węgorza pasożyta – nicienia. Przez wiele lat duża część młodych węgorzy była sprzedawana do Azji. Tamtejsi odbiorcy, głównie Chińczycy i Japończycy, oferowali wyższe ceny niż europejscy za węgorze wstępujące, czyli takie, które z tarliska wpływają do wód europejskich. Takie węgorzyki były dalej hodowane w niewoli, ale w tym czasie samice rosły szybciej niż samce. Ryby często były sortowane, by te szybko rosnące oddzielić od wolno rosnących i w ten sposób uniknąć kanibalizmu. Te mniejsze jako odpad poprodukcyjny sprzedawano w Europie, także w Polsce, głównie do zarybiania wód słodkich. – Wraz z nimi do Europy dotarł azjatycki pasożyt węgorzy – nicień, który w wodach Europy znalazł żywicieli i zadomowił się na dobre. Nie jest on groźny dla człowieka, ale dla ryb niebezpieczny. Zaatakowany nicieniem osobnik wolniej rośnie, ma mniej tłuszczu i nie daje rady dopłynąć do tarliska. Prawie wszystkie populacje w Europie są zarażone tym pasożytem – dodaje prof. Kucharczyk.

Rybacy poszukiwani

Jest to mankament, ale jednocześnie szansa dla węgorzy wyhodowanych w sztucznych warunkach. Olsztyńska metoda rozrodu jest ciągle ulepszana i staje się powtarzalna. A to pierwszy krok do jej wykorzystania na skalę gospodarczą. Na Warmii i Mazurach wytypowano już gospodarstwa rybackie, gdzie można ten sposób stosować w praktyce. Generalnie w słodkiej wodzie dobrze czują się tylko samice węgorza, ale samce też szybko się przystosują, jeśli będą w niej się chować od stadium larwy. Okres rozrodu w sztucznych warunkach wynosi ok. 20 tygodni i jest dosyć kosztowny, ale na takie projekty są przeznaczone fundusze, w tym unijne. W ten sposób region kojarzony z rybami może się stać prawdziwym zagłębiem węgorzowym i czerpać z tego pokaźne zyski. Może to także nastąpić w skali kraju. A jest to ryba bardzo płodna.
Martwi tylko niski nabór studentów na kierunek rybactwo na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Szkoda, bo absolwenci tego kierunku wszędzie znajdują pracę, także w Ameryce i w Australii, gdzie uchodzą za wybitnych specjalistów. Sam Dariusz Kucharczyk pochodzi z Pruszkowa, a tą dziedziną zainteresował się podczas lektury kolejnego tomu „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego. Jeden z bohaterów wybierał się studiować ichtiologię w Olsztynie i pan Darek za nim podążył, jak węgorz w stronę Morza Sargassowego. I dziś przyznaje, że było warto.

Wydanie: 15/2012

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy