Węgry, państwo mafijne

Węgry, państwo mafijne

Sieć osobistych powiązań i regulacji prawnych pozwoliła Viktorowi Orbánowi przejąć pełną kontrolę nad krajem

Proces reformowania węgierskich struktur państwowych, trwający nieprzerwanie od objęcia przez Orbána urzędu premiera w 2010 r., okazał się projektem tak ambitnym i nowatorskim, że wymknął się opisom światowej politologii. Najpierw Orbán i jego partia Fidesz byli uznawani za sztandarowy przykład populizmu, później szef rządu Węgier nadał sobie miano przywódcy demokracji nieliberalnej. Z kolei węgierski socjolog i publicysta Bálint Magyar nazywa tamtejsze struktury władzy i zarządzania administracją publiczną państwem mafijnym, podkreślając w ten sposób rolę samego Orbána, jak również rozległy system prywatnych spółek, mediów i alternatywnych wobec państwa instytucji, w pełni zależnych od dyspozycji premiera.

Wszystko to jednak pozostaje w sferze debaty akademickiej i ma niewielkie przełożenie na życie codzienne Węgrów, w przeciwieństwie do aktów prawnych, które rząd Fideszu wprowadził i za pomocą których wywrócił do góry nogami całość relacji państwo-społeczeństwo. Faktyczna nazwa nowego węgierskiego porządku to NER, co po rozwinięciu tłumaczy się jako Narodowa Strategia Współdziałania. NER to skodyfikowana wizja świata i państwowości według Orbána, której fundamentami są całkowita kontrola partii rządzącej nad państwem, walka z pluralizmem politycznym, pełna zależność wszystkich instytucji publicznych od władzy wykonawczej i kontrola nad życiem prywatnym obywateli poprzez m.in. ręczne sterowanie mediami, rynkiem pracy i edukacją.

Jak zauważa Dominik Héjj, politolog i ekspert ds. węgierskich, autor poczytnego w Polsce bloga Kropka.hu, NER i Orbán to jedność, a ta nowa umowa społeczna, którą rząd Orbána opisał w przeszło 80-stronicowym dokumencie, daje jej autorom gwarancje utrzymania realnej władzy w kraju nawet w przypadku przegrania wyborów. Zmieniona na korzyść silnych graczy ordynacja wyborcza, przepisana na nowo bez konsultacji społecznych konstytucja, usunięcie niezależności ośrodków naukowych i podporządkowanie sobie ponad 400 największych redakcji gazet, telewizji i kanałów radiowych to tylko niektóre manewry przeprowadzone przez Orbána w ostatnich latach, mające na celu zatrzymanie wszelkiej zmiany politycznej na Węgrzech. Co więcej, jak podkreśla Héjj na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”, ponad 30 kluczowych ustaw wchodzących w skład NER ma status szczególnych aktów prawnych. W węgierskim systemie oznacza to praktycznie nietykalność, ponieważ do zmiany tego typu regulacji potrzebna jest parlamentarna większość dwóch trzecich. Jeśli zatem się zdarzy, że Fidesz przegra, demontaż stworzonych przez tę partię ram instytucjonalnych będzie wymagać ponadpartyjnego porozumienia.

Choć swoją władzę partia cementuje od prawie dekady, w ostatnim czasie znacznie przyśpieszyła. W połowie grudnia ub.r. węgierski parlament przyjął ustawę reorganizującą wymiar sprawiedliwości i wprowadził do niego nowy element, tzw. sądy administracyjne. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to rewolucyjnie ani antydemokratycznie – osobne organy do postępowań administracyjnych istnieją bowiem w wielu krajach, m.in. w Niemczech, Austrii czy Polsce, a ich wprowadzenie otwarcie rekomendują Unia Europejska i Komisja Wenecka. W przypadku ustawy Orbána nie chodzi jednak o zwykłe przesunięcie kompetencji. Nowe prawo w praktyce drastycznie ogranicza zasięg działania „normalnych” sądów, przenosząc wszystkie postępowania z udziałem instytucji publicznych do świeżo stworzonej gałęzi systemu, podobnie jak sprawy pomiędzy indywidualnymi obywatelami a państwem. Sędziów sądów administracyjnych nominować będzie osobiście minister sprawiedliwości, a nadzór nad nimi będzie sprawowany wyłącznie przez czynnych polityków. Pod władzę nowego systemu dostaną się tak ważne społecznie kwestie jak korupcja, prawo do zgromadzeń publicznych, prawo do protestu, a przede wszystkim kodeks wyborczy.

Przyjęta w grudniu ustawa nie przewiduje żadnego organu współdzielonego przez nowe i stare sądy, co czyni gałąź administracyjną równoległym, alternatywnym wymiarem sprawiedliwości, w pełni podległym Orbánowi i jego ministrom. Wcześniej udało mu się zapełnić krajowy Sąd Najwyższy funkcjonariuszami politycznymi, pełną wymianę personelu przeprowadził również w publicznych instytucjach nadzoru. Gdy doda się do tego konstytucję i ordynację wyborczą przepisane pod dyktando Orbána, trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek osłabienie jego pozycji na Węgrzech.

Cas Mudde, holenderski politolog i światowej sławy teoretyk populizmu z Uniwersytetu Georgia w USA, podkreśla w wywiadzie dla „New York Timesa”, że cała architektura nowego państwa węgierskiego uderza w opozycję przy jednoczesnym zachowaniu pozorów demokracji. Jego zdaniem reformy Orbána pozwalają przeciwnikom politycznym na istnienie, ale już nie na rzucenie wyzwania Fideszowi, nie mówiąc o zmianie władzy. Jednocześnie na Węgrzech wciąż odbywają się wybory, okazjonalnie przez kraj przetaczają się protesty, a opozycji raz na jakiś czas udaje się mniejsze lub większe parlamentarne zwycięstwo. Jak chociażby w grudniu, kiedy zablokowane przez nią i odsunięte w czasie zostało pierwsze głosowanie nad projektem ustawy o sądach.

Goręcej zrobiło się na węgierskich ulicach w ostatnich dniach grudnia, gdy rząd przedstawił projekt nowej ustawy o nadgodzinach, szybko nazwanej przez jej przeciwników „ustawą niewolniczą”. Zgodnie z jej założeniami pracodawcy mogą jednostronnie zwiększyć dopuszczalny roczny limit nadgodzin dla pracowników z 250 do 400, mając zamiast roku, jak dotychczas, trzy lata na rozliczenie się z nich. Wprawdzie nadgodziny pozostaną dobrowolne, łatwo sobie jednak wyobrazić, biorąc pod uwagę to, jak niewielki i nasycony jest rynek pracy na Węgrzech, że pracownicy znajdą się pod olbrzymią presją. A ich sytuacja już teraz jest nie do pozazdroszczenia. Według danych OECD za rok 2016 Węgrzy spędzają w pracy średnio 1740 godzin rocznie. Ta sama statystyka w sąsiedniej Austrii, gdzie już teraz wielu Węgrów emigruje za pracą na stałe lub przynajmniej tymczasowo, wynosi 1613 godzin. Co ważniejsze, pracując ponad 100 godzin mniej, Austriacy otrzymują przeciętnie dwa razy wyższe zarobki. Nic więc dziwnego, że „ustawa niewolnicza” wywołała falę niezadowolenia społecznego. Dziesiątki tysięcy obywateli protestowało na ulicach Budapesztu, w parlamencie opozycja usiłowała zablokować przyjęcie ustawy politycznym happeningiem.

Attila Juhász, analityk stołecznego think tanku Political Capital, zwraca uwagę, że protesty tym razem osiągnęły skalę masową, ponieważ rząd uderzył we wszystkich Węgrów, niezależnie od ich poglądów. „Tym razem sprawa nie miała charakteru politycznego, spór nie przebiegał po linii podziałów, według których ludzie głosują w wyborach”, mówił Juhász w „New York Timesie”. Mimo to ustawa została przyjęta, a popularność Orbána i Fideszu jedynie lekko się zachwiała.

Konsekwencje „ustawy niewolniczej” na dłuższą metę mogą być jednak dla Węgier katastrofalne. Już teraz ponad 350 tys. Węgrów, czyli ponad 5% tamtejszej siły roboczej, pracuje na co dzień w innym kraju Unii Europejskiej. Nowe, niekorzystne dla pracowników przepisy mogą ten odsetek drastycznie i skokowo zwiększyć. W dodatku antyimigrancka polityka i ksenofobiczna retoryka Orbána skutecznie zniechęcają obcokrajowców do osiedlania się w tym kraju, odcinając Węgry od napływu potencjalnych pracowników. Brak rąk do pracy może być dla tamtejszej gospodarki zabójczy. Z drugiej strony w krótszej perspektywie czasowej nowe regulacje z pewnością przyniosą korzyści węgierskim przedsiębiorcom, którym Orbán od zawsze jest niezwykle przychylny.

Na Węgrzech z pewnością nie zostaną też absolwenci Central European University (CEU), założonej przez George’a Sorosa prywatnej uczelni, jednego z najlepszych ośrodków nauk społecznych na całym kontynencie. Tylko w ubiegłym roku uczyło się tam 1435 osób z ponad 118 krajów. W tej grupie znalazło się jedynie 332 Węgrów (23% całości). Ten potencjał na węgierskie PKB pracować już jednak nie będzie. Orbán, obwiniający Sorosa o całe zło tego świata, postanowił wygnać CEU z Budapesztu, mimo głośnych protestów całego niemal środowiska akademickiego Europy i USA. Uczelnia otwiera w tej chwili kampus w Wiedniu, kończąc tym samym sen o wybitnej na skalę globalną humanistycznej placówce naukowej powstałej w kraju postsocjalistycznym.

Viktor Orbán w ciągu ośmiu lat zamienił Węgry w prywatny folwark. Żadna fundamentalna decyzja nie może zostać podjęta bez jego wiedzy i zgody. Jego współdziałanie z narodem jest z kolei czystą fikcją – w nowej umowie społecznej obywatele nie są bowiem stroną, ale przedmiotem.

Fot. Polaris Images/East News

Wydanie: 4/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy