Wenezuela się rozsypuje

Wenezuela się rozsypuje

Kraj nie chce broni, tylko jedzenia i lekarstw

Państwo w rozsypce. Rząd przestaje panować nad sytuacją. Anarchia i przemoc na ulicach, katastrofa gospodarcza. Celem prezydenta pozostaje utrzymanie się u władzy. Środkiem do tego – odkładanie wyborów, niezwalnianie więźniów politycznych i skuteczne zwalczanie oporu obywatelskiego. Prezydent Nicolás Maduro traci kontakt z rzeczywistością. Jego władza jest kwestionowana przez bazę partyjną, rząd traci kontrolę nad uzbrojonymi cywilnymi grupami swoich zwolenników, ale też nie przestaje prowokować opozycji, pozbawiając jednego z jej przywódców, Henrique Caprilesa Radonskiego, praw publicznych na 15 lat. Dostaje się także Koś­ciołowi. Ofiarą agresji chavistów stał się m.in. arcybiskup Caracas Jorge Urosa Savino za krytykowanie rządu, obarczanego przezeń odpowiedzialnością za bezkarność tzw. colectivos.
Na rządzie Madura ciąży olbrzymia odpowiedzialność – niedopuszczenie do rozlewu krwi i do dalszego niszczenia państwa. Tymczasem 17 kwietnia Maduro ogłosił zamiar uzbrojenia miliona członków Narodowej Milicji Boliwariańskiej w celu „obrony pokoju, suwerenności i niepodległości kraju”. Odpowiedział mu Henrique Capriles: „Wenezuela nie chce broni, chce jedzenia i lekarstw”.

Chaos i anarchia

Tego, że sytuacja w Wenezueli się pogarsza, społeczność międzynarodowa była świadoma od dawna. Czarę goryczy przelały jednak orzeczenia kontrolowanego przez rząd Najwyższego Trybunału Sprawiedliwości (NTS), który pozbawił parlament jego najważniejszej funkcji stanowienia prawa i ograniczył immunitety parlamentarzystów. Wówczas Stany Zjednoczone uznały, że pozbawienie parlamentu prerogatyw legislacyjnych oznacza „poważne zagrożenie dla demokracji i uzurpację władzy, szkodliwą dla narodu i instytucji kraju”. Unia Europejska zażądała od władz wenezuelskich współdziałania ze wszystkimi siłami i instytucjami w celu przezwyciężenia wyzwań, przed którymi stanęło państwo. Stanowisko Rosji zaś sprowadzało się do stwierdzenia, że obecna sytuacja polityczna w Wenezueli coraz bardziej przypomina sytuację w Chile z 1973 r., kiedy wojskowy zamach stanu obalił rząd Salvadora Allende.

„Nie możemy dopuścić do powtórzenia się takiego ryzyka”, powiedział Aleksandr Szczetinin, dyrektor departamentu Ameryki Łacińskiej w rosyjskim MSZ, podczas uroczystości w ambasadzie Wenezueli w Moskwie 13 kwietnia. Groźby formułowane przez USA skomentował: „Takie stwierdzenia jedynie zachęcają radykałów i tworzą atmosferę niepewności mogącą doprowadzić do krwawej konfrontacji. Kryzys polityczny w Wenezueli nie służy nikomu w regionie i na świecie”. Wszelką ingerencję w sprawy wewnętrzne Wenezueli, swojego sojusznika w Ameryce Łacińskiej i dużego importera broni, Rosja uważa za niedopuszczalną. Warto dodać, że w lutym Siergiej Ławrow, przyjmując na Kremlu panią minister spraw zagranicznych Wenezueli Delcy Rodríguez, podkreślił, że relacje między oboma krajami są na wysokim poziomie.

Rosja występuje więc w obronie rządzących, którzy zdewastowali kraj politycznie, niszcząc trójpodział władzy, i gospodarczo. Rosji odpowiada autorytaryzm i antyamerykanizm Madura. Wiceprezydent Tareck el Aissami, Syryjczyk z pochodzenia, przeciwko któremu w USA prowadzone jest śledztwo w sprawie powiązań z narkobiznesem i ekstremizmem islamskim, zdaniem byłego dyrektora generalnego w ministerstwie spraw wewnętrznych Vladimira Medrana Rengifa polecił konsulatowi Wenezueli w Damaszku wydawanie paszportów wenezuelskich m.in. obywatelom Syrii, Iranu i agentom Hezbollahu. W sumie mogło to być ok. 30 tys. paszportów, które umożliwiały ich właścicielom dostanie się nie tylko do Wenezueli, ale i USA oraz Kanady.

Kraj protestu

Ostatnia fala manifestacji antyrządowych zaczęła się 1 kwietnia. Dochodziło do starć między protestującymi a wojskiem i policjantami. Na gaz łzawiący i gumowe pociski demonstranci odpowiadali kamieniami i butelkami. Cztery osoby zostały zabite, było ponad 100 rannych i ok. 200 zatrzymanych. Z helikoptera zrzucano na manifestantów przeterminowane bomby łzawiące. Według kard. Urosy Savina było to świadectwem nadużycia siły przez aparat bezpieczeństwa i „kolektywy” – uzbrojone grupy cywilów na motocyklach, korzystające z zaplecza zmilitaryzowanej policji. Grupy te działają formalnie jako kooperatywy i z tego tytułu są wspierane finansowo przez państwo. Przypuszczalnie to ich członkowie próbowali 12 kwietnia napaść na arcybiskupa Caracas i to oni byli autorami antykościelnych graffiti „Śmierć duchownym” w San Cristóbal.

W Wielkim Tygodniu w protestach przeciwko rządowi Madura zginęły kolejne osoby. W czasie mszy odprawianej przez kard. Urosę Savina na terenie bazyliki pw. św. Teresy doszło do starć między opozycją a zwolennikami władz. W obecności przedstawicieli rządu opozycjoniści wznosili okrzyki: „Wolności!”. Kardynał opuszczał bazylikę eskortowany przez policję. Jeszcze przed mszą, gdy tylko dowiedział się o zamiarze wniesienia na teren kościoła flag narodowych, zwrócił się do stron konfliktu o nietraktowanie Wielkiego Tygodnia jako czasu walk politycznych. Samo kazanie zakończył modlitwą o „rozwiązanie konfliktu w sposób pokojowy i demokratyczny”. Kard. Baltazar Porras, arcybiskup Méridy, potępił incydent w bazylice i podkreślił: „Jest wśród nas wielu fanatyków przemocy i nienawiści”. Równocześnie oskarżył rząd o wzniecanie wrogości „wojowniczymi wystąpieniami, kiedy powinno się mówić o pokoju i ugodzie”.

Wiatr w żagle opozycji

Protesty w Caracas i innych dużych miastach trwają, chociaż decyzje sędziów o pozbawieniu parlamentarzystów immunitetów i odebraniu Zgromadzeniu Narodowemu jego kompetencji do stanowienia prawa szybko złagodzono. Do zmiany decyzji Najwyższego Trybunału Sprawiedliwości przyczyniła się zdecydowana postawa prokurator generalnej Luisy Ortegi Díaz, która uznała jego orzeczenia za naruszające konstytucję. Prezydentowi nie pozostało więc nic innego, jak zwrócić się do NTS z wnioskiem o ich anulowanie. Trybunał poszedł na rękę prezydentowi. Równocześnie anulował decyzję o przyznaniu prezydentowi prawa do wydawania aktów prawnych w sprawach dotyczących przestępczości zorganizowanej i terroryzmu. Wówczas parlament kontrolowany przez opozycję postanowił wszcząć postępowanie mające pozbawić stanowisk sędziów Sali Konstytucyjnej NTS, których działania doprowadziły do „zamachu stanu”. Zdaniem wiceprzewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Freddy’ego Guevary ich działania nie mogą pozostać bezkarne.

Opozycja chwyciła wiatr w żagle. Formalnie koncentrująca się wokół Mesa de la Unidad Democrática (Stołu Jedności Demokratycznej), jest podzielona na zwolenników radykalnych zmian systemowych i stopniowego porozumiewania się z rządem. Fiasko zeszłorocznych grudniowych rozmów między rządem a opozycją, wynikające przede wszystkim z braku wzajemnego zaufania, nie pozostawiło opozycji innego wyjścia jak protesty uliczne. Jej główni przywódcy to pozbawiony parę dni temu praw publicznych na 15 lat gubernator stanu Miranda, Henrique Capriles Radonski, oraz Leopoldo López odsiadujący już trzeci rok z 12 lat pozbawienia wolności. Wsadzając jednego do więzienia, a drugiemu odbierając możliwość udziału w życiu publicznym, prezydent Maduro oczyścił sobie drogę do zwycięstwa w wyborach prezydenckich w 2018 r. Opozycji nie zostało nic innego, jak domagać się natychmiastowych wyborów.

Manifestacje z Wielkiego Tygodnia były tylko zapowiedzią megamanifestacji, która odbyła się w Caracas 19 kwietnia, w 207. rocznicę rozpoczęcia walk o wyzwolenie spod panowania hiszpańskiego.

Orzeczenia NTS spotkały się z krytyką międzynarodową i stały się powodem zwołania sesji nadzwyczajnej Organizacji Państw Amerykańskich. W rządzie Madura ujawniły się wówczas podziały. Okazało się, że decyzje podjęte przez NTS były inspirowane przez procastrowskich zwolenników rządu, domagających się rozwiązań radykalnych. Jednym z elementów strategii radykalizacji byłoby odłożenie wyborów.
Sam Maduro, występując w Hawanie 10 kwietnia, stwierdził, że jego wrogowie zachowują się „jak antychryst, który zmierza do zniszczenia pokoju w Wenezueli”. Protesty zaś mają na celu wywołanie przemocy i doprowadzenie do zamachu stanu. Dodał, że wenezuelska hierarchia katolicka stała się „stroną walki politycznej” wbrew papieżowi Franciszkowi, który nawołuje do wznowienia dialogu.

Wobec rosnącego napięcia rząd miał pójść na ustępstwa i zaproponować opozycji „zawieszenie broni”. Według nieoficjalnych jeszcze informacji miałoby to oznaczać przeprowadzenie w tym roku wyborów regionalnych w zamian za zaprzestanie protestów ulicznych. Propozycja miała być dobrze przyjęta przez umiarkowaną część opozycji, która chciałaby wykorzystać chwilową słabość władzy do zdobycia paru stanowisk gubernatorskich. Byłoby to jednak równoznaczne z możliwością zorganizowania wyborów prezydenckich, burmistrzów i radnych miast dopiero pod koniec przyszłego roku. W praktyce zaakceptowano by więc rządowy plan „współżycia” przez najbliższe 20 miesięcy, a także uznano obecny skład zarówno NTS, wybrany przez chavistów z naruszeniem konstytucji, jak i Narodowej Rady Wyborczej, kontrolowanej w całości przez reżim. Dla większości opozycji warunki są nie do przyjęcia.

Co dalej z Wenezuelą?

W sytuacji, kiedy rząd Madura sprawuje całkowitą kontrolę nad wszystkimi instytucjami, kiedy opozycyjny parlament utracił zdolność legislacji, bo każda jego ustawa może być uznana za nielegalną przez NTS, Narodowa Rada Wyborcza, sądy i prokuratura straciły niezależność, a o obronności kraju i jego gospodarce decyduje wojsko wraz z nowo powstałą klasą boligarchów (oligarchów boliwariańskich), trudno zakładać szybki powrót do demokracji i rządów prawa. Nawet przy zdwojonych wysiłkach podzielonej opozycji.

Po pierwsze, zdając sobie sprawę z możliwości przegranej w wyborach prezydenckich, Maduro postanowił wyeliminować najpoważniejszych kontrkandydatów, Lópeza i Caprilesa Radonskiego. Pierwszy został skazany za „nawoływanie do przemocy”, a drugi za „błędy w zarządzaniu” stanem Miranda.

Reżim nie może już mówić o sobie, że jest demokracją. Podczas gdy Hugo Chávez chełpił się przeprowadzeniem 18 razy wyborów i referendów, Maduro ich nie chce. Wygrane przez opozycję wybory parlamentarne z 2015 r. przekonały go, że do kolejnych nie może dopuścić. Nie może też pozwolić na referendum w sprawie jego odwołania, chociaż opozycji udało się zebrać ponad 5 mln podpisów wymaganych przez konstytucję.

Po drugie, kontekst międzynarodowy zmienił się dramatycznie na niekorzyść Madura. Organizacja Państw Amerykańskich 3 kwietnia wysłała rządowi wenezuelskiemu ultimatum, domagając się „całkowitego powrotu porządku demokratycznego” i grożąc zawieszeniem praw członkowskich w organizacji. Sekretarz generalny OPA Luis Almagro wzywa do wstrzymania represji, zbrodniczych działań sił zwanych porządkowymi i destrukcji kraju. Stała Rada OPA potwierdziła pod koniec marca naruszanie porządku konstytucyjnego w Wenezueli. W przemówieniu na posiedzeniu rady Almagro apelował o „powstrzymanie reżimu w Caracas przed popełnianiem zbrodni”. Niepokój o demokrację wenezuelską wyraziły też ONZ i Unia Europejska.

Po trzecie, opozycja nie zamierza wpaść powtórnie w zasadzkę dialogu z rządem. A po czwarte, swoją polityką Maduro doprowadził do jej pewnego scalenia. Jeśli rzeczywiście przywódcy opozycyjni odłożą na bok osobiste ambicje, katastrofa gospodarcza, protesty i presja międzynarodowa mogą doprowadzić do zmian politycznych w kraju.

Diego Moya-Ocampos z IHS Country Risk twierdzi, że w najbliższych trzech miesiącach protesty będą się nasilać. Jeśli dojdzie do represji i zatrzymań, wojsko, które popiera Madura, może zmienić stanowisko i zmusić Narodową Radę Wyborczą do przyśpieszenia wyborów. Sam jednak przyznaje, że to mało prawdopodobne, bo za „bezwarunkową lojalność” jest ono szczodrze wynagradzane przez reżim. Wojsko dokonuje zakupów, głównie w USA, brakujących na rynku artykułów spożywczych i lekarstw, ma własną rafinerię ropy, zakład produkcji telewizorów, bank, montownię samochodów i przedsiębiorstwo budowlane. W siłach zbrojnych służy około tysiąca generałów, podczas gdy stanowisk jest tylko dla 200. Tych 200 strzeże swoich miejsc pracy, bo czeka na nie 800 pozostałych. Siły zbrojne Wenezueli liczą 165 tys. żołnierzy i 25 tys. rezerwistów.

Maduro postąpił bardzo chytrze, powierzając wojsku trudne do rozwiązania sprawy, przez co stało się ono częścią problemu. Niektórzy oficerowie będą go popierać nie ze względu na przekonania, ale w obawie przed polowaniem na czarownice. Wojsko obawia się o przyszłość, bo wolność, życie i dobra osobiste żołnierzy są uzależnione od przetrwania rządu. Zwycięska opozycja mogłaby dokonać rozliczeń.

Przewodniczący parlamentu Julio Borges przyznaje: „Od rozwiania tych obaw zależy zmiana rządu. Jeśli to się nie uda, będziemy oglądać ten sam film przez całe dziesięciolecia”.

Wydanie: 17-18/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy