Westerplatte bój z cenzurą

Westerplatte bój z cenzurą

Jak wolno pokazywać polską historię w filmie

Rozogniona debata medialna wokół filmu „Tajemnica Westerplatte” na pierwszy rzut oka przypomina burzę w szklance wody, zwłaszcza że dotyczy obrazu, który jeszcze nie powstał, scenariusza, którego nikt dobrze nie zna, a także jednoznacznie wzniosłego dla Polaków wydarzenia historycznego, które jednak było już w przeszłości przedmiotem rozmaitych sporów. Ale to pozór, ponieważ w sprawę zaangażowali się nie tylko publicyści i ludzie filmu (którzy wystosowali apel w obronie wolności słowa oraz przeciwko cenzurze prewencyjnej), ale także politycy, w tym osobiście premier Donald Tusk.
Można odnieść wrażenie, że brak znajomości całej sprawy, w tym intencji i zamiarów młodego twórcy „Tajemnicy Westerplatte”, Pawła Chochlewa, a zwłaszcza sam temat – „film historyczny” – wzmógł czujność rozmaitych obrońców narodowej pamięci, i to niekoniecznie tych, po których w pierwszym odruchu można by się spodziewać ostrych reakcji. Gdzieś na końcu jest oczywiście pytanie o granice pokazywania prawdy historycznej, a jeszcze dalej – czym ta prawda jest. I czy w ogóle istnieje.

Gdyby nie patronat

Zacznijmy od początku. Paweł Chochlew (rocznik 1971), absolwent wydziału aktorskiego łódzkiej Filmówki, były aktor warszawskiego Teatru Syrena, znany także z występów w serialach „Klan”, „Tygrysy Europy”, „Na dobre i na złe” czy „Adam i Ewa”, napisał scenariusz filmu historycznego o obronie Westerplatte. W zamyśle ma to być wielka, na modłę hollywoodzką zrealizowana superprodukcja, opowiadająca o siedmiu dniach obrony wojskowej składnicy tranzytowej. Cały budżet filmu ma wynieść 15 mln zł. Fabułę organizuje spór między dowódcą Westerplatte mjr. Henrykiem Sucharskim i jego zastępcą kpt. Franciszkiem Dąbrowskim, któremu powszechnie przypisywane są największe zasługi w czasie obrony placówki.
W rolach głównych mają wystąpić Bogusław Linda, Paweł Małaszyński i Robert Więckiewicz, a scenografią ma się zajmować zdobywca Oscara, Allan Starski. Film ma być gotowy w 70. rocznicę wybuchu wojny, a więc we wrześniu przyszłego roku. Może się jednak okazać, że z projektu nic nie wyjdzie, gdyż po doniesieniach medialnych o kontrowersyjnych scenach zawartych w scenariuszu oraz reakcji premiera Donalda Tuska oraz ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego część koproducentów cofnęła decyzję o dofinansowaniu, Polski Instytut Sztuki Filmowej zaś co prawda podtrzymuje decyzję o dotacji, ale zamówił dodatkowe ekspertyzy.
Scenariusz Chochlewa uzyskał wysoką ocenę ekspertów PISF, obiecano dotację w wysokości 3,5 mln zł. Potem twórcy filmu zwrócili się do Kancelarii Premiera z prośbą o patronat, ta zaś poprosiła o udostępnienie scenariusza i oddała go pod osąd ekspertów od historii. Opinię jednego z nich, Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego, pełnomocnika wojewody pomorskiego ds. rewitalizacji Westerplatte, ujawniła „Gazeta Wyborcza”, która o całej sprawie napisała pierwsza. Według niego, scenariusz „Tajemnicy Westerplatte” stanowi „ordynarny i wyjątkowo brutalny atak na legendę”, ma zhańbić walczących tam żołnierzy, ma „antypolski charakter” i w 80% jest fikcją.
Pijany obrońca sikający na portret marszałka Rydza-Śmigłego, żołnierze kradnący żywność z magazynów i biegający nago pod ostrzałem Niemców, podpity kpt. Dąbrowski wymachujący pistoletem i pociągający z ukrytej w kieszeni płaszcza butelki wódki, polscy żołnierze w obleśny sposób liżący pornograficzne karty – wyliczył wyłapane przez siebie kontrowersje Wójtowicz-Podhorski.
Zdaniem producenta filmu, Roberta Żołędziewskiego, scenarzysta przeprowadził rozmowy z westerplatczykami, a także z rodzinami oraz znajomymi nieżyjących już żołnierzy i m.in. na podstawie ich relacji konstruował filmową wizję. Zaprotestowała córka kpt. Dąbrowskiego, Elżbieta Chojka-Dąbrowska, która stwierdziła, że nikt nie kontaktował się z nią ani, według jej wiedzy, z innymi rodzinami westerplatczyków. Oliwy do ognia dolał też autor biografii mjr. Sucharskiego oraz rzecznik byłego prezydenta Lecha Wałęsy, historyk Andrzej Drzycimski, według którego film Chochlewa bazuje na plotkach, domysłach i jest odległy od prawdy historycznej, która – według niego – wyglądała inaczej. Zakwestionował np. ukazane w scenariuszu sceny samosądów dokonywanych na dezerterach.

Politycy kontra twórcy

Ostatecznie ostro zareagowali członkowie rządu. Szef gabinetu premiera Sławomir Nowak stwierdził, właściwie powtarzając opinie Wójtowicza-Podhorskiego oraz Drzycimskiego, że „scenariusz nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną” i „uderza w godność i honor polskich żołnierzy”. „Budujemy Muzeum Pola Bitwy Westerplatte, aby przypomnieć niezwykłe znaczenie polskich Termopil. Dlatego w żadnym razie nie podpiszemy się pod czymś, co sugeruje, że obrońcy Westerplatte nadużywali alkoholu i zachowywali się, delikatnie mówiąc, więcej niż nieodpowiedzialnie i niekulturalnie”, powiedział Nowak. A premier Donald Tusk stwierdził, że „pieniądze publiczne będą wydawane na projekty, które wzmacniają poczucie tożsamości i dumy narodowej, a nie osłabiają je”.
Minister kultury Bogdan Zdrojewski uznał zaś, że nie dopuści, by ze środków publicznych powstał film, który fałszuje historię. Zwrócił się do PISF o wyjaśnienie, dlaczego dotacja została przyznana, instytut zaś, ustami swojej rzeczniczki, Anny Godzisz, wydał oświadczenie: „W związku z zarzutami stawianymi scenariuszowi zwróciliśmy się do historyków o opinie. Poprosiliśmy też autora scenariusza, by przedstawił źródła, na jakich się oparł. Jeśli ich nie dostarczy, film nie powstanie”. Według jej późniejszych słów, twórcy dostarczyli już nową wersję scenariusza, z której wyeliminowano wiele kontrowersyjnych scen. „Chcemy mieć pewność, że po ukończeniu tego filmu będzie miał on możliwość eksploatacji, a nie trafi na przykład na półki z powodów chociażby procesów sądowych”, stwierdziła Godzisz.
Tymczasem burza wokół scenariusza Chochlewa ostudziła zapał instytucji, które wstępnie wyraziły chęć uczestnictwa w projekcie, co, według Jacka Lipskiego, prezesa firmy Pleograf, która jest producentem filmu, wiąże się ze stratami finansowymi. Jednak jego szczególne oburzenie, a także wielu znakomitych twórców filmowych, budzi reakcja rządu Tuska. Według Kazimierza Kutza, reżysera i obecnie posła Platformy Obywatelskiej, pachnie to cenzurą prewencyjną, bo nawet w czasach PRL, gdy funkcjonowało biuro cenzurujące scenariusze, film publicznie oceniano dopiero wówczas, gdy był gotowy.
Zareagowali też inni twórcy, m.in. Filip Bajon, Feliks Falk, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Agnieszka Holland, Krzysztof Krauze i Jerzy Stuhr. „Trudno nam zrozumieć, że politycy przyznający się do solidarnościowych korzeni uważają za stosowne wprowadzać cenzurę prewencyjną metodą faktów dokonanych, korzystając z instytucji państwa. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której legalnie i zgodnie z procedurami przyznane dofinansowanie mogłoby być unieważnione pod naciskiem polityków. Zwłaszcza przed powstaniem obrazu filmowego i dokonaniem jego rzetelniej oceny”, napisali w liście otwartym.

Bohaterowie bez cokołów

Sam Paweł Chochlew w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” stwierdził, że główny autor ataków na jego scenariusz, Mariusz Wójtowicz-Podhorski, „sam pisze scenariusz i zamierza zrobić film fabularny na ten temat”, więc „widocznie uznał, że pokrzyżujemy mu plany”. Według Chochlewa, uważa on, że mjr Sucharski był „skończonym draniem”, czemu dał wyraz w swoim komiksie „Westerplatte. Załoga śmierci”. „Zaprosiliśmy go (Wójtowicza-Podhorskiego – przyp. red.) na kolację, na którą przyszedł w mundurze kapitana przedwojennego wojska. Długo z nim rozmawialiśmy – ja i trójka moich współpracowników. Podhorski zaczął wygłaszać tezy, że Sucharski był chorym wenerycznie homoseksualistą, uprawiał seks ze swoim ordynansem Kitą i był agentem dwóch wywiadów: radzieckiego i niemieckiego. I to dlatego dostał rozkaz poddania placówki już po pięciu minutach. Zapytałem go o dowody. Odparł, że trzy bliżej niezidentyfikowane osoby tak twierdzą. To był koniec naszej rozmowy”.
Chochlew odpiera wszystkie zarzuty, twierdzi, że jego film ma opowiadać o męstwie, bohaterstwie i patriotyzmie żołnierzy, a wiedzę na temat tego wydarzenia czerpał ze wszystkich dostępnych źródeł dotyczących obrony Westerplatte, w tym z książki Melchiora Wańkowicza, a także tekstów współczesnych, m.in. Jarosława Tuliszki, Kazimierza Radowicza, Zbigniewa Flisowskiego, a nawet… Mariusza Wójtowicza-Podhorskiego. „Ale najważniejsza wydaje mi się książka Mariusza Borowiaka „Westerplatte. W obronie prawdy” z 2001 r. Między innymi z niej dowiedziałem się przed laty, że na Westerplatte doszło do puczu, w wyniku którego zostało przejęte dowodzenie placówką. Wyczytałem tam także, że na dachu miała miejsce szarpanina i zginął człowiek. I w tej książce są też jasne sygnały, że dezerterów na Westerplatte rozstrzelano”, mówi Chochlew.
Scenarzysta przyznaje, że rozmawiał o obronie Westerplatte ze Stanisławą Górnikiewicz-Kurowską, którą nazywa się „matką westerplatczyków”, gdyż zajmuje się tym tematem od 40 lat. Udostępniła mu m.in. listy żołnierzy, a z jednego z nich „jasno wynika, że pili oni alkohol w czasie walk”. „Mamy taki dokument. A w filmie „Westerplatte” Stanisława Różewicza z 1967 r. jest cała sekwencja picia alkoholu na warowni numer pięć. To są fakty. Zresztą rozpasanego pijaństwa w żadnej wersji mojego scenariusza nie było”, mówi Chochlew. Wyjaśnia też inne nieporozumienia, np. scenę z biegającymi nago żołnierzami, którzy po prostu zostali zaatakowani w czasie kąpieli i musieli uciekać. „Chcę, żeby moi bohaterowie byli prawdziwi, żeby nie były to postaci na cokołach. Ale to w dalszym ciągu będą bohaterowie”, mówi. Dlaczego więc nikt ze święcie oburzonych nie poczekał na film, który w relacji reżysera jawi się jako niezwykle ciekawa próba zmierzenia się z mitem oraz historyczną prawdą?

Czym jest prawda historyczna?

Ale właśnie – prawda historyczna. Spór o „Tajemnicę Westerplatte” wybuchł w chwili, gdy na naszych oczach nabrzmiewają spory historyczne, traktowane jako przepustki do współczesności. Szkalowanie Lecha Wałęsy, wymazywanie go jako postaci historycznej na rzecz podnoszenia zasług tych, o których często nawet uczestnicy wydarzeń Sierpnia ’80 niewiele wówczas słyszeli, jest jednym z symptomów. Innym jest stosunek do Okrągłego Stołu, wielkiego wydarzenia historycznego, przełomu, który posunął Polskę do przodu według jednych, a zdaniem drugich – zdrady narodowej, spisku żydokomuny, układu panoszącego się do dziś. Dwie strony barykady, a po każdej z nich – interpretacje. Jak mówi w publikowanej poniżej sondzie reżyser Piotr Szulkin, obiektywne opisanie historii jest niemożliwe. Ten, kto nas oprowadza po tym, „co było”, staje się mimowolnym współautorem mitów polskich.
Czy więc wybitny film Andrzeja Wajdy „Kanał” o powstaniu warszawskim, w którym bohaterowie nie siedzą na barykadach, lecz pełzają w ekskrementach, przedstawia prawdę historyczną, czy umniejsza bohaterstwo warszawiaków? Czy słowa scenarzysty „Kanału”, Jerzego Stefana Stawińskiego, że powstanie warszawskie to była „klęska po pas w gównie”, są prawdziwe, czy też stanowią argument dla tych, którzy sądzą, że decyzja o powstaniu była dramatycznym błędem, bo ludzie szli na pewną śmierć, a miasto czekało unicestwienie? Czy gdy zespół Lao Che, który złożył hołd powstańcom specjalną płytą o tym wydarzeniu, śpiewa: „Na barykadzie, na Rejtana, jeden, drugi będzie w portki rżnąć. / Żaden to wstyd, wszak wszyscyśmy tutaj wiarą dusz”, wyśpiewuje prawdę, czy przekracza granice? Na wojnie nie ma złudzeń, są pot, krew, łzy, gówno i syf, cokołowe legendy tworzy się i czci w czasach pokoju.
Odpowiedzi na te pytania warto szukać w wybitnym filmie Andrzeja Munka „Eroica”, a zwłaszcza w drugiej jego części. Grupa polskich oficerów, więźniów niemieckiego oflagu, czci pamięć por. Zawistowskiego. Wszyscy wierzą, że jest to bohater, któremu jako jedynemu udało się uciec. Potrafią bronić jego honoru, kładąc na szalę własny. Nawet wówczas, gdy okazuje się, że Zawistowski przez cały czas ukrywał się w szybie wentylacyjnym i tam umarł, jego opiekunowie robią wszystko, by podtrzymać złudzenie innych o wielkim człowieku, które ich samych podnosiło na duchu.
Munk pokazał w „Eroice”, że prawda historyczna bywa okrutna i dlatego obleka się ją w miraż mitu, w czym prym wiodą szczególnie rozkochani w heroizmie Polacy. Dał jednak zarazem do zrozumienia, że mit jest tylko obroną przed prawdą historyczną, która po latach budzi lęk, że okaże się właśnie nazbyt prawdziwa. Te dylematy zapewne rozumieją historycy. Dlaczego nie wierzyć, że rozumieją je także artyści? A może rzeczywiście jest tak, że prawda nas wyzwoli, nawet jeśli jest trudna do zniesienia? Szkoda tylko, że w Polsce o tych sprawach wciąż rozmawia się językiem „Dnia świra” Marka Koterskiego: „Moja racja jest mojsza niż twojsza, a moja racja jest najmojsza”.


Paweł Chochlew:
Chcę, żeby moi bohaterowie byli prawdziwi, żeby nie były to postaci na cokołach.
Ale to w dalszym ciągu będą bohaterowie.

Tomasz Nałęcz:
Gdy historię upiększamy, to w porządku, ale gdy obrzydzamy, to źle.

Jan Klata:

Czy za państwowe pieniądze należy robić filmy, co do których nie mamy przekonania, że będą wybitne?

Piotr Szulkin:

Z punktu widzenia dzisiejszych cenzorów „Popiół i diament” nie miałby prawa powstać, ponieważ Cybulski nie zachowywał się jak połączenie Zagłoby ze sklepowym manekinem.


Co spór o scenariusz filmu „Tajemnica Westerplatte” mówi nam o granicach ujawniania prawdy historycznej?

Prof. Tomasz Nałęcz,
historyk
Cały spór uważam za nieporozumienie. Zrozumiała byłaby dyskusja o filmie dokumentalnym, ale w tym wypadku mamy do czynienia z fabułą. Pretensje do autora scenariusza czy reżysera, że dzieło nie jest zapisem historii, są nieporozumieniem. Wielkie dzieła literackie, których przedmiotem jest przeszłość, często nie mają wiele wspólnego z faktami. Czy w związku z tym trzeba mieć pretensje do Homera za opis wojny trojańskiej, bo na pewno nie oddał on wiernie przebiegu wydarzeń? Trzeba by wyrzucić z listy lektur szkolnych powieści Sienkiewicza za jego „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Potop”. Historykowi nic do tego, jak artysta przedstawi przeszłość, byleby tylko nie sugerował, że jego dzieło jest zapisem dokumentalnym. Są filmy podchodzące bardziej realistycznie do prawdy historycznej, takie jak „Katyń” Wajdy, są mniej, ale nie dopuszczam żadnej ingerencji w ich konstrukcję. Natomiast inną sprawą jest dyskusja o filmie, gdzie prawem recenzenta jest zwrócenie uwagi opinii publicznej, że np. choć rzecz dotyczy wydarzeń historycznych, to z faktami nie ma nic wspólnego. W naszym przypadku niebezpieczne jest to, że w sumie nie mamy nic przeciwko gloryfikowaniu i upiększaniu historycznej prawdy, a krytykujemy ją wtedy, gdy ktoś dostrzega rysy. Kiedy Gałczyński napisał wiersz o żołnierzach z Westerplatte, że „do nieba czwórkami szli”, stwarzał wrażenie, że pluton poniósł wielkie straty, tymczasem taka defilada do nieba w istocie wyglądałaby żałośnie, bo tych „czwórek” było kilka. Jednak wizja Gałczyńskiego nikomu nie przeszkadzała, bo gdy upiększamy, to w porządku, ale gdy obrzydzamy, to źle. To zakrawa na podawanie historii jako narkotyku naszej wielkości.
Dzieło, o które toczy się spór, dotyczy obrony Westerplatte, a więc rzeczywistego wydarzenia, ale, jak rozumiem, buduje fabułę, opierając się na zachowaniach nieheroicznych lub nie tylko heroicznych. Oczywiście można przeanalizować scenariusz, na ile nadużywa historii, co się zarzuca autorom, jednak jest to kwestia do dyskusji po filmie, a nie przed nim. Dla historyka nie ulega wątpliwości, że mjr Sucharski nie był wzorem dowódcy i nie wszystko działo się wtedy tak, jak Polacy kochają najbardziej. Warto jednak przygotować odbiorców, że film o przeszłości nie jest kopią przeszłości. Zaakceptowałbym nawet postawę nauczyciela, który powiedziałby w szkole: kochani, nie chodźcie na tę szmirę, bo to nadużycie historii, idźcie lepiej na „Shreka”. Jednak jeśli w takiej roli rzeźbiarza zbiorowej wyobraźni ustawia się państwo, i to jeszcze przed wyprodukowaniem filmu, to jest to niedopuszczalne.

Dr Marcin Zaremba,
historyk XX w., Instytut Studiów Politycznych PAN
Film, zwłaszcza fabularny, jest dziełem artystycznym, nie musi odkrywać prawdy w rozumieniu naukowym. Opowiada jakąś swoją prawdę, która nie musi być zbieżna z wiedzą historyków. Takie np. obrazy uznawane za historyczne jak „Szeregowiec Ryan” czy „Gladiator” są najwyżej jakąś artystyczną wizją przeszłości. Byłoby dobrze, gdyby te wizje – artystyczna i historyczna – pokrywały się, ale nawet najbardziej wiarygodny obraz, oddający ducha epoki, nie musi się kurczowo trzymać źródła historycznego. W filmie chodzi często o coś zupełnie innego, nie o samą prawdę, ale o coś, czego historycy nie potrafią opowiedzieć. Dzieło może opowiadać o ludziach, o bohaterskich, ale i tchórzowskich biografiach, a tym samym wprowadzać odbiorcę w krąg problemów uniwersalnych, a nie tylko związanych z danym wydarzeniem. Sprzeciw wobec filmu „Tajemnica Westerplatte”, płynący z najwyższych kręgów władzy, jest po prostu śmieszny.

Jacek Bromski,
reżyser, prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich
Niestety, tak jak większość Polaków, nie wiem, jaka jest prawda historyczna. Jeśli jest inna, niż nam dotąd przedstawiano, to należy ją ujawnić we wszystkich jej aspektach, w całości. Wszystko jedno, czy dokona się tego w filmie, czy w artykule prasowym, czy w historycznym opracowaniu naukowym. Jeśli taka prawda burzy narodowe mity, to tym bardziej należy ją ujawnić. Co do ingerencji w produkcję filmu „Tajemnice Westerplatte” napisaliśmy list otwarty, gdzie jasno zostało wyłożone nasze stanowisko, trudno bowiem nam zrozumieć, że politycy przyznający się do solidarnościowych korzeni uważają za stosowne wprowadzać cenzurę prewencyjną.

Jan Klata,
reżyser teatralny
Dyskusja na temat scenariusza, którego nie znam, niczego nie przesądza. Może coś jest na rzeczy, jeśli czytam, że ma to być kolorowany nonsens. Trudno jednak stawiać takie pytania w odniesieniu do filmu, który nie powstał. Czy są tam prawdy głęboko skrywane, które zdolne są przewrócić nasze rozumienie historii? W ostatecznym rozrachunku albo sztuka zwycięży, albo będzie to film słaby lub beznadziejny. Na razie trzeba się powstrzymać z ocenami co do dzieła, natomiast awantura w istocie toczy się wokół czegoś innego: czy za państwowe pieniądze należy robić filmy, co do których nie mamy przekonania, że będą wybitne? W tym duchu wypowiadają się urzędnicy państwowi. Czy państwo ma na coś takiego łożyć? To trzeba rozstrzygnąć. Czasem trzeba zaryzykować, bo trudno wciąż stawiać na pewniaków. Jak jednak wypatrzyć takiego twórcę, który w przyszłości będzie kimś, z kogo będziemy mogli być dumni na świecie, kto zrobi Polsce dobry PR, będzie opowiadał o nas w interesujący sposób? Takie jest zadanie mecenatu państwowego. Trudno mieć pretensję, że państwo czegoś wymaga, bo tutaj nie chodzi o mecenasa prywatnego. Minister kultury ma prawo odmówić, jeśli splot przedstawionych okoliczności nie będzie ciekawy, bo pieniędzy na to w nadmiarze nie ma. Daje się jednemu, nie daje drugiemu. Sytuacja trochę się kojarzy z przełomem, jaki w amerykańskim kinie dokonały antywesterny. To zaowocowało wielkim kinem, filmy Sama Peckinpaha zaś były dlatego fascynujące, że podważały mit założycielski Ameryki. My jednak nie wiemy, czy film o Westerplatte robić ma nowy Sam Peckinpah.

Piotr Szulkin,
reżyser
Historia przedstawia się jak dmuchana lalka. Konkret, jakim jest film współczesny, film o Westerplatte, przekracza aksjologicznie sam historyczny epizod. Film Różewicza i Wójcika z 1967 r. był świetny, lecz zawierał się w schemacie polskiej mitologii, tak samo jak inny obraz o obrońcach Poczty Gdańskiej. „Popiół i Diament” to inna historia. Z punktu widzenia dzisiejszych cenzorów dbających o nasze narodowe garnitury „Popiół i diament” nie miałby prawa powstać, ponieważ Cybulski nie zachowywał się jak połączenie Zagłoby ze sklepowym manekinem.
Dziś jest rok 2008, w Rosji powstaje „9. Kompania” – film o totalnej klęsce i zagubieniu jednostki w chaosie historii. Po wojnie w Wietnamie Amerykanie stworzyli serię dramatycznych epopei, z „Czasem Apokalipsy” bądź „Full Metal Jacket” na czele. Filmy te mówią o strachu, brudzie i zezwierzęceniu po obu stronach frontu. Jeśli mówimy o ludziach, a nie o kukłach, musimy się zgodzić na to, że także Polacy boją się, brudzą się i płaczą.
Dziś w programach Discovery istniejemy jako kraj, który ruszył na Zaolzie wespół z Niemcami.
Wniosek stąd, że prawdy historycznej pod żadnym pozorem nie należy UJAWNIAĆ. Prawdę historyczną należy OBJAWIAĆ. Do jej objawiania upoważnione są wybrane instytucje i organizacje. Przeszłość jest jak plastelina w spoconych, urzędniczych dłoniach. Z urzędnikami czy bez, obiektywne opisanie historii jest niemożliwe. Ten, kto nas oprowadza po tym, „co było”, staje się mimowolnym współautorem mitów polskich.
Wpiszmy w Google „21 postulatów”, których realizacji żądali stoczniowcy. Dykta z wypisanymi postulatami była obiektem innego postulatu – by wpisać ją do rejestru zabytków ludzkości, na równi z kamiennymi tablicami, na których wyryto spis przykazań, które Mojżesz otrzymał od Boga. Kamienne tablice zaginęły, a ich treść podlegała i podlega twórczej interpretacji od ok. 20 tys. lat. Co było na nich napisane naprawdę – teraz już nikt nie wie.
Dobrze, ale 20 tys. lat to szmat czasu. Starczy, by wszystko pokręcić. A co się stało z 21 postulatami, które sformułowano niecałe 30 lat temu? Google odsyła nas do różnych źródeł, w których treść tychże postulatów znacznie się różni, choć każde źródło zapewnia, że jest tym właściwym. Nawet w Wikipedii przytoczone postulaty mają charakter opisowy, a nie źródłowy. Gdzie są ci inni szatani, którzy każą nam mataczyć w sprawach istniejących realnie na naszym horyzoncie czasu?
Polsce, by ją kochać, potrzeba przewartościowania historii. Musimy zdjąć maski klaunów i zobaczyć się takimi, jakimi jesteśmy. A jesteśmy tacy sami jak inni ludzie. Zabijamy, cierpimy i umieramy tak samo.
PS Jeśli chodzi o skierowanie tego konkretnego filmu, niepokoiłbym się raczej, czy doświadczenie twórców wystarczy, aby zapanować nad 15-milionowym budżetem. (Równowartość około sześciu skromnych filmów). Ale to już nie moja sprawa.

Not BT


NIE dla cenzury prewencyjnej

List otwarty filmowców

„Piszemy ten list w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych. Jednym z najważniejszych ówczesnych postulatów było zniesienie cenzury prewencyjnej.
Dziś minęło niemal 20 lat od odzyskania niepodległości i wprowadzenia demokracji. Wolność słowa i wolność wyrażania przekonań, także artystycznych, należą do fundamentów demokracji i podstawowych celów każdego wolnego państwa i suwerennego narodu.
Dlatego z tak ogromnym zdumieniem przyjęliśmy żądania wysokiego urzędnika kancelarii premiera, by wycofać dotację i zakazać realizacji filmu „Tajemnica Westerplatte”. Większość z nas nie zna jego scenariusza, nie potrafimy ocenić, czy powstanie na jego podstawie dobry film, wiemy, że planowany reżyser jest debiutantem, ale wiemy także, że niezależni eksperci Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej ocenili ten projekt niezwykle wysoko. Ich ocen nie powinni podważać politycy. Trudno nam zrozumieć, że politycy przyznający się do solidarnościowych korzeni uważają za stosowne wprowadzać cenzurę prewencyjną metodą faktów dokonanych, korzystając z instytucji państwa. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której legalnie i zgodnie z procedurami przyznane dofinansowanie mogło być unieważnione pod naciskiem polityków. Zwłaszcza przed powstaniem obrazu filmowego i dokonaniem jego rzetelnej oceny.
Nawet gdyby doniesienia prasowe o scenariuszu były po części prawdziwe, także wtedy działania urzędników byłyby trudne do zaakceptowania, bo groźne dla demokracji i stanowiące niebezpieczny precedens w cywilizowanym świecie”.

Filip Bajon, Jacek Bromski – prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Jan Dworak, Feliks Falk, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Agnieszka Holland, Sławomir Idziak, Andrzej Jakimowski, Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Michał Kwieciński, Maciej Strzembosz – prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych, Jerzy Stuhr

Wydanie: 37/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy