Tutaj nie ma wi-fi, zapomnij

Tutaj nie ma wi-fi, zapomnij

Indian Tsachilas zostało tylko około 2 tys. Wielu z nich stara się żyć tak jak przed laty

Korespondencja z Ekwadoru

Miguel ma 46 lat, czerwone włosy i własnoręcznie namalowane słońce na bicepsie. To szaman z grupy Indian Tsachilas, zamieszkujących prowincję Santo Domingo de los Tsachilas w Ekwadorze. Przez dłuższą chwilę siedzimy w milczeniu na zwalonym drzewie i jemy wybornego kurczaka z ryżem i papają. Mężczyzna co jakiś czas zerka na mój telefon, aż w końcu mówi: – Tutaj nie ma wi-fi, zapomnij.

Do obecnych czasów przetrwało ok. 2 tys. Tsachilas. Podstawowym źródłem ich utrzymania jest uprawa roli, rybołówstwo, polowanie i zbiór dzikich owoców. Między sobą posługują się językiem tsafiqui, choć młodzi Tsachilas wolą już mówić po hiszpańsku, spychając rdzenną mowę w zapomnienie. Coraz chętniej porzucają też tradycyjne stroje i próbują żyć jak inni Ekwadorczycy. Siłą rzeczy są najbardziej podatni na postęp, stając się mimowolnymi grabarzami plemiennych tradycji. Pod względem etnograficznym i historycznym nie wiemy o Tsachilas niemal nic. Bez wątpienia jednak są jednymi z pierwszych ludzi, którzy osiedlali się na tym trudnym terenie w dżungli.

Tsachilas wyróżniają się fryzurą. Mężczyźni golą włosy po bokach, a te na czubku farbują na czerwono, układając je tak, by powstało coś w rodzaju czapeczki. Do farbowania służy im roślina achiote, rosnąca w każdym zakamarku wioski Chigüilpe. Barwnik jest bardzo trwały – jedna kuracja wystarcza na cały miesiąc. Indianie ozdabiają także ciała, pokrywając je liniami i symbolami słońca oraz księżyca. Tradycja malowania wywodzi się z czasów, gdy Tsachilas walczyli z jednym z najgroźniejszych przeciwników – ospą. W Chigüilpe mówi się, że wszystko się zmieniło, kiedy wielki szaman Tsachila poprosił Wielkiego Ducha, aby ten wskazał mu rozwiązanie problemu. Został wtedy zaprowadzony do krzaka achiote. Indianie wysmarowali się rośliną, a w podzięce za to, że udało im się przetrwać, zaczęli regularnie malować włosy. Od tego czasu zdobienia stały się ich znakiem rozpoznawczym wśród plemion Ekwadoru.

Kobiety jeszcze do niedawna ubierały się w tradycyjne stroje: długie spódnice i korale, które częściowo zakrywały piersi. Czasy jednak się zmieniły, mężczyźni stali się dużo bardziej bezpośredni, więc Indianki musiały się przerzucić na nowocześniejszą, a przede wszystkim więcej zakrywającą garderobę.

Tsachilas dzielą się na kilka mniejszych społeczności. Wioskę Chigüilpe tworzą drewniane chaty pokryte strzechą. Co ciekawe, dachy kładzie się tylko wtedy, gdy księżyc jest w odpowiedniej fazie cyklu. Czasami trzeba czekać nawet dwa tygodnie na rozpoczęcie prac. Biolodzy i miłośnicy przyrody przyklasnęliby temu. W pewnych fazach księżyca bowiem motyle składają jaja na liściach palm używanych do wykonania dachu, a Indianie szanują prawa natury i wiedzą, kiedy mogą działać.

Utrzymują się też z produktów, które sami wytworzą. – Po co mamy coś kupować, skoro dżungla jest najlepiej zaopatrzonym, a do tego darmowym sklepem? – pyta mnie retorycznie Miguel. Wioska jest odcięta od elektryczności, ale Indianom to nie przeszkadza. Potrafią się poruszać po całym terenie w kompletnej ciemności.


W chatce bez przedniej ścianki, o wysokości może 1,5 m i takiej szerokości, siada się na drewnianym kołku. Tuż nad dziurą w ziemi, do której wcześniej wrzuca się przeróżne liście o intensywnym zapachu melisy, mięty i limonki. Całe ciało przykrywa się szczelnie grubym materiałem, tak by nie wystawał nawet kawałek buta. Wszystko po to, aby ograniczyć wydobywanie się na zewnątrz pary. Do dziury wlewa się trochę wrzącej wody. Na koniec umieszcza się tam gorące kamienie, które trzeba uzupełniać co trzy-cztery minuty. Po wyjściu z tej sauny Indianie oblewają się zimną wodą z ziołami, które mają tak intensywną woń, że można ją wyczuć nawet po wypraniu ubrań.

Woda nabierana jest z pobliskiej rzeki, która służy Tsachilas również jako źródło pożywienia. Łowienie ryb okazuje się niebywale proste. Indianie stworzyli drewnianą konstrukcję, która manewruje prądami wodnymi, co powoduje, że ryby tracą naturalny instynkt i za każdym razem płyną wprost w pułapkę.

Niedaleko wioski znajduje się 200-letnie magiczne drzewo, skryte w dżungli przed nowoczesnym światem. Właśnie przy nim dziadek Miguela, także szaman, rozmawiał ze zwierzętami. Ta zdolność jednak już zanika i jego wnuk nie potrafi się porozumiewać w żadnym innym języku prócz ludzkiego. Ale bycie szamanem zobowiązuje do posiadania innych umiejętności. Wkrótce mogę je poznać.


Późnym wieczorem, kiedy w ekwadorskiej dżungli panuje gęsty mrok, kroczę za Miguelem w milczeniu, przyświecając sobie rozładowującym się telefonem. Miguel nie potrzebuje żadnego światła, bezszelestnie wymija kolejne przeszkody. Naszym celem jest… dziura w ziemi o szerokości i głębokości kilku metrów, zakryta glinianym dachem i kilkoma kolorowymi kocami. W dole czeka drewniana ławeczka, z której roztacza się widok na gabinet szamana. Świece poustawiane w kątach oświetlają pomieszczenie oraz przedziwne figurki, kamienie i misy. Tuż przed nami, na półce z gliny, wiele przedmiotów: garnki, figurki, zioła, kamienie, łuki i noże ręcznej roboty. Później dowiaduję się, że w tych kamieniach szaman może zobaczyć przyszłość i przeszłość.

Miguel nabiera w usta ayahuaski – wywaru z liany – po czym spluwa na pęk ziół, które trzyma w dłoni. Zaczyna machać nimi nade mną, pozwalając, by delikatnie muskały moją twarz. Jednocześnie nuci monotonną melodię lub mówi, intensywnie wpatrując się w coś nade mną.

Tak jest do końca. Zmieniają się przedmioty, którymi oczyszcza mojego ducha. Kamieniami, za pomocą okrężnych ruchów, tworzy kółka na moich skroniach. Później wali w metalowe rurki i wodzi nimi po różnych partiach mojego ciała, co wygląda, jakby sprawdzał dźwięki, które tworzą się w konkretnych miejscach. Co jakiś czas popija ayahuaskę, używaną w Ekwadorze od tysięcy lat. Ten wywar jest wykorzystywany przez szamanów do wspomagania sił psychicznych przy uzdrawianiu, kontaktowania się z duchami przodków czy wykrywania klątw i uroków. To najsilniejszy na świecie środek psychodeliczny, zmieniający świadomość i wywołujący potężne halucynacje.

Miguel w pewnym momencie gasi wszystkie świeczki i w ciemności zaczyna śpiewać i grać na instrumencie przypominającym flet.

A ja tracę poczucie czasu i przestaję czuć ciężar ciała. Szybuję w przestworzach, będąc wciąż w tym samym miejscu. Czy aby na pewno? Czasoprzestrzeń zostaje wykrzywiona. W nocy nie mogę spać. Gdzieś wędruję, latam, widzę dziwne stwory, a świat wydaje mi się zupełnie inny. Rano opowiadam o tym Miguelowi, ale on reaguje zdawkowym uśmiechem. Na pytanie, co właściwie przeżyłem, odpowiada, że mogę już być spokojny. Dodaje, że jeszcze się spotkamy.

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy