Wierzycie, że się uda?

Wierzycie, że się uda?

Dr inż. Tadeusz Zastawnik, budowniczy zagłębia miedziowego, opowiada, jak powstawał kombinat w Lubinie

Polską miedź odkrył 45 lat temu dr Jan Wyżykowski (1917-1974). Z próbnych wierceń i dokumentacji przygotowanej przez jego zespół wynikało, że w Lubinie należy zbudować kopalnię. Wstępne założenia wyglądały fascynująco. Widać było, że pod ziemią czeka ogromne bogactwo, po które trzeba sięgnąć. Ogromnie mnie to zainteresowało.
Zaczynałem jednak od węgla – podczas okupacji pracowałem w kopalni w Sierszy, byłem członkiem AK. Po wojnie uzyskałem dyplom inżyniera budownictwa na Politechnice Śląskiej, pracowałem w Zjednoczeniu Metali Kolorowych w Katowicach. Koło Bolesławca była zatopiona kopalnia miedzi Konrad, którą przed wojną zaczęli budować Niemcy, żeby zwiększyć wydobycie ze swojego starego, prawie już wyeksploatowanego złoża. Biuro Polityczne zdecydowało o jej odbudowie. Pewnego wieczora wzywa mnie szef zjednoczenia, robotnik z awansu, którego partia postawiła na stanowisku dyrektora, i mówi: – Krucafiks, Zastawnik, bierzcie delegację i jedźcie na Konrad, bo trzeba Konrad odwodnić. Na Dolny Śląsk chętnie jeździli wtedy tylko szabrownicy. Broniłem się, jak mogłem, ale nie dało rady. Wsiadłem do wagonu towarowego i pojechałem. Warunki okropne, wszystko zniszczone, ale przyzwyczaiłem się i było mi tam dobrze. Byłem jedynym inżynierem, człowiekiem, który coś niecoś liznął techniki. Księgowy jak zrobił bilans, to było w nim tyle błędów, że go nie chciano przyjąć. Usprawiedliwiał się: – Panie dyrektorze, mnie tu ze wschodu przysłali, ja jestem szewcem ze Stanisławowa. Jak główny energetyk uruchomił podstację i włączył transformator, to nastąpiło zwarcie, wybuch i pożar. Jego poparzyło, ja miałem szczęście i eksplozja wyrzuciła mnie z podstacji. Dużo się wtedy nauczyłem z różnych dziedzin. W Konradzie zostałem do czasu uruchomienia wydobycia.

Fachowiec, chociaż bezpartyjny

Podczas obrad Biura Politycznego poświęconych miedzi Gomułka zaproponował, by posłać tam człowieka, który odwadniał kopalnie i zna się na tej robocie. Więc w 1962 r. trafiłem do Lubina.
Miasto było zniszczone, rynek zburzony, część terenu zajęta przez armię radziecką, czerwonoarmistki z chorągiewkami kierowały ruchem, pogoda okropna, lało. Żona się rozpłakała i powiedziała, że nie przyjedzie tu z dziećmi. Mnie też się nie uśmiechała przeprowadzka. Mówię o tym wicepremierowi Franciszkowi Waniołce. On na to: – Bo wy nie umiecie z żoną rozmawiać. Umówcie mnie z nią. A żona do mnie: – Niech Waniołka da spokój, na pewno się nie przeprowadzę. No i z córkami zamieszkała we Wrocławiu, a ja, w kawalerce, w Lubinie.
Zacząłem pracować i miałem kłopoty, bo choć byłem bezpartyjny, jako dyrektor musiałem uczestniczyć w ciągłych egzekutywach, a na terenie zagłębia miedziowego było osiem komitetów powiatowych. Ja zresztą ze wszystkimi komitetami żyłem w zgodzie, bo przecież dzięki miedzi odbudowali połowę województwa. Po kilku tygodniach do Lubina przyjeżdża delegacja z I sekretarzem i premierem. W trakcie narady Gomułka pyta: – Towarzyszu dyrektorze, jak się wam tutaj pracuje? A ja na to: – Towarzyszu I sekretarzu, tutaj nie można pracować. Gomułka aż podskoczył, żachnął się: – Dlaczego nie można? Odpowiedziałem: – Bo mam co najmniej dwie wielogodzinne egzekutywy tygodniowo. To ile mi czasu zostaje na pracę? – Od dnia dzisiejszego na żadną egzekutywę już nie pojedziecie, chyba że I sekretarz KW osobiście zadzwoni i was zaprosi – zdecydował Gomułka.
Razem z „pierwszym” przyjeżdżał Cyrankiewicz. Był kapitalnym kumplem. Lubił wypić, w przeciwieństwie do Gomułki, więc zawsze przy obiedzie podchodził i mówił po cichu: – Towarzyszu dyrektorze, można was prosić na chwileczkę? Wychodziliśmy do sąsiedniego pokoju, a tam już czekał kelner z barkiem, bo wiedziałem, że premier będzie chciał wypić kieliszek czy dwa. – Przy szefie to ani wypić nie można, ani zapalić nie można, tylko pracować można – mówił.
Wielokrotnie mnie namawiano, żebym wstąpił do partii. Mówiłem, że mam żonę wierzącą, dzieci ochrzczone, że musiałbym wziąć rozwód, bo żona się na to nie zgodzi. Po jakimś czasie, gdy na zebraniu pytano, dlaczego nie należę do PZPR, to zwykle któryś z sekretarzy mówił: – Proszę takich pytań nie stawiać. Tow. Zastawnik ma swoje powody, dla których nie jest członkiem partii, ale my go znamy i ufamy mu.

Będziemy budować

W Biurze Politycznym trwały kłótnie, czy należy kontynuować prace w Lubinie, bo są kosztowne i nie rokują perspektyw. Gomułka był zwolennikiem Lubina, ale część członków Biura uważała, że to wyrzucone pieniądze. Zdecydowanym przeciwnikiem budowy kopalni był zwłaszcza Roman Zambrowski, który mówił, że gdyby tam miała być wielka miedź, to Niemcy już by ją dawno odkryli. Ataki nasiliły się, gdy w 1964 r. oba szyby budowanej kopalni zostały zalane. Tam można było głębić szyby dopiero po zamrożeniu solanką. Błąd polegał na tym, że wykonawca zainstalował rury ze zwykłej stali. Solanka przeżarła rury, rozmroziła górotwór i kurzawka zalała szyby.
Często byłem wtedy wzywany do Gomułki, on szukał argumentów uzasadniających celowość budowy kopalni. Raz zaczął ze mną wyliczać efektywność ekonomiczną tej inwestycji, ale mówię: – Towarzyszu I sekretarzu, ja nie mogę tu na miejscu przeprowadzić tych działań, jestem w napięciu, przecież wiem, z kim rozmawiam. W zakładzie mam ludzi, zrobimy obliczenia, przywiozę je. Gomułka uchodził za choleryka, ale w stosunku do mnie był zawsze bardzo uprzejmy. Podczas jednego ze spotkań mówi: – Towarzyszu Zastawnik, możecie być zdziwiony, że was tak często fatyguję, ale mam do was jakieś dziwne zaufanie. I zapytał: – Towarzyszu, czy wy wierzycie w to, że w Lubinie da się zbudować kopalnię, bo wielu towarzyszy z Biura mówi, że gdyby to było możliwe, Niemcy już by to zrobili? – Wierzę, towarzyszu I sekretarzu. Gdybym nie wierzył, na pewno bym się z tym nie męczył – odpowiadałem. – Naprawdę wierzycie? – dopytywał się. – Naprawdę towarzyszu I sekretarzu. – Ja też wierzę – powiedział. Skończyło się tak, że Biuro Polityczne zobowiązało rząd do kontynuowania prac, a Zambrowskiego usunęło ze swego składu.

Trzy dni z kurzawką

Kolejna poważna awaria nastąpiła w 1972 r, gdy zatopiony został szyb kopalni Rudna, mający już 360 m głębokości. Problem był trudny, szyb przechodził przez pokład węgla brunatnego, a węgla brunatnego nie można zamrozić. Zwołano naradę z udziałem ministra i najlepszych w Polsce specjalistów od ratowania szybów. Przygotowaliśmy w kombinacie koncepcję, by jak najszybciej przekopać się przez warstwę węgla, zabudować w węglu stalowe pierścienie osłaniające i doprowadzić szyb do miejsca, gdzie górotwór był już zamrożony. Regeneracja całego systemu mrożeniowego nastąpiłaby później. Zostałem jednak przegłosowany i minister Włodzimierz Lejczak wybrał inny, mający trwać kilkunaście miesięcy harmonogram usuwania awarii.
Nie chciałem się na to zgodzić. Sztygar, inż. Krzemień, też był wielkim zwolennikiem szybkiego ratowania kopalni. Zażądałem, by główny wykonawca robót szybowych podjął pracę według naszej koncepcji. Poprosił o polecenie na piśmie, bo przecież samowolnie zmieniałem decyzję ministra, co groziło poważnymi konsekwencjami. Sztygar dobrał ludzi, którzy zgodzili się na podjęcie morderczej pracy w niebezpiecznych warunkach. Postawili dwa warunki. Pierwszy – 1000 zł za sześciogodzinną dniówkę, na osobnej liście płac. – Dlaczego na osobnej? – spytałem. – Bo staro zoboczy i trza bedzie oddoć – mówili. To były wtedy wielkie pieniądze, robotnik zarabiał ok. 1,5 tys. zł miesięcznie. Drugim była skrzynka piwa na dole dla każdego. – Nie, alkoholu w pracy pić nie wolno, mogę dostarczać wam zupę – odparłem. Zupy nie chcieli, po dyskusjach zgodzono się na wodę mineralną.
Narada z ministrem skończyła się w czwartek, w piątek grupa inż. Krzemienia rozpoczęła pracę. W poniedziałek rano jadę do kopalni, a Krzemień mówi, że już po awarii. Nie uwierzyłem, zjeżdżam do szybu – i rzeczywiście!
Wypompowali solankę, założyli obudowę tubingową w warstwie węgla, tak że nic już nie groziło ludziom pracującym niżej. Wycałowałem go z radości, bo to był wielki sukces, wracam do biura, a sekretarka zapłakana, mówi, że minister dzwonił i zwymyślał ją, że mnie nie ma w pracy (a miał niewyparzony język). Dzwonię do ministra: – Gdzie ty się, k…, podziewasz?! – woła. Mówię mu, że już po awarii. – Co ty, k…, ch… ze mnie robisz?! Jak się wykrzyczał, pytam: – Skończył już pan? I chcę mu wyjaśnić, co i jak. – Ja ci pokażę, wysyłaj po mnie samolot – krzyczy. Posłałem samolot (kombinat miał lotnisko i trzy własne moravy). Po trzech godzinach przyleciał wiceminister. Zjeżdżamy do szybu, obejrzał wszystko, dzwoni do ministra Lejczaka. Jemu też nie uwierzył i sam przyleciał. Zjechał ze mną na dół, sprawdził, podaje mi rękę: – Ty masz, k…, szczęście, że to się udało, bo gdyby nie, to byś z kryminału nie wyszedł za zmianę mojej decyzji. Oczywiście, nie był zadowolony, że ktoś inny miał lepszy pomysł od niego. – To jest podziękowanie? No cóż, przyjmuję – odpowiedziałem. A gdy po kilku latach odszedłem z Lubina na dyrektora generalnego Ministerstwa Przemysłu Ciężkiego to Lejczak zabronił mi wystawiania w ogóle delegacji do Lubina, bo on chciał uchodzić za głównego twórcę kombinatu.

Liczy się każda tona

Gdy kombinat już rozpoczął wydobycie, liczyła się każda tona, bo to przecież były dolary. W przedzień Barbórki jak co roku przyjechali Gierek z Jaroszewiczem. – Towarzyszu dyrektorze, mamy do was wielką prośbę. Kraj jest w potrzebie. Powiedzcie, jakie macie możliwości, by dać 40 tys. ton więcej miedzi – zapytał premier. To był grudzień, a według planu produkcja miała wynieść ok. 200 tys. ton rocznie. Ale w tych latach już byłem przygotowany i miałem pewną rezerwę. Mówię więc: – Jeśli kraj jest w potrzebie, to porozmawiam z załogami i zrobimy te 40 tys. więcej. No, radość, Gierek mnie uściskał: – Ja zawsze mówiłem, że z wami można konie kraść.
Kiedy dziś patrzę na Lubin, to mam w pamięci tę półtoratysięczną miejscowość, jaką był w latach 60. I czuję trochę satysfakcji z tego, co po sobie zostawiam. Najgorzej jest pracować w tych dziedzinach, które się kończą. A ja całe życie miałem szczęście pracować w przemyśle, który się rozwija.


Dr inż. Tadeusz Zastawnik w latach 1962-1975 był dyrektorem naczelnym Kombinatu Górniczo-Hutniczego Miedzi w Lubinie. Później był m.in. wiceministrem energetyki, zastępcą przewodniczącego Państwowej Rady Górnictwa, wiceprzewodniczącym Naczelnej Organizacji Technicznej. Jest honorowym obywatelem Lubina. 16 marca dr inż. Zastawnik obchodzi 80. urodziny.

 

Wydanie: 10/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy