Kiedy Wiosna Ludów w Europie Wschodniej?

Kiedy Wiosna Ludów w Europie Wschodniej?

Choć sytuacja w Polsce może przerażać europejskich obserwatorów, trzeba przyznać, że nacjonalizm i prawicowy populizm nie są tylko polską domeną. To coraz częściej znak firmowy całej Europy Wschodniej. Już nie tylko Węgry i Polska pogrążone są w prawicowych oparach, ale także Słowacja, gdzie do parlamentu weszli i nacjonaliści, i neofaszyści, oraz Chorwacja z nacjonalistycznym rządem. Ostatnio również we wschodnich Niemczech dali o sobie znać przypudrowani nacjonaliści z Alternatywy dla Niemiec (AfD), którzy w wyborach regionalnych w Saksonii-Anhalt, zaniedbanym i zapomnianym wschodnim landzie, otrzymali 24% poparcia.

Mimo że sytuacja wewnętrzna w poszczególnych krajach wschodnioeuropejskich, w których do głosu dochodzi prawicowa ekstrema, różni się, jest kilka elementów wspólnych.

Po pierwsze, kraje te są przeorane przez neoliberalną doktrynę, która w minionych dwóch dekadach zafundowała w Europie Wschodniej większe lub mniejsze nierówności. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie w zmaganiach z logiką rynkową, więc ich gniew i narastające latami frustracje szukały politycznego ujścia.

Po drugie, emocji tych nie potrafiła zagospodarować lewica, bo w całym regionie (nie licząc wschodnich Niemiec) jest bardzo słaba. A gdy w przeszłości była silniejsza, realizowała – tak jak postkomuniści na Węgrzech, SLD w Polsce czy socjaldemokraci Ficy na Słowacji – politykę neoliberalną, która nie różniła się wiele od prawicowej konkurencji. To spowodowało jej kryzys i powolny zanik.

Po trzecie, we wszystkich krajach Europy Wschodniej słaba jest cała sfera społeczeństwa obywatelskiego. Przy niskiej aktywności społecznej organizacje obywatelskie nie są zbyt liczne i nie potrafią skutecznie się bronić przed zakusami autorytarnych instytucji państwa. Oddolny sektor społeczny nie potrafi również powstrzymać rozwoju skrajnej prawicy. Zarówno na Węgrzech, jak i w Polsce czy na Słowacji słabe są też związki zawodowe, które nie umieją przekuć frustracji społecznych w język gniewu pracowniczego. Jedyną możliwą formą wyrażania niezadowolenia pozostaje w obiegu publicznym język ksenofobii, nienawiści do imigrantów i niechęci do wszystkiego, co wychodzi poza narodowy szablon.

Słowację, Polskę, Chorwację i Węgry dodatkowo łączy katolicyzm, który – jak widać – nie tylko w przeszłości, lecz także obecnie może być dobrą glebą dla prawicowego autorytaryzmu. Ale i tak najsilniejszy sojusz Kościoła z władzą występuje w Polsce. To pokazuje, że oddolny demokratyczny ruch – nawet jeśli złożony jest z ludzi wierzących, ateistów i wyznawców innych religii – chcąc nie chcąc, musi nabierać pierwiastków antyklerykalnych, które atakują przymierze autorytarnego państwa i sprzyjającego prawicowej władzy Kościoła. I trzeba o tym głośno mówić. To dodatkowo pozwoli różnym oddolnym ruchom społecznym przesuwać się bardziej na lewo.

Te ponadnarodowe uwarunkowania podpowiadają, że warto szukać alternatywy politycznej dla całego regionu Europy Wschodniej. Pozostawienie naszej części kontynentu pod butem nacjonalistów oznacza, że projekt Unii Europejskiej w zmienionej formie zostanie wcześniej czy później ograniczony do obszaru Zachodniej Europy. A biedni sąsiedzi ze wschodu zostaną zepchnięci na własne życzenie do XIX-wiecznego rezerwatu.

Z drugiej strony trzeba podkreślić, że zamiennikiem prawicowych populistów nie może być fundamentalizm rynkowy, który przekształca cały region w rezerwuar taniej siły roboczej i agencję pracy tymczasowej wysyłającą swoich mieszkańców do sektora prostych i tanich usług w Europie Zachodniej.

Problemem dla postępowych sił na zachodzie Europy jest coraz większy brak odpowiedzialnych partnerów na wschodzie. Dla zachodnich zwolenników liberalnej demokracji kompletnym rozczarowaniem musi być Donald Tusk, który nie ma żadnych pomysłów na przyszłość Europy. Jedyną rolą, jaką Tusk znalazł dla siebie na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, jest bycie strażnikiem granicznym, który spełnia postulaty prawicowych populistów i uszczelnia granice. A imigrantom mówi, żeby wracali do swoich krajów, bo nikt ich tu nie chce. Za chwilę podobny komunikat może usłyszeć sam Tusk. A liczenie na to, że PiS go poprze i przedłuży jego pobyt w Brukseli o kolejną kadencję, może się okazać naiwne. Podobnie jak wiara, że będzie witany w kraju chlebem i solą. Ale tak to już jest, kiedy zamiast otwierać się na nowe idee, próbuje się zamykać granice. Wiosna i tak wcześniej czy później nadejdzie. I nie tylko w pogodzie, ale też w polityce. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi i za jaką cenę.

Wydanie: 12/2016

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy