Ale zagłosuj se pan

Ale zagłosuj se pan

W dawnych czasach byłem przez krótką chwilę samozwańczym, niezrzeszonym aktywistą antynikotynowym (po prostu kilka razy ośmieliłem się wyrazić oczekiwanie, że liczę na niepalenie w moim najbliższym otoczeniu – choćby pracowniczym – choćby przez jakiś czas). Czas ów i miejsce owo były takie, że wokół mnie palili wszyscy, od minimum kilkudziesięciu osób do liczniejszej grupy, na okrągło, czyli około kilkunastu godzin dziennie. Pojęcie przerwy na papierosa nie istniało – bo nie musiało. Kiedy jeden dopalał się w kąciku ust – kolejny, już zapalony, czekał z niepokojem na swoją palącą kolej.

I właśnie wówczas jechałem dokądś koleją, gdyż koleje jeździły jeszcze niemal wszędzie. Mało tego, kolej okazała się tą przestrzenią publiczną, w której już w tamtym odległym czasie kiełkowała myśl, że może wagony pociągów nie powinny w całości być wypełnione dymem, a Marcinowi Świetlickiemu jeszcze się nie śniło, że kiedyś będzie pisał wiersze z apelami o wolność palenia. Oprócz wagonów w połowie dla palaczy i w połowie dla niepalących (czy dym może wiedzieć, gdzie jest jego połowa?) pojawiły się pierwsze wagony w całości przeznaczone dla niepalących. Tak było.

Zazwyczaj starannie wybierałem miejsce do siedzenia, czyli tzw. miejscówkę, właśnie w całości w wagonie dla niepalących. Pewnego razu – w pośpiechu, roztargnieniu czy z innych ludzkich przyczyn – nie byłem pewien, czy udało mi się kupić antynikotynową lokalizację. A tu, już chwilę po ruszeniu, najpierw powoli, jak żółw ociężale, ale coraz szybciej, zaczęli się pojawiać na korytarzu rzeczonego wagonu amatorzy tytoniowych wdechów i, co dla mnie bardziej dotkliwe, wydechów. Już wynizywali papieroski z opakowań, już szukali w kieszeniach zapalniczek albo wypatrywali tych, którzy wcześniej zdołali je wyciągnąć. Już pierwsze błękity nikotynowych mgieł zaczynały się snuć długością i objętością całego korytarza, zgodnie z zasadą dyfuzji gazów. A ja wciąż nie wiem, czy to wagon dla palących, czy niepalących! I nagle błysk, widzę nadchodzącego konduktora – ratunek, idzie emisariusz i dysponent wiedzy na moją bezradność. „Czy to wagon w całości dla niepalących?”, pytam z drżącą niecierpliwością. „A tak”, odpowiada bez zbędnego namysłu konduktor. „Czyli tu nigdzie, nikomu nie wolno palić?”, dookreślam. „Tak”, pewnie odpowiada konduktor, równocześnie lustrując poddymiony już wagon w całości dla niepalących. I odwraca się do mnie z pogodnym, życzliwym i, jak mu się zapewne wydaje, empatycznym spojrzeniem, dorzucając wspaniałomyślnie: „Ale zapal pan sobie!”. W tej jednej chwili zrozumiałem, że wojna z palącymi w przestrzeni publicznej jest nie do wygrania i podjąłem inne formy unikania kontaktu z dymem. W kontakcie z palaczami i ich sprzymierzeńcami byłem bez szans – uznałem.

Dlaczego przypomniała mi się akurat ta scena teraz, po prawie 30 latach?

Otóż okazało się, że niejaki (a nie nieJaki) Konrad Głębocki, do niedawna poseł Prawa i Sprawiedliwości, obecnie jest już mianowany ambasadorem RP we Włoszech. Pełnienie funkcji ambasadora wyklucza pełnienie obowiązków posła. Nominację Głębockiego podpisał Andrzej „wszystkopodPiS” Duda już 5 czerwca. Nowy ambasador, były zatem poseł, wziął udział 6, 7 i 15 czerwca łącznie w 175 głosowaniach.

Marszałkowie Sejmu przeoczyli to odpoślenie Głębockiego, który już jako ambasador i były poseł głosował masowo i z oddaniem. Parlamentarzyści PiS podkreślali, że żadne z głosowań, w których aktywizował się ambasador, nie zakończyło się wynikiem, o którym przesądzał jeden głos, więc ręka nieuprawnionej osoby w górze i naciskanie przycisku nie miały żadnego wpływu na proces legislacyjny. To w sumie dość szczera deklaracja, że nie ma znaczenia, czy poseł lub nieposeł głosuje lub nie… To jakby metafora zafundowanego przez PiS rozejścia się zasad trójpodziału władzy. Partia ta przyzwyczaiła nas, że do błędów nie przyznaje się nigdy i z pomyłek nie wycofuje. Dlaczego akurat głosowanie nieposła, który sam się nie orientuje, że jest już kimś innym, miałoby nie podlegać tej regule zadekretowanej, partyjnej, bezwyjątkowej niewinności? Myślę, że PiS powinno zrobić więcej. Zamiast tych kretyńskich wycieczek do parlamentu, na które garną się elementy niepewne politycznie, i tak naprawdę nie wiadomo, jaki z tego pożytek, należy wprowadzić nagrodę dla swoich działaczy i sprzymierzeńców, czyli karykaturę mechanizmu losowania władz. W tym tygodniu krzesło po Głębockim (na pamiątkę tego wiekopomnego dokonania nienagannego) wylosował/wylosowała… I niech se głosują. Pan. Pani. Niech weźmie dietę za udział. Immunitetu cząstkę niech wykorzysta. Autem sejmowym podjedzie. Za barierkę wejdzie. Do biura przepustek niech nie idzie. W sejmowej restauracji niech się posili. Interpelację niech złoży, a co, dlaczego nie? Biuro parodniowe niech wynajmie na koszt Kancelarii Sejmu. I pokój w hotelu albo coś na mieście. Dał nam przykład ambasador Głębocki, jak głosować mamy. To będzie taka żywa instytucja nieistotności tego, co robią parlamentarzyści dzisiaj. Oczywiście w naszych czasach palące staje się pytanie, czy do naciskania przycisku w roli nic nieznaczącego posła lub nieposła potrzebny jest w ogóle człowiek.

Ale skoro przy paleniu jestem – dzisiaj palaczy na korytarzach pociągowych legalnie już nie ma. Żaden konduktor już nie powie do mnie: „Ale zapal pan sobie”. A przecież wówczas, wczoraj, 30 lat temu – w ogóle sobie tego nie potrafiłem wyobrazić.

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy