Wojna o elity. Rok 2016

Wojna o elity. Rok 2016

Nowej Polski nie będzie

Prof. Jacek Raciborski – kierownik Zakładu Socjologii Polityki Instytutu Socjologii
Uniwersytetu Warszawskiego

Uda się Kaczyńskiemu zbudować nową pisowską Polskę i nowe elity?
– Nie sądzę. Dlatego że bardzo trudno administracyjnie narzucić ludziom sens, wartości i mity. Można skonstruować jakąś oficjalną ideologię, robić z niej religię państwową i sprawić, że media rządowe…
…stale będą coś powtarzały.
– Ale to jeszcze nie oznacza, że te idee poruszą masy, że ludzie je przyswoją, że uwierzą. A niebezpieczeństwa propagandy są oczywiste. Bo po pewnym czasie następuje efekt bumerangowy. I wszystko, co przez takie media będzie nadawane w programach informacyjnych, zostanie odrzucone, choćby to była najprawdziwsza prawda.
Jedni odrzucają, drudzy wierzą.
– Oczywiście, społeczeństwo trzeba widzieć w jego zróżnicowaniu. Na pewne argumenty jedni są uodpornieni, a drudzy – wrażliwi. Liczy się wyjściowe nastawienie. Jeśli słyszymy to, co pragniemy usłyszeć, co jest spójne z naszą wiedzą i światopoglądem, skłonni jesteśmy przyswoić przekaz, szczególnie jeśli źródło uważamy za wiarygodne. I odwrotnie, silna jest tendencja do odrzucania przekazu sprzecznego z naszymi wyjściowymi przekonaniami i, dodatkowo, gdy źródło uznajemy za tendencyjne.
Więc?
– Głęboka wiara w obraz świata, który prezentuje PiS, czy akceptacja dla poszczególnych działań i wypowiedzi pisowskich liderów nie jest sprawą tak masową, jak wskazywałyby obecne notowania wyborcze tej partii. To może 20%, może nieco więcej, ale nie sądzę, żeby dużo więcej. Niektórzy komentatorzy uwierzyli, że elektorat PiS jest jakiś wybrany, szczególny, inny niż wszystko to, co my wiemy o elektoratach partyjnych. Że jest absolutnie ideowy, wierny i ufny, zna i akceptuje cały program swojej partii. Otóż on co najwyżej w połowie jest taki ideowy i wierny. Jego profil polityczny i socjodemograficzny nie różni się radykalnie od elektoratów innych partii, które w przeszłości spektakularnie zwyciężały. A bywały to elektoraty nawet większe, bo liczyły ponad 40% – jak PO czy wcześniej SLD. I pamiętajmy, że stale około połowy uprawnionych, tj. 15 mln obywateli, nie głosuje. Rząd dusz PiS obejmuje więc zdecydowaną mniejszość społeczeństwa, ale rządzą zawsze zmobilizowane mniejszości. I niewątpliwie PiS zmobilizowało ideowy trzon swoich wyborców, dołożyło też trochę z tej większościowej puli, którą stanowią bierni obywatele – niemający żadnej identyfikacji partyjnej i bardzo podatni na ogólny klimat polityczny. Tu partia Kaczyńskiego osiągnęła sukces, przez długie lata utrzymywała poparcie znaczącej grupy wyborców, by w decydującym momencie uruchomić mechanizmy oddolnej mobilizacji – niepraktykowane w innych partiach.
Potrafi to!
– Na razie zwolennicy PiS wyglądają na zmobilizowanych i zjednoczonych. Kluczowa obietnica została zrealizowana, co przydało działaczom PiS dużo ogólnej pewności i wiarygodności. I mniej ważne jest, że inne obietnice albo zarzucono, albo trzeba będzie je zarzucić. Ogólne przekonanie, że oni jednak wywiązują się ze zobowiązań, już się zrodziło. To pozwoli PiS stosunkowo małym kosztem wycofać się z innych obietnic. Poza tym czas stanowi problem – od wyborów upłynął niecały rok. Oczekiwanie, że wyborcy tak gwałtownie odwrócą się od tej partii, jest absolutnie przedwczesne. Taka chwiejność też nie byłaby dobra dla demokracji.

Kto nie z nami, ten przeciw nam

Obecne poparcie wystarcza, by budować własne elity.
– PiS buduje te elity nie od dziś, nie od roku. Ta budowa zaczęła się mniej więcej od roku 2000, wraz z projektem IV RP. PiS, a później prezydent Kaczyński przygarniali tych intelektualistów, którzy zwrócili się przeciwko liberalnemu mainstreamowi – nieważne skąd przychodzili. Wpływy tych elit przez długie lata były minimalne. Dziś ten wysiłek zaprocentował. Choć wciąż to nie są elity, które zdominowałyby np. polskie uniwersytety. Ogólny klimat na czołowych uniwersytetach nie sprzyja PiS. Skądinąd ten klimat jest również niechętny PO…
To powinno ułatwiać sytuację PiS.
– Ale wydaje mi się, że popełniło ono zasadniczy błąd w walce o względy elity. Mianowicie nie pozwoliło być tzw. państwowcem. Nie pozwoliło intelektualistom sytuować się w roli bezstronnych sędziów, obywatelsko zaangażowanych ekspertów wspierających rządy swoją neutralną politycznie kompetencją; nie przyzwoliło na osobistą autonomię – konieczny element wizerunku uczonego. PiS wymusza polaryzację. Z nami – albo przeciw nam. Znam wielu profesorów, którzy byli bardzo krytyczni wobec PO, owszem, niektóre fragmenty programu PiS też oceniali krytycznie, ale byli gotowi do selektywnego zaangażowania się na rzecz rządowych projektów. Lecz działania tej partii, zwłaszcza wobec Trybunału Konstytucyjnego, nie dają im możliwości podtrzymywania takiej eksperckiej postawy.
Którą naukowcy najbardziej lubią.
– Bo to wydaje się wymogiem roli, jest też kwestia wizerunku u studentów itd. PiS, być może w sposób zamierzony, tego nie wiem, wzgardziło tym miękkim poparciem. Uwaga ta dotyczy również urzędników i funkcjonariuszy innych aparatów państwa. PiS nie zadowala się depolityzacją i neutralnością środowisk akademickich i urzędniczych.
Nie chce kompromisów, bo gra o całą pulę.
– W wymiarze codziennych zachowań pokłady konformizmu są rozległe i nie tak trudno wymusić przejściowe podporządkowanie się. Inaczej to wygląda w wymiarze ideologicznym. Tu perspektywa zawładnięcia zbiorowym myśleniem Polaków przez PiS jest dość odległa. Choć w tej sprawie, jak sądzę, znajdę nawet w swoim środowisku licznych krytyków. Wielu uważa, że już doszło do takiej dominacji, skoro zupełnie nierealistyczne, zdawałoby się, projekty ideologiczne zyskują poklask.

Mity PiS i rzeczywistość

Jakie?
– Na przykład sprawa „żołnierzy wyklętych”. Wydawało się, że taki projekt nie może się powieść w skali społeczeństwa. Jest przecież sporo prac historyków, w tym o prawicowej orientacji, mówiących, że po Jałcie i Poczdamie ten opór nie miał sensu, że był udziałem nielicznych – pogubionych politycznie i moralnie ludzi, że ci ludzie, dziś nazywani „żołnierzami wyklętymi”, nie tylko byli ofiarami, lecz także bywali katami. Wymowny jest tu przykład mordu dokonanego w styczniu 1946 r. przez oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzony przez „Burego”, na 30 mieszkańcach wsi z okolic Hajnówki (tzw. mord furmanów). W zbrodni tej nawet IPN dopatrzył się znamion ludobójstwa. Przejmujący literacki obraz tych wydarzeń dała Katarzyna Bonda (powieść „Okularnik”).
Pomijając nawet wymiar jednostkowych zbrodni, wydawało się, że nikt nie podejmie się budowania na tych epizodach wojny domowej mitu wielkiego, niezłomnego narodu. Bo to są mity dla narodu szkodliwe. To mit wykluczający miliony Polaków, którzy odnaleźli się w nowej rzeczywistości i z czasem aktywnie ustrój wsparli – ziemię z reformy wzięli, do fabryk i uczelni zarządzanych przez komunistów przyjechali. Co więcej, jeżeli tworzy się taką mitologię, stawia się do kąta tych wszystkich, którzy trwali w jakimś oporze ideowym, ale zarazem – będąc lekarzami, inżynierami, architektami, robotnikami – odgruzowywali powojenną Polskę i wykonywali swoją profesję, najlepiej jak mogli.
Inny projekt – mitologizacja powstania warszawskiego. Zostało ono wręcz podniesione do rangi mitu założycielskiego nowoczesnego narodu polskiego. Tragedia setek tysięcy ludzi, całkowita klęska militarna i polityczna – świadectwo potęgi państwa i narodu. A mit smoleński itd.?
Patrząc na relacje w mediach, można sądzić, że te projekty ideologiczne zakończyły się sukcesem.
– Niecałkowitym i sądzę, że krótkotrwałym. Popatrzmy na badania. Gdy zadajemy pytanie o sens powstania warszawskiego i respondenci mają wybierać z dwóch odpowiedzi: a) „powstanie dobrze przysłużyło się Polsce” i b) „przyniosło ogromne straty, a nie dało żadnych korzyści politycznych i militarnych”, to opinie rozkładają się mniej więcej po równo. Zważmy, że połowa nie zaakceptowała mitu, mimo 25 lat zgodnej propagandy, mimo że nikt – może poza pańską gazetą i z przeciwnej strony Piotrem Zychowiczem, autorem książki „Obłęd ‘44” – nie miał odwagi przeciwstawiać się tej mitologii. Mało tego! 40% Polaków wciąż uważa decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego za słuszną (w sensie: konieczną)! A decyzja ta od co najmniej 20 lat prawie nie ma publicznie słyszalnych obrońców.
Czyli propaganda propagandą, a ludzie wiedzą swoje?
– W PRL przez dziesięciolecia starano się uformować spójny wizerunek polskich dziejów. No i co z niego zostało? Kto traktuje Piłsudskiego jako krwawego dyktatora, kto pamięta o Lenino, o berlingowcach, Gwardii Ludowej, Franku Zubrzyckim? Te elementy mitu założycielskiego PRL zupełnie się nie zakorzeniły. Jakaś pamięć zbiorowa o PRL obejmuje to, co było realnym doświadczeniem jednostek i rodzin: odbudowę Warszawy, edukację, awans społeczny, reformę rolną. Trudno więc uformować zbiorową wyobraźnię na pokolenia. PiS też to się nie uda. Jego elity są wąskie i słabe.

KOD na wojnie o autorytety

Wydaje mi się, że w planie zdobycia kulturowej hegemonii PiS ma najpierw zniszczenie tych elit, które są. Prezydent Duda mówił przecież, że do roku 1989 był ustrój zdrajców, a po roku 1989 byliśmy wolni, ale tylko teoretycznie. To wyraźna wskazówka, że elity III RP będą atakowane.
– Jest niebezpieczeństwo erozji autorytetów. Tymczasem autorytety społeczne są wręcz konieczne do istnienia porządku publicznego. Odwoływanie się do autorytetów to zjawisko naturalne i powszechne. Wynika z dążenia do efektywności poznawczej. Zilustruję to bardzo politycznym i aktualnym przykładem. Trwa spór o Trybunał Konstytucyjny. Za autorytety w tych sprawach uważam Ewę Łętowską, Marka Safjana, Ryszarda Piotrowskiego, a za zbiorowy, instytucjonalny autorytet Sąd Najwyższy, Komisję Wenecką. Oni wszyscy mi mówią, że prezydent musi zaprzysiąc trzech sędziów, że wyrok musi być opublikowany, że Sejm to nie żaden suweren itp. Nie muszę więc studiować podręczników prawa konstytucyjnego, aby jakoś się odnosić do rzeczywistości politycznej. Inna sprawa, że powinniśmy wszystkie autorytety traktować jako lokalne.
To znaczy?
– Ludzie bywają autorytetami w swojej dyscyplinie, w swoim zawodzie – gdy odnoszą się do tej właś­nie sfery. Niezdrowa jest sytuacja istnienia totalnych autorytetów, we wszystkim i dla wszystkich.
A gdy społeczeństwo w ogóle nie ma wspólnych autorytetów?
– Wtedy też jest problem. Olbrzymie trudności w gładkim wychodzeniu z konfliktów, nieuchronnych przecież. Brak arbitrów jest w przypadku sporu o TK świadomie wywoływany. Podważanie dotychczasowych autorytetów w tej sferze to zasadnicze pole, a nie coś odpryskowego w stosunku do konfliktu o ustawę regulującą funkcjonowanie Trybunału. W pewnym momencie wszyscy się pogubią w tym zamęcie prawnym. Nie będzie przewodników.
Co powoduje, że ludzie jednych uznają za autorytety, a drugich nie?
– U podstaw jest zjawisko władzy. Z badań psychologów nad uleganiem autorytetom wiadomo, że łatwo ulegamy autorytetom zajmującym jednocześnie władcze pozycje. Ale rozpoznane są też czynniki, które ten wpływ osłabiają. Wpływ autorytetu w przypadku masowych zachowań politycznych zostaje zredukowany m.in. przez istnienie zjawisk sprzeciwu. Znów ilustrując: szanse autorytetów lansowanych przez PiS, które przedstawiają nowe wizje najnowszej historii Polski oraz idealnego ustroju kraju, byłyby znacznie większe, gdyby nie sprzeciw innych mediów, ekspertów, środowisk akademickich i przede wszystkim dużych demonstracji. To dlatego manifestacje KOD są ważne. Szybko niczego nie mogą one zmienić – ta władza wie, że w demokracji, jak ludzie się zejdą, to po pewnym czasie się rozejdą. Ale są ważne, bo pokazują, jak wielu ludzi czynnie się sprzeciwia. I to budzi nonkonformizm w masowej skali, a zarazem podtrzymuje dotychczasowe autorytety, bo one by wyblakły bez dowodów, że ktoś ich słucha. W demonstracjach jest też element przypominania funkcjonariuszom aparatów administracyjnych państwa, że wszystko może się zmienić.

O czym myślą w PiS

Ale PiS myśli inaczej. Że oni nie są kolejną partią III RP, tego państwa, którym teoretycznie nie kierowali zdrajcy, tylko że budują coś innego, inną Polskę.
– Jak zracjonalizować niekonstytucyjną politykę PiS, to ewidentne naruszanie porządku prawnego? Właś­nie przez wielką ideę. Odwołującą się do woli suwerena, czyli narodu. Ważna jest jego wola, a nie jakieś przepisy. W języku filozofii politycznej ideologię tę można nazwać głębokim republikanizmem. W tej konstrukcji naród nie jest jedynie wspólnotą żyjących obywateli, to wspólnota żyjących, minionych i przyszłych pokoleń. A kto ma mówić w imieniu przeszłych? Kto ma się upominać o przyszłe pokolenia?
Wódz.
– Ten, który rozpoznaje dobro wspólne, prawidłowości dziejowe. Ta idea kołacze się w różnych ideologiach. A wobec tego kto tak naprawdę jest suwerenem? Na to pytanie mamy odpowiedź Carla Schmitta, bardzo popularnego na prawicy: suwerenem jest ten, który decyduje o stanie wyjątkowym. W takim razie może po prostu przyjmijmy, że suwerenem jest Jarosław Kaczyński… Wprawdzie PiS stale głosi, że suwerenem jest naród (tylko jego gorzej wykształceni posłowie mówią nieraz, że parlament), ale z tą ideą ma praktyczne problemy – wielości suwerenów. Można jeszcze bronić poglądu, że suweren z 2015 r. jest ważniejszy niż ten z 2011 r., ale dlaczego ma być ważniejszy niż suweren z 1997 r., który w specjalnej procedurze przyjął konstytucję, oświadczając w niej, że Trybunał Konstytucyjny, tak jak parlament, rząd i cały ustrój, jest z woli narodu, i określając procedurę ewentualnej zmiany tej woli? Nie sądzę jednak, aby tego rodzaju rozważania ideowe motywowały obecną elitę władzy, raczej zdroworozsądkowe przekonanie, że nieraz trzeba naruszyć prawo, aby dobro zatriumfowało.
w pułapce utopionych kosztów

W tych swoich bitwach PiS będzie miękło czy twardniało?
– PiS znalazło się w sytuacji pułapki, którą psycholodzy nazywają efektem utopionych kosztów. To częsta sytuacja, kiedy ludzie, ale też zarządy koncernów i liderzy polityczni, podtrzymują nietrafne decyzje, bo trudno im się pogodzić ze stratami. PiS tyle zainwestowało w konflikt, poniosło ogromne straty (tylko w części kompensowane przez korzyść konsolidacji wewnętrznej), że nie może nie starać się dokończyć tej sprawy. Tyle już poświęciliśmy, zwycięstwo jest bliskie. Ten efekt będzie popychał PiS do kontynuowania walki.
A jak ona się zakończy? Bo kiedyś musi…
– Sfera ideologiczna ma ograniczoną autonomię i ograniczoną moc podtrzymywania rządów. W dalszej perspektywie rozstrzygną materialne efekty rządzenia. Projekty rządów PiS przeciążą państwo. Ja skądinąd w swojej praktyce badawczej stawiam państwo w centrum, jego siła jest olbrzymia, ale nie aż tak wielka, aby dało się to wszystko zrealizować i nie wywołać dramatycznych konfliktów. Na przykład edukacja. Proponowane zmiany wyprodukują dziesiątki tysięcy niezadowolonych, nie przyniosą satysfakcji ani dzieciom, ani rodzicom i nie poprawią jakości nauczania. Próby reformy zdrowia – bez wzrostu nakładów będą fiaskiem. Ratowanie górnictwa, wielka, nowocześ­nie uzbrojona armia, olbrzymie państwowe inwestycje infrastrukturalne, nacjonalizacja banków, kontynuacja ambitnej polityki społecznej itd. Wyzwania finansowe i koordynacyjne stawiane wobec państwa są nie do udźwignięcia. Najpierw ucierpi kilkaset tysięcy pracowników budżetówki, wszyscy poza wojskiem i policją, później rolnicy też w sporej mierze żyjący z budżetu.
Paradoksalnie w tej trudnej sytuacji główny zasób PiS to zdolność do wyrażania społecznych lęków zrodzonych przez presje globalizacyjne, nastrojów egalitarnych i tęs­knot za etnicznym narodem. Pojawiły się one w znacznym stopniu niezależnie od PiS, to nie jest jeszcze sytuacja jego hegemonii kulturowej. Tej PiS nie osiągnie. Rzeczywistość zaskrzeczy. A opiszą ją opozycyjne autorytety. I tak cykl polityczny się zamknie.

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy